Z Waldemarem Wiśniewskim, laureatem nagrody ekonomicznej SDP im. Eugeniusza Kwiatkowskiego rozmawia Błażej Torański.

 Błażej Torański: W łódzkim ośrodku TVP kamery wydają tylko na godziny. Przy realizacji reportażu „Poślizg niekontrolowany” także limitowano Ci kamerę?

Waldemar Wiśniewski: Finansował „Reporter Polski”, więc miałem więcej czasu.

Ile jesteś w stanie zrobić takich reportaży miesięcznie?

Nie da się zrealizować więcej niż dwa, aby autor i odbiorca mieli satysfakcję. Zdarzają się tematy prostsze realizacyjnie, bez wielu zdjęciowych. Jeśli uda się osiągnąć jedność miejsca i czasu, wtedy jest łatwiej i szybciej. Ale pośpiech zawsze oznacza gorszą jakość.

To jasne. Ale jak sobie radzisz jako freelancer? Po latach etatowej pracy w TVP trafiłeś, jak wielu innych, do agencji pracy tymczasowej LeasingTeam. Teraz nie masz etatu.

Nie jestem już pracownikiem telewizji, nie mam zakazu pracy dla konkurencji, lecz nadal pracuję przy łódzkim ośrodku TVP i robię reportaże na antenę lokalną i dla anten ogólnopolskich. Problem w tym, że nie ma zbyt dużego zapotrzebowania na reportaże. Zgłaszam pomysły do ogólnopolskich redakcji reportażu – dla Telewizji Regionalnej, „Magazynu Expresu Reporterów” i „Reportera Polskiego” .

Rynek jest trudny. Adam Bogoryja-Zakrzewski, laureat wielu konkursów dziennikarskich powiada, że kilkanaście lat temu, gdy proponował współpracę obcym redakcjom, na dziesięć propozycji  sześć, siedem brano od niego, mówiono „rób”. Teraz, jak uda mu się sprzedać jedną, jest szczęśliwy.

Rynek reportażowy rzeczywiście jest trudny, ale dotknął go także proces tabloidyzacji. Dominują reportaże silnie interwencyjne, o zdrowiu, błędach lekarskich czy zaniechaniach  urzędniczych albo o lokatorach wyrzucanych na bruk. Mnie takie tematy specjalnie nie leżą. Wolę realizować portrety interesujących ludzi, ekscentryków, historie obyczajowe, czasami śmieszne. Dla mnie rynek jest wyjątkowo zawężony.

Najbardziej zapisały się w pamięci Twoje obrazy o ludziach i zjawiskach z najnowszej historii Polski, nieobecnych w PRL-owskiej przestrzeni publicznej. Ale zawsze miałeś nerw reporterski, co widać w Twoim reportażu „Poślizg niekontrolowany” o perypetiach lokatorów spółdzielni mieszkaniowej w sercu Łodzi.

Nie dość, że to był temat interwencyjny, to jeszcze z gąszczem paragrafów, wieloma wątkami, zawiłościami prawno-urzędniczymi. Z trudnym do wyłożenia sensem i długą historią całej sprawy. Okupiłem ten reportaż logiczno-estetyczną gimnastyką. Żeby dało się go oglądać w dziesięć-piętnaście minut, a nie był równocześnie wykładem na temat prawa spółdzielczego, kolejnych etapów nieszczęścia, jak wyłączanie prądu mieszkańcom Spółdzielni Mieszkaniowej  „Śródmieście” w Łodzi.  Żeby był strawny, miał dramaturgię. Żeby przedstawiał argumenty życiowe ludzi, ale i tłumaczył zjawisko na tyle precyzyjnie, by nie czołgano mnie po sądach. Wspominam tę realizację jako mozół i mordęgę. Stąpałem po cienkim lodzie.

SM „Śródmieście” w sercu Łodzi, to niegdyś prestiżowa spółdzielnia, 3 tys. mieszkań. Kilkanaście tysięcy ludzi nie ma nic do powiedzenia wobec dyktatu zarządu, w którym od lat zasiadają niemal ci sami ludzie. Jedna z mieszkanek mówi o nich, że zachowują się na poziomie małpy z buszu, która zeszła z drzewa, aby się nachapać.

No tak, teraz majątek spółdzielni jest we władaniu syndyka masy upadłościowej. Niemniej ta historia jest przyczynkiem do opisania defektów prawa spółdzielczego. Ludzie nie są chętni do aktywnego i świadomego działania w życiu spółdzielni mieszkaniowych. Zarządy działają więc - nawet nie z własnej winy - poza kontrolą. Często, wykorzystując kruczki prawne, mogą doprowadzić do skandalicznych decyzji finansowych – jak w „Śródmieściu” -  i do upadku spółdzielni.

50 mln z długu. Jak do niego doszło?

Zarząd rządził po swojemu – efekty swej nieudolności ratował dziwnymi pożyczkami, spekulacyjnie handlował działkami. W ten sposób klajstrował braki w kasie. Zamiast zmniejszać dług, zwiększał go, bo spółdzielnia wpadła w nakręcającą się spiralę zadłużenia. Musiał się pojawić syndyk.

Wykazałeś, o czym wiemy od dawna, że i w tym przypadku urzędnicy, władze spółdzielni, nie ponieśli odpowiedzialności za błędne decyzje. Ba, nawet się do nich nie poczuwają.

Prawo spółdzielcze jest tak elastyczne, że zarząd może z nim zrobić wiele. Z pewnością stworzyć sobie źródło lukratywnych dochodów. Rada nadzorcza miała swój interes, aby współpracować z zarządem, a nie go kontrolować. Jeśli ludzie są zbyt pazerni, doprowadzają do takiej zapaści, jak w Łodzi.

Były prezes Krzysztof Diduch, który siedział w areszcie i zajmowało się nim ABW, nie poczuwa się do winy. Podobnie p. o. prezesa Elżbieta Szymańska, choć przez lata zasiadała w radzie nadzorczej i przyklepywała decyzje zarządu, które doprowadziły do bankructwa. Oboje są bezkarni.

Teraz wszystko jest w rękach prokuratury, która po przeczesaniu papierów powinna postawić konkretne zarzuty. I ciekawe, na ile prawo spółdzielcze można interpretować w odmienny sposób. Nie wykluczam, że może się okazać, że wszyscy postępowali zgodnie z prawem, a dług powstał na skutek jego dziurawości. Nie wiem, jaki będzie finał.

Ofiarami są lokatorzy zwykle regularnie płacili czynsz, a najbardziej zagrożeni ci, którzy nie wykupili mieszkań – mogą stracić dach nad głową.

Jest ich niewielu, ale są to przeważnie starsi ludzie. Mogą dostać od syndyka pismo z prośbą o opuszczenie mieszkania, które nie jest ich własnością.

Nagrody cię motywują?

Bardzo. Satysfakcją jest dla mnie, że reportaż docenili dziennikarze, reportażyści, którzy się na tym znają i potrafią nie tylko docenić drapieżność czy wagę społeczną, ale i trudności realizacyjne czyli profesjonalizm. Tego przeciętny telewidz nie jest w stanie docenić. Nie bez znaczenia są też nagrody, bo honoraria są obecnie o połowę niższe, aniżeli kilkanaście lat temu. A reportażu nie da się zrobić szybko.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl