Z Kazimierzem Krupą, redaktorem naczelnym „Forbesa” i „Pierwszego Miliona” rozmawia Błażej Torański.

 

Kazimierz Krupa, dziennikarz ekonomiczny. Od stycznia 2007 roku redaktor naczelny miesięcznika „Forbes", od września 2012 kieruje także kwartalnikiem „Pierwszy Milion”. Oba tytuły wydawane są przez Ringier Axel Springer Polska. W latach 80. XX wieku był dziennikarzem „Expressu Wieczornego", potem redaktorem naczelnym  „ Parkietu" (1994-1998), następnie felietonistą „Pulsu Biznesu" i komentatorem wydarzeń ekonomiczno-gospodarczych Radia TOK FM.

 

Jak zarobić milion? W PRL mawiało się, że ten pierwszy trzeba ukraść.

Właśnie aby zaprzeczyć obiegowej opinii, że pierwszy milion trzeba ukraść, postanowiliśmy wydawać magazyn „Pierwszy Milion”. Redagując „Forbesa” szybko zorientowaliśmy się, że zarobienie pierwszego miliona niczym nie różni się od dziesiątego czy miliarda. Jeżeli celem jest tylko zarabianie pieniędzy, to czasami się zarabia, czasami traci. Ale jeśli, tworząc biznes, realizujemy też pasję, to pieniądze z pewnością przyjdą!

Najpierw może warto poszukać luki w rynku?

Nie wystarczy kopiować, jak robią to masowo Chińczycy. Warto wymyślić coś nowego, niekoniecznie od razu polską Nokię. To może być ubranko dziecięce, program komputerowy, mały mechanizm w maszynie albo proces.

Są branże, które opierają się kryzysowi?

Jest w Polsce konkurs dla najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw innowacyjnych. W czołówce są takie, których przyrost zysków wynosi ponad tysiąc procent. To chyba wszystko mówi. Trzeba mieć pomysł, być innowacyjnym. Nie chodzi jednak o to, aby wymyślić przełomowy wynalazek.

Raczej o niekonwencjonalne, heurystyczne myślenie?

Dokładnie tak. Czas przełomowych wynalazków jednego człowieka, jak penicylina, dawno się skończył. Teraz pracują nad tym ogromne zespoły. Nie próbujmy więc od razu przełamać świata, spróbujmy zmienić otaczającą nas rzeczywistość i to wystarczy. 

Weszliście na rynek z „Pierwszym Milionem” dokładnie wtedy, kiedy znikał „Bloomberg Businessweek”.

To czysty przypadek, bo do wydania magazynu „Pierwszy Milion” zaczęliśmy się przygotowywać na przełomie wiosny i lata tego roku. Zastanawialiśmy się, jak powinien wyglądać, co zawierać. Wtedy nie było jeszcze żadnych sygnałów, że „Bloomberg” upada. To było symboliczne, że oni padli, a myśmy się narodzili. Tematycznie jednak oba magazyny prawie na siebie nie zachodzą.

Szukaliście niszy, której nie zagospodarował jeszcze żaden wydawca. „Pierwszy Milion” podpowiada krok po kroku, jak w biznesie zrealizować cel.

Chcemy być innowacyjni na naszą miarę i możliwości. Wiele wiedzy z tego zakresu można znaleźć w Internecie, w setkach serwisów. Zamierzamy z nimi współpracować. Nie chcemy jednak dawać czytelnikom wiedzy poradniczej. Jak pan mnie zapyta, jak założyć przedszkole w Łodzi, nie odpowiem, bo nie wiem. Nie chcemy także pisać o procedurach: gdzie iść i co załatwić. Chcemy inspirować tych, którzy w biznesie poszukują, pokazać, co ma znaczenie, a na czym nie warto się skupiać. Wiele serwisów jest rzetelnych, ale nie mają autoryzacji, więc chcemy objąć je autorytetem „Forbesa”. Ludzie nas już znają i wiedzą, że głupstwami się nie zajmujemy. Wierzą nam, więc może to zagra.

Zaledwie po trzech tygodniach pomysł „Pierwszego Miliona” wydaje się strzałem w dziesiątkę. Pytałem o magazyn w sześciu salonach prasowych. Już go nie było. Zwiększycie częstotliwość wydawania?

Czekamy na wyniki sprzedaży. Teraz wskazują na to, że w ciągu miesiąca sprzeda się ponad dwadzieścia tysięcy z 40-tysięcznego nakładu. Jeśli gdzieś już pisma nie ma, to sygnał dla dystrybucji, aby przerzucili część egzemplarzy albo podpowiedź dla wydawcy, by dodrukować. Następny numer ukaże się około 10 grudnia. W przyszłym roku, jeśli wyniki sprzedaży dwóch numerów będą równie zadowalające jak teraz, zaczniemy wydawać dwumiesięcznik.

A jakie szanse daje Pan na zmartwychwstanie „Bloombergowi”, kupionemu właśnie przez Grzegorza Hajdarowicza.

„Bloomberg” staje przed bardzo trudnym wyzwaniem. Wiemy już, że redaktor naczelny będzie ten sam: Cezary Szymanek. Przez ostatnie trzy miesiące, jeszcze u poprzedniego wydawcy, zaczął dokonywać istotnych, sensownych zmian w zawartości, strukturze, sposobie pisania. Ale zadanie jest trudne. Pamiętajmy, że – licząc z Businessweeekiem - to jest trzecia próba. Ważny jest layout, ale najważniejsze, jaki będzie zespół, kto będzie pisał. Dziennikarze zdecydują, czy to pismo ma szanse na sukces. Zmartwychwstanie będę obserwował z sympatią.

Wiadomo już, że będą to ci sami autorzy oraz dziennikarze ekonomiczni „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”. Gdzie są źródła tak szybkiej dewaluacji „Rzeczpospolitej”, która po kupieniu jej przez Hajdarowicza straciła połowę nakładu?

Stało się to wcześniej. Jako dziennikarz staram się czytać wszystkie gazety. Ale nie mam czasu na wszystkie, więc kilka lat temu zrobiłem test. Poszukiwałem pięciu informacji o wydarzeniach gospodarczych. W „Gazecie Wyborczej” znalazłem dwa, w tym jedno z przekręconym nazwiskiem. W „Rzeczpospolitej” były wszystkie. „Rzeczpospolita” stała się więc bezapelacyjnie moją pierwszą gazetą. Ale wtedy zaczęła się też w Polsce polaryzować scena polityczna. „Rzeczpospolita” wyszła z fachowości, dla której ją wybrałem, skoncentrowała się na walce politycznej. Wszystkie strony tego sporu straciły: i „Gazeta Wyborcza”, i „Rzeczpospolita”. Ale ta druga - więcej, zaangażowała się po prawej stronie i tam się okopała. Później stworzyła wewnętrzną konkurencje w postaci „Uważam Rze”, a następnie zaczęła łagodzić ultraprawicowy kurs. Odeszli więc czytelnicy z prawego skrzydła, ale skąd mieli się wziąć nowi? Teraz jest to gazeta bez oblicza. Przestała walczyć politycznie, ale nie zaproponowała równocześnie nic w zamian.

Właśnie dotarła wiadomość o zamknięciu do końca roku amerykańskiego „Newsweeka” w papierze. Jak długo utrzyma się w Polsce papierowe wydanie „Forbesa” ?

Jestem spokojny, że jeśli nie do końca świata, to całkiem długo. Jak uruchamialiśmy w Polsce „Forbesa”, jego nazwa budziła szacunek, ale tak naprawdę, jak się poskrobało, nikt nie wiedział, co to za magazyn. Byliśmy piątą lub szóstą edycją na świecie. Teraz jest ich dwadzieścia cztery. To się rozprzestrzenia, a nie zwija. Długo będzie jeszcze zapotrzebowanie na prasę luksusową, choć nie mam poczucia, że „Forbes” taki jest.

Jest elitarny.

Zaczynamy tam, gdzie kończy się informacja. Dziennikarze newsowi i internetowi stwierdzają, że dwa plus dwa jest cztery, nieco lepsi zastanawiają się, co to znaczy, my wkraczamy o wiele później, kiedy dawno już wiadomo, że dwa plus dwa jest cztery i co z tego wynika. „Forbes” analizuje aspekty, przekroje,  konsekwencje. Myślę, że ludzie zawsze będą tego ciekawi. A jeśli jeszcze nasz produkt będzie luksusowo opakowany, to sądzę, że do szklaneczki whisky, cygara i wygodnego fotela ten szelest i zapach jest w sam raz. Nie zastąpi ich żaden tablet ani komputer.

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl