Z dr Krzysztofem Grzegorzewskim z Uniwersytetu Łódzkiego o zmianach w Telewizji Polskiej rozmawia Błażej Torański.
Oglądasz programy informacyjne pod nowym kierownictwem? „Wiadomości”, „Panoramę”, TVP Info? KRZYSZTOF GRZEGORZEWSKI: Oglądam, ale to zaledwie kilka dni. Wyraźne zmiany jeszcze nie zaszły. I nawet się temu nie dziwię. Programy informacyjne TVP tworzą w dużej mierze ci sami redaktorzy, wydawcy i dziennikarze, także ze stacji regionalnych. W TVP Info nie widzę różnicy. Wielu redaktorom kończą się kontrakty. Zasadnicze zmiany będą wymagały nowych zespołów, dogrania ich i zabezpieczenia finansowania. To jest główna bolączka TVP: mają za mało pieniędzy, źle nimi gospodarują i to się przekłada na jakość serwisów.
Ale tu nie chodzi tylko o brak pieniędzy. Przez lata w programach informacyjnych TVP dominowały miałkość i propaganda. Omijano – lub traktowano powierzchownie ważkie problemy - tematykę ubóstwa lub nierówności społecznych, wykluczenia, służby zdrowia czy bezrobocia.
Zgadzam się z uwagami Piotra Szumlewicza, autora książki „Wielkie pranie mózgów”, byłego dziennikarza „Panoramy”, że materiały były powierzchowne, realizowane płytko. Teraz jest spokojniej, mniej krytykowana jest obecna władza. Ale sama krytyka obecnej władzy – niezależnie, jaka by była - lub jej brak – nie przekłada się od razu na jakość programu.
Za prezesa Juliusza Brauna to była info rozrywka. Telewizyjne tabloidy.
Przez lata miałem wrażenie, że „Wiadomości” TVP są kopią „Faktów” TVN, że Telewizja Polska ściga się z prywatną stacją, która ma o wiele większe pieniądze. „Wiadomości” były słabsze technicznie, relacje mniej dynamiczne. Rzeczywiście rzadko pojawiały się problemy społeczne, wykluczenia czy biedy. Wielu medioznawców to badało, a opisał na przykład Giovanni Sartori w książce „Homo videns. Telewizja i postmyślenie”. Telewizja odwołuje się do pokolenia, które nie myśli symbolicznie, tylko obrazkowo. Telewizja nie lubi abstraktów. Dlatego pokazuje konkretnego bezrobotnego, który wyleciał pod most albo matkę, która mieszka z dorosłym synem w kontenerze na jednym z warszawskich osiedli. W dwuminutowym materiale można pokazać tylko takie konkretne historie, bo telewidzowie odwołują się do konkretów. Chcą zobaczyć pana Mietka, który zarabia tysiąc złotych, panią Hanię chorą na raka. To decyduje, że te materiały są spłycone.
Ale w opisywaniu rzeczywistości przez konkret nie ma nic złego. Tak pracują wszyscy reporterzy. W programach informacyjnych TVP ważniejsze jednak od problemów społecznych były powiększone piersi Dody czy potknięcie się Natalii Siwiec na pokazie mody.
To prawda. Prezenterzy, ludzie, na których opierała się konstrukcja programu, zbyt często komentowali. Nie mówiąc o głupich żartach. Komentować powinni eksperci, na przykład w krótkich rozmowach, nie dziennikarze. Ostatnio podnoszono sprawę frankowiczów, wypowiadał się minister Maciej Łopiński z Kancelarii Prezydenta. W takim materiale trzeba pokazać, jakie zmiany zamierza wprowadzić prezydent i jego ministrowie, jakie ma w tej kwestii oczekiwania opozycja, a co dostanie obywatel. Skomentować może ekonomista, ekspert od bankowości i finansów. Wszystko w krótkich formach. Był też temat psa, który dryfował na krze, topił się. Strażacy go uratowali. Prezenter spytał: „Ale czyż widz nie ma prawa czasem dowiedzieć się czegoś lżejszego?”.
Czasem.
To są z reguły „michałki” na koniec serwisu. Mnie bardziej drażnią wyrywane z kontekstu wypowiedzi polityków, z których się robi aferę. Zgrzyty dyplomatyczne, które ludzi specjalnie nie obchodzą.
Najgorszy jest jazgot i nawalanki. Ale za nowego kierownictwa już tego nie ma.
Kiedy ostatnio realizowano materiały o Trybunale Konstytucyjnym, to należało założyć, że trzy czwarte społeczeństwa w ogóle nie wie, co to jest.
Te materiały tego jednak nie wyjaśniły.
Nie wyjaśniły, ponieważ nie chodzi o to, aby koncentrować się na wzajemnych atakach. Na jazgocie. Na argumentach władzy „zepsuliście ustawę w czerwcu, więc my ją teraz musimy naprawiać”, albo opozycji: „nie zepsuliśmy, tylko to był błąd i tak posłuchalibyśmy trybunału”. To jest bełkot. Niczego nie wyjaśnia. Podobnie, jak cytowanie prof. Andrzeja Rzeplińskiego, który mówił o Zbigniewie Ziobrze „pan Zbyszek”. Strata czasu.
Jeżeli ilustrujemy ważny społecznie temat, na przykład reformę edukacji, a są zarzuty opozycji, że wielu nauczycieli może stracić pracę, trzeba to ludziom wyjaśniać. Rafał Ziemkiewicz wspominał w swoich książkach - „Michnikowszczyzna” i w „Polactwo” – że trudne, kłopotliwe dla władzy reformy, najczęściej nieakceptowane przez społeczeństwo - ale konieczne - wymagają objaśnienia w mediach. A nie czołobitnego chwalenia lub krytykowania, jak w przypadku reformy Balcerowicza z początku lat 90. Mam wrażenie, że z obecną władzą jest tak samo. Należałoby wyjaśnić, dlaczego Polacy zagłosowali na PiS, jakie wyzwania stoją przed nową władzą, a jak to realizuje, to inny temat.
TVP była do niedawna telewizją władzy i propagandy. Dziennikarze z politykami PO i PSL rozmawiali na kolanach. Opozycję traktowali brutalnie. W programach informacyjnych nagminnie mieszali informację z komentarzem. Wbrew standardom BBC.
Zgadzam się, ale publicystów bym trochę bronił, bo oni mają prawo do własnego punktu widzenia, jak Tomasz Lis. Ale powinni pilnować polityków i ekspertów, którzy się kłócą i dążą od pytania do przesłania. Nie udzielają odpowiedzi. Wyślizgują się. Jak prof. Andrzej Rzepliński, którego Lis przyciskał do ściany, ale niczego nie uzyskał, poza mętnymi wypowiedziami.
Nie uzyskał, bo jest słabym dziennikarzem, jak jego żona, mająca kłopoty z aparatem mowy, słabo przygotowana merytorycznie, nie potrafiąca w rozmowie z Pawłem Kukizem poprawnie rozwinąć skrótu JOW. Jak Piotr Kraśko, wiecznie zadowolony, uśmiechnięty, skoncentrowany na sobie. Showmen schlebiający władzy. Mający problemy z dykcją.
Jeżeli posłuchamy TV Republika, to Rafał Ziemkiewicz też nie mówi wyraźnie „r”. Z przyjemnością go czytam, ale nie za bardzo mogę słuchać. W TVP Łódź bardzo się pilnuje tego, żeby dziennikarze mieli dobrą dykcję. Ale nie problem w wadzie wymowy. To są didaskalia.
Nie do końca. Jeśli ktoś nie ma lewej nogi, nie bierze udziału w „Tańcu z gwiazdami”.
Można by tak powiedzieć. Barwne porównanie. Ale istota leży w meritum przekazu. Tomasza Lisa chętnie oglądałem w czasach Polsatu, czułem się po tych programach mądrzejszy. W Telewizji Polskiej wykazywał nieprawdopodobne zacietrzewienie. Jakby szedł na wojnę i ostentacyjnie nie chciał słuchać drugiej strony. Dlatego przegrał.
Zwolnienia w TVP, nazywane przez „Gazetę Wyborczą” „czystkami” czy „weryfikacją” nie są niczym innym, aniżeli rywalizacją warsztatów, konkursem CV. Odchodzą słabsi?
Zmiany personalne są tylko zasłoną dymną. Nie ma co się użalać nad tymi, którzy odchodzą. Nie ma sensu koncentrować się nad tymi, których wyrzucają dyrektorzy zatrudnieni z nadania nowej władzy. To nic nie daje. Mam wobec nowej władzy znacznie poważniejsze oczekiwania. Przede wszystkim, żeby wprowadzała zmiany systemowe, bo tylko takie mogą uratować telewizję publiczną. Jak widzę, że w łódzkim ośrodku TVP dziennikarzom przyznaje się kamerę na ograniczony czas, na przykład na godzinę, to coś jest nie tak. No bo co w sytuacji, kiedy rozmówca pojawi się kwadrans później?
A w „Rzeczpospolitej” są „gorące biurka”, przy których w ciągu doby w różnych godzinach pracuje trzech dziennikarzy.
Bez sensu. Moja wizja, być może naiwna, przewiduje, żeby Telewizję Polską finansować z podatków. Jak mi odbiorą z pensji, nie zaprotestuję. Chciałbym, aby sprawnie zarządzano tymi pieniędzmi. Żeby dziennikarze dostawali narzędzia rzeczywiście potrzebne im do pracy. Oczekuję, aby ich ponownie zatrudniono, a nie wyrzucano do agencji pracy tymczasowej, jak LeasingTeam. Wreszcie: by dyrektorzy nie pochodzili z nadania politycznego, tylko z awansu.
To rzeczywiście naiwne. Ale nie odpowiedziałeś na pytanie, czy mamy do czynienia z czystkami i weryfikacją?
Na to pytanie odpowiem, jak przyjrzę się nowym dziennikarzom. Za wcześnie. Fakt, że niektórzy dziennikarze stracili pracę - odeszli lub ich zwolniono - może budzić niepokój. Ale co z tego wynika? Jeżeli zatrudniani na ich miejsce będą działać w takich samych warunkach i nie okażą się lepsi, choć mogliby być, wtedy powiem: głupio robicie. Ale jeśli zobaczę rzetelniejszą, bardziej pogłębioną publicystykę, mniej tabloidowe „Wiadomości” czy „Panoramę”, mniej „nurkowania”, a więcej ambitnych treści i uznam, że w wyniku zmian strukturalnych lepiej się zarządza groszem, wtedy powiem: zrobiliście coś pożytecznego. Pierwsze posunięcia są gwałtowne, kontrowersyjne, ale dają nadzieję.
