Z Małgorzatą Sawicką, laureatka Nagrody SDP im. Janusza Kurtyki, rozmawia Błażej Torański.

Co z dorobku artysty zostaje?

To pytanie zawieszam w powietrzu na końcu audycji. Zastanawiałam się, jak trudno przewidzieć, co z dokonań któregokolwiek artysty zamieszka w zbiorowej świadomości po jego śmierci, a co osiądzie w specjalistycznych analizach epoki,  co ugrzęźnie w niszowych tekstach dostępnych wąskim grupom ekspertów. Dotyczy to pisarzy, kompozytorów, poetów i artystów estradowych.

Jak Gwidon Borucki, bohater reportażu „Czerwone maki Gwidona”. Piosenkarz, aktor, żołnierz armii gen. Andersa.

Muszę ze wstydem przyznać, że nic o nim nie słyszałam. Nie wiedziałam, że jako pierwszy zaśpiewał patriotyczną pieśń „Czerwone maki na Monte Cassino”. Powinien przejść do historii, do zbiorowej świadomości, a tymczasem nie jest w Polsce znany.

Nie jest. Żaden wstyd o nim nie słyszeć. Nie znamy jeszcze powszechnie wielu wybitnych polskich twórców, a nawet bohaterów narodowych. Dzięki pani reportażowi poznajemy go.

Najogólniej miała to być opowieść o osobistym dramacie artysty z wielką historią w tle. W szczegółach chodziło mi o to, aby opowiedzieć o tym, jak namiętność - skomplikowane gry między ludźmi, jak powiedziała Ewa Borucka, druga żona Gwidona - potrafią odmienić życie. Bo mój bohater został przez pierwszą żonę zdradzony.

Ale z niebyle kim, ze swym dowódcą gen. Władysławem Andersem!

Co jednak może być gorszego dla mężczyzny, jak zdrada żony? W dodatku on, zwykły żołnierz, a jego rywal generał. Z powodu tej namiętności poniósł też porażkę jako artysta. Odsunięto go od występów teatru wojskowego „Polska Parada”.

Okradziono go podwójnie: z maków i z żony.

Odebrano mu szansę na nagranie pieśni, którą pierwszy wykonał. Gdyby nie namiętności, które rozegrały się wtedy w trójkącie Borucki - Bogdańska - gen. Anders, to Gwidon byłby teraz znanym człowiekiem. Tymczasem do historii, zamiast niego, wszedł Adam Aszton, jeden z najpopularniejszych artystów dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Aszton pierwszy nagrał „Czerwone maki na Monte Cassino” i to nagranie było rozpowszechniane. Mój reportaż jest także opowieścią o godności.

O godności Boruckiego, który mimo upokorzenia nigdy nie skarżył się na swój los. Zresztą - jak mówi w reportażu 99-letnia wdowa po nim, Ewa Borucka - widział w ludziach tylko dobro.

Oboje z żoną okazali wiele szlachetności, wielkodusznego wybaczenia wobec tego publicznego upokorzenia. Ani słowem nie dali poznać po sobie, że wobec Ireny i Władysława Andersów żywią jakąkolwiek urazę.

Powiem więcej: między byłą i obecną żoną Gwidona Boruckiego nawiązała się nić sympatii.

A tak, kontaktowały się ze sobą, miały przyjacielskie relacje. Irena Anders gościła u Boruckich w Australii. Pani Ewa żartowała, że mówili na nią „nasza pierwsza żona” (śmiech). Ale moja audycja miała także być o sile sztuki. O tym, jak sztuka potrafi wpływać na morale żołnierzy. O propagandowej roli teatru. Kiedy polscy żołnierze przebywali w Iranie, teatr wojskowy „Polska parada” cieszył się wielkim uznaniem u cudzoziemców. Radiooperator RAF-u Douglas Silcox kilka razy obejrzał występ i narysował plakat, na którym podpisał każdego aktora. W irańskich gazetach ukazało się wiele entuzjastycznych recenzji z tych występów. Polskich artystów zaprosił do letniej rezydencji szachinszach Iranu Mohammad Reza Pahlawi. W moim odczuciu to był świetny teatr. Wiele z tych piosenek umieściłam w reportażu. Czuć ich siłę, temperaturę, zdolność  pokrzepiania, wzmacniania nadziei...

Niewątpliwie. Ale ich sztuka miała wpływ na ducha bojowego także dlatego, że artyści dzielili los żołnierzy X Dywizji Piechoty na froncie. Spali  na takich samych pryczach z wiązką słomy, tłukli te same wszy, jedli tę samą kaszę jaglaną, czarny chleb i popijali kawą zbożową. Przez tę wspólnotę losu roznosił się duch patriotyzmu.

Z całą pewnością. Mnie chodziło także o to, aby to była nasycona emocjami lekcja historii. Żeby przez losy bohaterów, ich poniewierkę po Rosji, słuchacz angażował się równocześnie w ich przeżycia, niełatwe osobiste wybory, a jednocześnie uczestniczył w ważnych wydarzeniach w czasie II wojny światowej. W Rosji sowieckiej artyści mieli wysoki status, stosunkowo dużą swobodę, ale nic nie było za darmo. Musieli przyjąć obywatelstwo rosyjskie.

Nie wszyscy. Odmówił Eugeniusz Bodo. Zmarł w drodze do łagru z wycieńczenia i głodu.

Myślał, że ochroni go paszport szwajcarski.

No właśnie. Pani reportaż jest też o trudnych wyborach. Gwidon Borucki i jego żona przyjęli sowieckie paszporty. Ocalili życie.

I dzięki temu szerzyli, jak to określiła Irena Bogdańska, polską propagandę. Irena dobrze mówiła po ukraińsku i rosyjsku. Prowadziła konferansjerkę na występach. Śpiewali jednak niemal wyłącznie polskie piosenki.

Szlagiery ze Lwowa. Ale lejtmotywem pani reportażu są jednak „Czerwone maki …”.

Nie wiedziałam, że piosenkę tworzono „na gorąco”. W nocy, jeszcze przed zakończeniem walk o klasztor na Monte Cassino, Feliks Konarski napisał tekst. Zbudził kompozytora Alfreda Schutza i przymusił do napisania muzyki. Piosenkarz i chórek  nie mieli czasu, by nauczyć się tekstu. Czytali go z kartek i specjalnie namalowanego plakatu. Przygotowując tę audycję czułam, że odkrywam coś ważnego dla siebie. Bo to jest również reportaż o pasji odkrywania historii, ujawniania mało znanych faktów. Ja tej pasji ulegam, bo Bogumiła Żongołłowicz ma w sobie nieugięty, autentyczny entuzjazm.

Dziennikarka, poetka i pisarka, która w Australii, gdzie realizowała pani swój reportaż, opisuje losy Polaków.

Jest autorką kilku książek, w tym biografii Gwidona Boruckiego.  Założyła portal internetowy www.polesinaustralia.com. Nieustannie dodaje tam kolejne postaci, zdjęcia, nagrania. Ma też świadomość, jakie możliwości daje w radiu operowanie dźwiękiem, tworzenie obrazów, budowanie udramatyzowanej opowieści z wypowiedzi rozmówców. Krótko mówiąc czuje magię dźwięku.

Co skłoniło panią, aby zrealizować reportażu o Gwidonie Boruckim, skoro była już jego biografia?

Po przeczytaniu książki Bogumiły Żongołłowicz „Jego były Czerwone Maki” miałam taką refleksję: co ja tu jeszcze mogę dodać? Ale jak się zanurzyłam w różnorodność dokumentów zgromadzonych przez autorkę, posłuchałam na żywo nagrywanych piosenek Gwidona, wypowiedzi Ireny Anders, kiedy dowiedziałam się, że żyje Ewa Borucka, z którą można nagrać rozmowę - to od bogactwa materiału dźwiękowego aż mi dech zaparło. Wiele zawdzięczam Bogumile, bo wielkodusznie podzieliła się ze mną swoim dorobkiem, a ma godne pozazdroszczenia archiwum dotyczące Polonii australijskiej. Jest prawdziwą pasjonatką. I do badań oczywiście dokłada. Na własny koszt wydaje książki.   

Ma pani na swym koncie dziesiątki reportaży. Czy „Czerwone maki Gwidona” dały pani nowe doświadczenie?

W zawodzie reportażysty radiowego nigdy nie można mówić o rutynie. Ciągle próbuję stosować nowe formy. Nie zawsze mi to wychodzi, ale nie powielam pomysłów.  Szukam nowych dróg. W tym reportażu jest rozbudowana narracja odautorska. Robiłam to po raz pierwszy i nie mogłam mieć pewności, czy nie zgubię gdzieś po drodze dramatu człowieka, jego emocji.  Zawsze dryfowałam w kierunku reportażu publicystycznego, wieloelementowego, barwnego dźwiękowo. Przez to, jak sądzę, ponosiłam swego rodzaju porażki, bo niemal nigdy reportaż o sprawie nie dorówna reportażowi o pojedynczym człowieku. Dobrze, że moi koledzy i koleżanki z Redakcji Reportażu Radia Lublin, przede wszystkim przyglądają się ludzkim losom - z uwagą, ciepłem i empatią.






 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl