Z Michałem Smolorzem o zwycięstwie w Strasburgu, potędze ironii i zmurszałej estetyce bolszewizmu rozmawia Kajus Augustyniak.

 

 

Michał Smolorz, ur. w 1955 roku w Katowicach. Absolwent Politechniki Śląskiej, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Śląskiego, śląskoznawca, publicysta i producent telewizyjny. Od 1978 r. w TVP, w 1982 zwolniony po negatywnej weryfikacji. W latach 1989-1991 wicedyrektor ośrodka telewizyjnego w Katowicach, twórca III programu regionalnego. Obecnie współpracuje m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Polityką” i „Dziennikiem Zachodnim”, autor filmów dokumentalnych i widowisk telewizyjnych.

 

Siedem lat temu w artykule "Architekt - mistrz samozadowolenia" skrytykował Pan katowickiego architekta. Sąd zalecił Panu przeproszenie go. We wtorek Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że polski sąd nie miał racji. Ma Pan poczucie satysfakcji, ulgi?

Chciałbym uniknąć prostackiego triumfalizmu, że oto się wygrywa i wyciąga przeciwko adwersarzom środkowy paluszek. Dla mnie satysfakcja płynie z jednej, lokalnej, katowickiej rzeczy. Otóż chciałbym, aby środowisko katowickich architektów wreszcie się przekonało, że ich twórczość nie jest wyłączona spod wszelakiej krytyki. A jest w tym gronie bardzo duża grupa, która nie dość, że chciała sobie już wielekroć zapewnić nieśmiertelność przez wpisywanie własnych dzieł do rejestru zabytków i zakaz ich burzenia, to jeszcze przez proces taki, jak ten, chciała sobie zapewnić sądowy zakaz wszelkiej krytyki. Jeśli jest jakaś satysfakcja, to z tego, że te zapędy zostały ukrócone.

Czy może to być również kolejny krok w walce z osławionym artykułem 212 Kodeksu Karnego dotyczącym zniesławienia?

W tym przypadku to nie był proces karny, tylko cywilny – o naruszenie dóbr osobistych. Pan architekt uważał, że jeśli ja napiszę, że jego dzieła są brzydkie, to uwłacza to jego godności i dorobkowi twórczemu. To tylko sprawa cywilna, mająca wymiar wolności krytyki. Bardzo mi się zresztą podobało sformułowanie z uzasadnienia. Trybunał użył takiego pięknego bon motu: „nawet drwina i satyra dobrze służy dziennikarskiej wolności słowa”.

Niemniej, to że zdaniem Trybunału, polscy sędziowie naruszyli zasadę wolności słowa nakazując dziennikarzowi przeproszenie skrytykowanej przez niego osoby, ma swoją wagę…

Tak, oczywiście, ja nie sądzę, że to nie będzie miało zastosowania, tylko nie ma tu bezpośredniego związku. Rzecz jasna, również jestem sercem za tym, żeby tamten kaganiec był zdjęty, a droga do dochodzenia ewentualnych roszczeń niech będzie rzeczywiście, tak jak to miało miejsce w tym procesie, na drodze czysto cywilnej.

Polskie sądy, które nakazały Panu przeproszenie owego architekta za naruszenie jego dobrego imienia, miały zarzucać Panu, że materiał przygotowany był w sposób ironiczny. Czy to oznacza, że w mediach ironia może być zakazana?

Ten proces, niestety, w dużej części był przeciwko ironii. To nawet nie chodziło o to, że powód, czyli architekt twierdził, że nie wolno krytykować jego dzieła, tylko o moje porównania. O to, że napisałem, iż jego dzieło mieści się w estetyce gomułkowskiej i w tej samej estetyce mieściły się krawat na gumce i płaszcz ortalionowy. To tak uwłaczało jego godności, że wymagało przeproszenia. Proces w dużej części kręcił się wokół tego. Nawet jedna z instancji sądu uznała, że to było obelżywe, choć nie było tu żadnych słów powszechnie uznanych za obelżywe. Jak już powiedziałem, Trybunał uznał jednak, że nawet drwina i satyra dobrze służy wolności słowa.

Czy to, że polskie sądy tak często rozpatrują tego typu sprawy i podejmują decyzje niekorzystne dla osób kogoś krytykujących, bierze się z niezrozumienia ducha prawa, z kurczowego trzymania się tradycji peerelowskiej, może z czegoś jeszcze innego?

Sąd nie może nie przyjąć takiego pozwu. Taka jest istota praworządności, że jeśli pozew spełnia formalne kryteria, to musi go przyjąć i rozpatrzyć. Nie czyńmy więc zarzutu sędziom, że przyjmują te sprawy do rozpoznania. Inną rzeczą jest, jak później do tego podchodzą. Odnoszę wrażenie, że w tej konkretnej sprawie, a przynajmniej w pierwszej instancji, sąd chciał dla takiego świętego sędziowskiego spokoju wydać wyrok „salomonowy”. Odrzucił wszystkie roszczenia finansowe powoda – te zadośćuczynienia, wpłaty, nawiązki i tak dalej – a orzekł tylko konieczność przeproszenia go. Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Ja jednak uważałem, że to i tak jest za dużo. Jak widać, w końcu instancja strasburska przyznała mi rację.

To dobrze, że jest taki trybunał, do którego można się odwołać, ale czy nie odczuwa Pan odrobiny goryczy, że trwało to siedem lat, i że tego właściwego rozstrzygnięcia nie dało się przyjąć w Polsce?

Oczywiście, że odczuwam. Uważam, że sądy - już na tym najniższym poziomie - zamiast podejść do sprawy nowocześnie, po europejsku, niepotrzebnie chciały, tak trochę po piłatowsku, umyć ręce i mieć święty spokój. Ciągle jeszcze w takich prowincjonalnych ośrodkach, do których zaliczam także Katowice, choć to moje rodzinne miasto, dominuje takie ciepełko koterii, gdzie wszyscy są od wszystkich zależni, więc nie podejmuje się wyzwań o naturze ustrojowej, takich rozwiązań, po których ktoś powie: „proszę, są jeszcze w Katowicach sędziowie”. W polskich warunkach to bardzo częste zjawisko, że sprawa musi wyjść daleko poza opłotki, żeby miała szanse na uczciwe i bezstronne rozpoznanie.

Czy po tej siedmioletniej walce nadal będzie Pan ścigał – cytuję za Panem – „pospolitą brzydotę i zmurszałą estetykę bolszewizmu”?

Ze środowiskiem katowickich architektów jestem w permanentnym konflikcie. Jestem jednym z tych obywateli Katowic, którzy widzą, jaką szkodę temu miastu wyrządzono w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W imię czystej ideologii wyburzono wtedy znaczną część starej zabudowy miejskiej, rzeczywistej tkanki Katowic, tylko dlatego, że była niesłuszna ideologicznie. Chodziło o przekształcenie burżuazyjno-niemieckiego miasta w miasto wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. I właśnie to towarzystwo, z którym ciągle się spieram, nie przyjmuje do wiadomości, że dzisiaj ktoś chciałby ich z tego rozliczyć. To jest dość silne lobby, starsi panowie, zwykle już po osiemdziesiątce, ale bardzo żwawi, którzy ciągle składają wnioski, by ich kolejne budowle wpisać na listę zabytków, aby broń Boże ich ktoś tam nie uznał za brzydkie i nie zburzył. Uważają, że są poza wszelką krytyką. Dla mnie nie jest to więc ani początek, ani koniec jakiejś sprawy. Odpowiem wprost na to pytanie: tak, będę dalej to robił.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl