Z Pawłem Grzegorczykiem o tym, jak wydawana jest w mediach kasa państwowa rozmawia Błażej Torański.
Publicysta „Gazety Wyborczej” Piotr Pacewicz, były zastępca redaktora naczelnego, zaapelował na Facebooku o wykupienie prenumeraty dziennika. „Sytuacja ‘Gazety Wyborczej’ jest finansowo trudna, a może być jeszcze gorzej, bo przeciwnicy będą kombinować” – napisał w połowie grudnia. Czy „Gazeta Wyborcza” może się obawiać kolejnych spadków wpływów reklamowych?
Jeśli „Gazeta Wyborcza” straci dotychczasowe środki, jakie otrzymywała z instytucji państwowych, jej sytuacja, w mojej ocenie, będzie bardzo trudna. Nie wiem, jakie konkretnie wpływy ma ze spółek Skarbu Państwa, bo te dane są utajniane, ale z dwunastu resortów w latach 2010-2014 „GW” dostała 5 mln zł. Z punktu widzenia budżetu Agory wydaje się to mało, ale prawdopodobnie gdybyśmy doliczyli reklamy ze spółek skarbu państwo i pozostałych ministerstw, wyszłaby kwota dwucyfrowa. A jak wiadomo w ostatnich tygodniach „Gazeta” zamknęła dziesięć swoich dodatków regionalnych. Równocześnie z roku na rok, zresztą jak inne dzienniki, notuje duży spadek sprzedaży egzemplarzowej.
Średnią sprzedaż ma nadal wysoką: 158 tys. egzemplarzy. To druga pozycja w Polsce.
Ale z roku na rok maleje. "GW" nie radzi sobie też w Internecie, gdzie generalnie trudno zdobywa się pieniądze. Strata części dochodu z reklam instytucji publicznych mogłaby utrudnić wydawanie dziennika. Być może nawet do zamknięcia kolejnych oddziałów oraz redukcji etatów. Zresztą słyszy się, że „Gazeta Wyborcza” nie przyjmuje nowych pracowników. Agora od pewnego czasu największe pieniądze zarabia nie na gazecie, a na innych segmentach, jak np. sprzedaż gier komputerowych. Apel Piotra Pacewicza nie bierze się znikąd.
Pacewicz ujawnił w tym wpisie, że w ostatnich latach sprzedaż „GW” spadła dwukrotnie, obniżyły się wpływy reklamowe, czytelnictwo w sieci nie przynosi dochodów. „Redakcja jest znacznie zredukowana, zarobki ograniczone, pracują jak wściekli”. Rzeczniczka Agory Agata Staniszewska skomentowała, że wpis Piotra Pacewicza na Facebooku „jest jego prywatną opinią, nieuzasadnioną w żaden sposób wynikami Agory”. Ale po trzech kwartałach br. Agora miała 3 mln zł strat.
Powtórzę: „GW” jest w słabej kondycji. Odebranie jej każdego miliona z reklam na pewno będzie dużą stratą. Nie pokusiłbym się jednak o stwierdzenie, że splajtuje.
Spytałem o „GW”, która była niepisanym organem poprzedniej władzy. Pamiętamy słynny apel Jarosława Kurskiego: „Tusku musisz”. Kiedy SLD był u władzy, a prof. Grzegorz Kołodko wicepremierem i ministrem finansów w czterech rządach, najwięcej pieniędzy publicznych na reklamy dostawała niskonakładowa „Trybuna”. Czym kierują się instytucje państwowe dając reklamy? Decyduje oglądalność, słuchalność, „klikalność”, sprzedaż czy jednak interesy polityczne?
Bywa różnie. Z mojej analizy, ile ministerstwa i inne instytucje publiczne wydają na reklamy wynika, że najwięcej zarobiła Telewizja Polska: 49 mln zł. To jest bardzo racjonalne, bo oglądalność pierwszego i drugiego kanału TVP jest największa. Ale są też przykłady na to, że pieniądze te mogły być wydawane z pobudek politycznych. Dowodem na to jest rozmowa z afery taśmowej, którą przytaczam.
Jacek Krawiec, prezes Orlenu w rozmowie z Pawłem Grasiem, byłym rzecznikiem prasowym rządu Donalda Tuska, donosi na Andrzeja Klesyka, byłego prezesa PZU: „Chłopaki są sprytne, k***, albo mają więcej czasu, albo mniej przyzwoitości, mi nie wpadło do głowy przez sześć lat, a tu k*** widzisz, j*** jeszcze Klesyk s***, wiesz, że on „W sieci” ogłoszenia daje? Graś: no widziałem właśnie. Krawiec: Ja mówię, co ty k***o***? A on, że to klienci potencjalni. Wiesz, już się ustawiają, k***, media, już widać.
Andrzej Klesyk podchodził do całej sprawy racjonalnie. Chciał po prostu dotrzeć do maksymalnie szerokiej grupy potencjalnych klientów. Często ministrowie i prezesi, zlecając reklamy, kierują się sympatiami politycznymi. W latach 2009-2014 tylko dwóch wydawców prawicowych dostało pieniądze z instytucji państwa: 30 tys. – Fratria, wydająca m.in. tygodnik „wSieci” i 400 tys. zł – Lux Veritas, wydawca Telewizji Trwam i Radia Matyja. O wiele więcej dostały: „Polityka” (764 tys. zł), „Wprost” (498 tys.), nie mówiąc o koncernie Axel Springer , niemiecko-szwajcarskim wydawcy „Newsweeka” czy „Faktu”: 3,2 mln zł. To są dowody na to, że politycy Platformy Obywatelskiej kierowali się zwykle - ale nie wyłącznie - motywami politycznymi. Nie chcę jednak obwiniać za to wyłącznie polityków jednej partii, bo wystarczy spojrzeć, jakie reklamy w pierwszych miesiącach rządów PiS zaczynają publikować tygodniki „wSieci” i „Do Rzeczy”, a Orlen zapowiedział finansowanie relacji Telewizji Republika z Rajdu Paryż-Dakar. To są już pierwsze sygnały, że „wajcha została przekręcona”. Mechanizm się nie zmienia: reklamy trafiają do wydawców, z którymi partia władzy sympatyzuje. Pytanie tylko czy skala tego stronniczego wsparcia będzie mniejsza czy większa niż za czasów PO.
Ale instytucje państwowe i samorządowe powinny wspierać rozwój polskich – kapitałowo - mediów, nie obcych. „Do Rzeczy”, „wSieci” czy TV Republika to polskie media.
Jest wiele kontrowersji wokół pieniędzy wydawanych przez państwo na reklamy głównie dlatego, że te dane statystyczne nie są ujawniane. Proponuję w swojej analizie, aby Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ogłaszała konkurs dla instytucji społecznych albo think tanku, które będą raz na kwartał takie dane upowszechniały. Dostęp do takiej wiedzy, do liczb i wykresów powinien być maksymalnie uproszczony. Wtedy dziennikarze mogliby z tego rozliczać polityków, aby pieniądze były wydawane racjonalnie.
Gdzie w ostatnich czterech latach instytucje publiczne reklamowały się najczęściej?
Na pierwszym miejscu mamy stacje telewizyjne - 49 mln zł poszło do TVP, do TVN - 13,8 mln, a do Polsatu już „tylko” 8,5 mln, choć oglądalność dwóch ostatnich telewizji jest na podobnym poziomie. Najtrudniej dane uzyskać od spółek Skarbu Państwa. Wysłałem zapytanie do dwudziestu z nich, ale zdecydowana większość nie odpowiedziała. Zasłaniają się „klauzulą tajności” albo „tajemnicą handlową”, ale mają zdecydowanie największe wydatki na reklamę. Również część uniwersytetów państwowych odmówiła mi dostępu do danych reklamowych bądź domagała się zapłaty w wysokości kilku tysięcy złotych za ich udostępnienie (sic!). Takie, nieraz bezczelne, zachowanie instytucji państwowych tylko potwierdza konieczność odgórnego, ustawowego „otwarcia” dostępu do informacji o reklamach, o czym mówiłem wcześniej.
Wydaje się, że spółki Skarbu Państwa ukrywając te informacje łamią prawo, bo obracają pieniędzmi publicznymi. To nie są prywatne podmioty.
Tylko trzy, niestety najmniejsze, udostępniły mi dane. Największe: PKN Orlen, PZU, KGHM czy PKO BP zasłaniały się klauzulami lub nie odpisały. To jest problem, bo spółki te nie są jednomyślne czy mogą udostępniać takie dane, czy nie.
W segmencie prasy niebagatelną kwotę z resortowych reklam (2,6 mln zł) zgarnął niemiecki koncern medialny Verlagsgruppe Passau, działający w Polsce pod nazwą Polskapresse. Wydają 90 proc. gazet i portali regionalnych. Wśród postulatów repolonizacji mediów jest i taki, aby odciąć zachodnich wydawców od nachalnych reklam. I – jak twierdzi Wojciech Reszczyński – można i trzeba odzyskać też prasę regionalną. Jego zdaniem może być wykupiona przez spółki Skarbu Państwa, samorządy, spółki pracownicze, czytelników zorganizowanych w stowarzyszenia.
Oby jak najwięcej polskich przedsiębiorców tworzyło wysoko nakładowe media lokalne i ogólnopolskie. Niestety, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta zgodził się dwa lata temu, aby Polskapresse odkupiła od Mediów Regionalnych należących do brytyjskiego koncernu Mecom - wszystkie jego gazety lokalne, tygodniki i portale internetowe. W ten sposób niemiecki wydawca zyskał monopol. Państwo powinno rozbić ten monopol, ale sprawa jest delikatna, wymaga finezyjnych decyzji, bo prosta nacjonalizacja nie wchodzi w grę. Lokalnie, zwłaszcza w sieci, jest wiele cennych, polskich inicjatyw wydawniczych. Świetnie radzi sobie np. portal LoveKrakow.pl. Właśnie otworzyli swój oddział na Podhalu, wydają też bezpłatny tygodnik. Gdyby nie było regionalnych monopoli dziennikarze zakładaliby własne tytuły i niekoniecznie musiałoby w ten proces ingerować państwo.
