WIESŁAW ŁUKA:  „Nie wiem, czy ja marzę o nagrodach, ale wiem, że marzę o takich  reportażach radiowych, które wywołują emocje i refleksje odbiorców” – wyznałaś podczas niedawnej gali swoje credo trzymając w ręce Złoty Mikrofon. I za chwilę dodałaś: ja wierzę w etos Polskiego Radia – czyli, w co wierzysz?

KATARZYNA MICHALAK: W zestaw pewnych zachowań i norm artystycznych, którym Radio hołduje od 90 lat, a nagradza za tę wiarę Złotym Mikrofonem już ponad lat 40.

Co w tym zestawie umieszczasz? - proszę jednym zdaniem!

Zbiorową odpowiedzialność za słowo… Ale muszę to rozwinąć: żeby  słuchaczom objaśniać świat, a nie mieszać im w głowach; i tyle.

Głos Ci się załamał, gdy dziękowałaś za tego polskiego,radiowego „Oskara”!

Wiesz, to jest nie byle co, gdy dołączasz do sztafety, która biegnie kilkadziesiąt lat. W tym czasie świat się tak bardzo zmienia, a ty wierzysz, że jednak zachowują się w nim jeszcze  pewne, niezmienne wartości. Chcę tylko dodać, że Złoty… bardzo rzadko trafia do dziennikarzy z rozgłośni regionalnych, może raz na pięć lat.

Czy ten twój imperatyw – „nie mieszać w głowach”  umieściłaś w tym samym zbiorze norm, o których mówiłaś w  Domu Prasy, w Kazimierzu Dolnym podczas seminarium dla radiowców: „ my, reportażyści powinniśmy przyjmować postawę ucznia  w stosunku do bohaterów naszych audycji”?

Tak. Dużo mówił na ten temat Ryszard Kapuściński, między innymi w Podróżach z Herodotem. Tak rozumiał  swoje człowieczeństwo i  tworzenie; nie tylko zresztą on. Przywołałabym tu także filozofów –Emanuela Levinasa i Józefa Tischnera, gdy piszą  o filozofii dialogu dotyczącej spotkania z drugim człowiekiem. A czymże jest  reportaż, jak nie takim spotkaniem? Kapuściński mówi, że reportażysta, rozmawiając  ze swoim bohaterem, podejmując z nim dialog i opisując jego losy, bierze za niego odpowiedzialność.  Ja też, nagrywając  rozmówcę, biorę za niego odpowiedzialność. Każde takie spotkanie jest przeciwieństwem anonimowego  mijania się w tłumie.

Mówisz też, że ta odpowiedzialność za bohatera każe Ci traktować go jako „mistrza życia”; on musi w waszym dialogu odczuć to, że jest mistrzem życia. Nawet ten bohater, który spaprał swoje życie?

Nawet ten, kto znalazł się na dnie, ale powstał  - przeżył tyle, że ja mogę się od niego sporo nauczyć. I zależy mi na tym, choć wiem, że muszę iść pod prąd  aktualnemu trendowi. Dziś wielu dziennikarzy dużo robi, by być postrzeganymi jako śledczy, inkwizytorzy, jako oceniający i wyrokujący. Oni kolekcjonują sensacyjne,  negatywne  newsy, które są dziś w wielu mediach sprzedawane jako atrakcyjne właśnie. A coraz częściej są zbierane bez wyjścia z domu, z redakcji  - nad klawiaturąkomputera. To umożliwiają – Internet oraz liczne elektroniczne gadżety, iskry elektryczne, łącza satelitarne.

A ty idziesz pod prąd?

Nie chciałoby się nikogo obrazić, ale powiem, że może reportażyści piszący oraz radiowi, są ostatnimi, którzy realizują się w relacji człowiek – człowiek. Niczego nie stworzymy bez prawdziwego i głębokiego kontaktu z drugim człowiekiem.

Co znaczy prawdziwego?

Ja to tak tłumaczę, że mój bohater musi podczas ramowy zapomnieć , że ma do czynienia z dziennikarzem.

Jak to osiągnąć w sytuacji, gdy musisz położyć na stole, czy podetknąć „pod nos” mikrofon?

Robię wszystko, by mój bohater zobaczył we mnie osobę, która  pochyla się nad jego losem. I że chcę się od niego czegoś ważnego nauczyć, a nie wyłącznie dowiedzieć.

To jest właśnie ta Twoja postawa „ucznia”?

Przecież spotykam człowieka , który doświadczył skrajnej sytuacji życiowej i sobie jakoś z nią poradził, lub przynajmniej szuka sposobu poradzenia sobie, czyli często wie więcej ode  mnie. Dlatego mogę go nazwać mistrzem życia. Pytam go nie tylko „co”, ale „dlaczego” i „co z tego dla niego i innych wynikło”. Skrajne sytuacje życiowe są miarą człowieczeństwa.

Mówisz w jakimś wywiadzie, że mikrofon dotrze tam, gdzie nie dotrze kamera telewizyjna – czy to nie są przechwałki ? 

Wielu moich bohaterów, gdy się z nimi umawiam na spotkania i nagrania, zastrzega, by  nie było przy tym kamery. To smutne, że ona wykreowała dziennikarzy jako egzaminatorów i sędziów. A ludzie boją się upublicznienia swego wizerunku. Tymczasem są zaskoczeni, że przyjeżdżam na dokumentację sama, bez kamerzysty, bardzo im odpowiada intymność  i kameralność..

Co powoduje, że mikrofon radiowy uważasz za lepszy instrument reporterski niż kamerę telewizyjną?

Nagrywając głos ludzki , rejestrujemy równocześnie odcienie najrozmaitszych emocji. To znaczy,  możemy budować połączenia emocjonalne między tymi, którzy mówią, a tymi, którzy słuchają. Dlatego mikrofon uznaję jako instrument doskonalszy od kamery. On wykryje pozawerbalne aspekty mowy – jej tempo, oddech rozmówcy, pauzę w narracji, natężenie głosu, a nawet przełykanie śliny; wszystko, co jest dźwiękiem, a nie tylko słowem. Natomiast występując przed kamerą spinamy się, chcemy jak najlepiej wypaść. Odbiorca obrazu  przez pierwsze sekundy skupia się np. na defektach urody występującej osoby, nie na słowie. Natomiast my włączamy mikrofon dopiero wtedy, gdy nasz bohater już się oswoił z naszą obecnością, już poznał naszą motywację, już spojrzał nam głęboko w oczy i rozeznał, czy jest w nich szczerość i ciekawość, czy tylko zimny profesjonalim. My trzymamy mikrofon poniżej linii jego wzroku i ten przedmiot-intruz za chwilę staje się niewidzialny. Nasz bohater zaczyna opowiadać nam o swoim życiu, a nie udzielać wywiadu. To daje niezwykłą bliskość oraz intymność przekazu. 

Proszę o przykład bliskości oraz intymności?

Każdy kolejny reportaż może być tego przykładem. Ale opowiem o jednym, o Studni sprzed kilku lat. Starsza, wiejska kobieta, matka pięciorga już dorosłych dzieci, wpadła do wyschniętej studni w polu. Przesiedziała w niej pięć dni, zanim ktoś z rodziny ją tam odnalazł i uratował przed śmiercią głodową. Takie sensacyjne wydarzenie, to smakowity kąsek  dla tabloidów, a ja próbowałam zrobić z tego uniwersalną opowieść o starości, samotności, sile wytrwania i nadziei; oraz o rodzinie w tle. Słuchałam tej kobiety kilka miesięcy po jej uratowaniu. W jej opowieści wróciły wszystkie emocje ze studni – usłyszałem żywą rozpacz, narastający strach przed śmiertelnym  końcem, zmieniającą się intonację głosu, wysiłek fizyczny, aby się stamtąd wydostać i niemoc samodzielnego wyjścia. Opowiadała o słońcu, które widziała i o gwiazdach, bo spędziła tam cztery czy pięć nocy. Obrazy opowieści, różne odcienie głosu sprawiały, że i ja odruchowo spoglądałam w niebo; w słoneczny dzień nagrania widziałam nad sobą gwiazdy.

Gdy teraz Ciebie słucham , to też widzę gwiazdy… tę kobietę  i cembrowinę polnej studni…Wszystko widzę i słyszę, czuję stęchlizną dziury w ziemi…  słowo daję… Dostałaś za Studnię nagrodę na krajowym festiwalu w Łodzi…Ale zacznijmy mówić o początkach serii Twoich sukcesów krajowych i międzynarodowych. Prestiżową nagrodę im. Jacka Stwory otrzymałaś za Mijając Ewę (2002 rok). Czego Cię nauczyła opowieść o rumuńskiej dziewczynce, żebrzącej przy akademickim kościeleKUL-u?

W Romce, Ewie zobaczyłam Sienkiewiczowskiego Janka-muzykanta ipoczułam, że bohaterowie reportaży są właśnie naszymi „mistrzami życia”. Weź te dwa słowa w cudzysłów, bo je zapożyczyłam od Kapuścińskiego. A jeśli chodzi o formę utworu, to w nim pierwszy raz odważyłam się być narratorem. Stałam się więc jedną z postaci świata przedstawionego.

W jakiej  atmosferze wówczas pracowałaś?

Zwykle młody dziennikarz w radiu jest bardzo silnie uzależniony od wymagań szefów, którzy najczęściej chcą szybkich realizacji, natychmiastowego wykazania się tempem pracy i jej jakością. Straszą młodych,  którzy muszą błyskawicznie zdać test. A ja, gdy dziś sama jestem szefem, to widzę, jak młodzi potrzebują mistrza, przyjaznej konsultacji i  czasu dla intelektualnego oraz artystycznego namysłu. I tym młodym to zapewniam w Polskim Radiu Lublin. Mój mistrz, belgijski radiowiec Edwin Brys nie dyscyplinował mnie nakazami „ pokaż, co potrafisz”, „ zaskocz mnie czymś”, „wykaż się”,  „udowodnij, że jesteś dobra”. To zbrodnia tak traktować młodych ludzi.Tak nie można z nimi rozmawiać. Edwin uspokajał: „W naszej robocie nie odkrywamy nowych światów, wszystko już zostało odkryte, a  ty staraj się tylko wykazać własne podejście i widzenie świata, bo reportaż jest dziełem subiektywnym; odciskaj swoje  piętno na tym, co robisz ”.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka nagrodziła Cię w 2004 roku za utwór Eden na wąską rzeką.Znaczy – za Bugiem. O co stałaś się bogatsza po tej realizacji?

To był konkurs organizowany przez Fundację Batorego pod patronatem Helsińskiej Fundacji. Przyjechałam z Łodzi do Lublina i tu zaskoczyła mnie  skala nielegalnej imigracji   do Polski ludzi rozmaitych narodowości  przez źle chronioną naszą wschodnią granicę, która właśnie stawała się granicą Unii Europejskiej.  Przy realizacji Edenu… po raz pierwszy spróbowałam sił w formie feature – utworu łączącego słuchowisko i reportaż  wzmocniony elementami  artystycznymi. Opowieść o nielegalnych imigrantach i ich przemytnikach przeplotłam fragmentami z Biblii,  z Księgi Rodzaju; m.in. o wypędzeniu Adama i Ewy z raju oraz o wędrówce Mojżesza przez pustynię z niewoli egipskiej. Jest tam też fragment Ewangelii, słowa Jezusa: „byłem przybyszem, a przyjęliście mnie”. Równolegle radiosłuchacz słyszy między innymi dźwięk kajdanków zakładanych „przybyszom” przez straż graniczną. W dzisiejszej sytuacji Polski, Europy i świata ta realizacja nabiera aktualnego wymiaru nie tracąc nic ze swojej uniwersalnej treści.

Za Chłopców z Wygnanki  dostałaś (wraz z Moniką Hemperek) w 2005 roku Prix Europa, światowy laur…Czy jurorzy festiwalu w Berlinie, nieznani Ci koledzy po fachu z wielu krajów , uwierzyli  Mirkowi, zakochanemu w Agnieszce  rolnikowi i zarazem ochotniczemu strażakowi, że konstruując bombę myślał, że „tylko”  postraszy nią konkurenta Radka. Czy jurorzy rozczulili się jego więziennym losem, a Ty „na pocieszenie” wygrałaś konkurs?

Tego nie jestem pewna.Natomiast pamiętam, że kiedyś  Mariusz Szczygieł powiedział, że „reportaż jest  o tym, o czym jest i jeszcze o czymś”. Utwór Chłopcy…pierwszy kryminalny w moim dorobku, jest opowieścią o miłości i morderstwie, o zemście  z miłości. Udało nam się jednostkową sprawę opisać tak, że zyskała uniwersalną nadwyżkę. Prawda o  młodym zabójcy ze wsi, jego atawistycznej walce o kochaną kobietę, stała się prawdą o człowieczeństwie -naturze ludzkiej, nieprzeniknionej i nieprzewidywalnej. Oprócz tego była to panorama  wsi w okresie transformacji.

Mówią, że tematy do reportażu  leżą na ulicy, albo na wiejskiej drodze; dodam: pod warunkiem, że szuka ich tam rasowy reportażysta. Ty znalazłaś go na czyichś imieninach.  Zrobiłaś Niebieski płaszczyk, którego bohaterka bardzo się dziwiła i cieszyła zarazem w podlubartowskiej wsi,  że zrobiona w Australii ondulacja na jej głowie trzymała świeżość po przespanej nocy; przez lata w paczkach z Australii odnajdywała smaki i zapachy wolnego, lepszego świata. Niedługo potem wyznała z rozbrajającą  szczerością, że ”nie wie i nie chce wiedzieć, dlaczego jest Polką”.  Szczerość swojej bohaterki konfrontujesz z zakłamaniem ówczesnego polskiego przywódcy komunistycznej władzy. Czy właśnie tym ujęłaś jury renomowanego festiwalu w Wenecji, że obdarowali Cię pierwszą, wymarzoną przez każdego radiowca,Prix Italia 2006?

W uzasadnieniu grand prix napisano: „Przez pojedynczy los została pokazana historia powojennej Polski w sposób, który w wyobraźni odbiorcy wyświetlał niepowtarzalne, żywe obrazy” .

Skoro zaznaczyłem „pierwsza Prix  Italia”, to musimy  powiedzieć także o drugiej z 2009, za Modlitwę zapomnianej (współautor: Dorota Hałasa). Z reportażu dowiaduję się, że  zapomniana, to Tekla Bądarzewska – Baranowska. Ona w połowie XIX wieku urodziła w Warszawie pięcioro dzieci, ale znalazła także czas na komponowanie fortepianowe,by umrzeć w wieku  27 lat.Teraz ma ciągle piękny pomnik na Powązkach i nie wiadomo, z jakich powodów jej utwory są kompletnie nieznane nad Wisłą. Za to w Japonii jej Modlitwę... uznano za jeden  z najpiękniejszych  utworów wszechczasów i śpiewa ją każde japońskie dziecko. Po drugie reportaż zaleca mi się polszczyzną Japończyka z Kraśnika podlubelskiego, inżyniera, specjalisty od łożysk kulkowych, który  bezinteresownie użyczył  swego głosu utworowi…

A właśnie użyczył głosu interesownie, bo wspaniale zastąpił tego Japończyka ze swojej ojczyzny, którego matka na Dalekim Wschodzie odkryła romantyczne kompozycje Tekli. Muzykolodzy nazywają  je przed moim mikrofonem w Modlitwie… „muzyką salonową”.

A ja powiem bluźnierczo, że słyszę w nich… geniusz Fryderyka i oczami wyobraźni widzę mazowieckie wierzby  w kraju wiśni… To za te wszystkie swoje radiowe wyczyny zostałaś ostatnio wyróżniona tytułem: Zasłużona dla Lubelszczyzny? 

Tylko w trzech regionalnych rozgłośniach radiowych zostały wyodrębnione redakcje reportażu. Mam tu, wraz ze znakomitymi kolegami po fachu, komfortową sytuację dla tworzenia. Nie biegamy  w poszukiwaniu newsów, lecz skupiamy się na swojej robocie, co zaowocowało tym, że na stworzonej niedawno liście stu najciekawszych reportaży radiowych w kraju znalazło się aż 18 lubelskich realizacji. W maju  zorganizowałam z kolegami światową konferencję reportażu radiowego, na którą przyjechało 120 autorów z czterech kontynentów. To spotkanie twórców Wschodu i Zachodu chyba nieźle przyczyniło się do promocji Lubelszczyzny. Docenił to również nasz Uniwersytet  Marii Curie Skłodowskiej, który  uznał za stosowne wzbogacić program studiów o pracownię reportażu radiowego.

Wolisz nie słuchać narzekań,  że reportaż jako gatunek dziennikarski przeżywa kryzys?

U nas nie przeżywa.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl