Z Celiną Nałęcz, redaktorem naczelnym lokalnej gazety o tym, jak władza grozi dziennikarzowi rozmawia Błażej Torański.
Grożono Pani śmiercią?
Bezpośrednio nie.
Ale dostaje Pani listy i mejle z pogróżkami. Ktoś spuścił Pani z samochodu płyn hamulcowy.
Przez dwa dni zebrały się trzy przypadki. Najpierw wtargnęło do redakcji dwóch mężczyzn. Wywrócili sprzęt do góry nogami. Jeden powiedział: „To z pozdrowieniami. Uważaj, co piszesz”. Następnego dnia jadąc do redakcji zauważyłam, że nie mam w aucie płynu hamulcowego. Zaraz potem znalazłam w skrzynce pocztowej list wysłany w innym powiecie. Anonimowy nadawca życzliwie ostrzegał, żebym się nie poddawała, nie dała zastraszyć. Oddałam list na policję.
Od blisko ćwierćwiecza, czasu śmierci Jarosława Ziętary, nikt nie próbował w Polsce zabić dziennikarza. Strachy na lachy?
Nie jestem tego taka pewna, bo zadzwoniła do mnie dziennikarka z innego regionu Polski, której pocięto twarz. Wycofała się po tym z zawodu. Monitoring miejski nie zadziałał. Takie sytuacje się zdarzają, nie jestem odosobniona. W wielkich redakcjach, gdzie za dziennikarzami stoją korporacje, do takich zagrożeń może nie dochodzić. Ale w gazetach powiatowych, jeśli z powodu naszych publikacji wójt czy starosta straci mandat, nachodzą go kontrole, dziennikarz, który to opisał może się czuć zagrożony.
Pobicia, przecinanie opon, zdarzają się. Ale na szczęście to nie są jeszcze zamachy na życie. Wypowiedziała Pani wojnę lokalnemu układowi?
Nie wiem, czy wypowiedziałam wojnę. Po prostu piszę prawdę. O tym, jak jeden wójt łączy sprawowanie swej funkcji z działalnością gospodarczą, a drugi łamie podstawowe prawa wolności człowieka. Nie boję się.
Z Pani publikacji wynika, jakby lokalna władza tworzyła państwa w państwie, poza strukturami państwa. Układy zamknięte, jak na filmie Ryszarda Bugajskiego.
Wynika to z wielokadencyjności samorządowców. Wójtowie, którzy pełnią funkcję już piątą, szóstą kadencję, tworzą gminne dyktatury. Zatrudniają ludzi, tworzą systemy znajomości, powiązań i często te lokalne układy łamią prawo. Nie ma nad tym kontroli.
Czy to są układy mafijne? Z mafią mamy do czynienia wtedy, kiedy przestępcy mają wpływy na władzę publiczną. Wnikają w struktury państwa.
Jeżeli wójt wraz z urzędnikami wywozi podstępem i siłą starszą niewinną osobę z ojcowizny do domu opieki społecznej, a w tym czasie pali jej dobytek, to jakby pan to nazwał?
Historia Jadwigi Rogozińskiej z Sosna, którą siłą najpierw skierowano na badania psychiatryczne, a potem umieszczono w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej w Zbicznie rzeczywiście wygląda na rozbój w biały dzień. Wójt we własnym, prywatnym interesie, wykorzystuje struktury państwa?
Do takich stwierdzeń nie można się posunąć. Ale niewątpliwie niektórzy wójtowie naginają prawo. W sprawie Jadwigi Rogozińskiej z Sosna Sąd Okręgowy w Toruniu orzekł, że działanie gminy było bezprawne. Że naruszone zostało konstytucyjne prawo do wolności człowieka i ustawa o pomocy społecznej. Można przypuszczać, że wójt dogadał się z właścicielem ziemi, który kupił ją od staruszki. Tak nie wolno krzywdzić ludzi. Dom zburzono, dobytek spalono. Chciałabym jej pomóc, ale już nie wiem, jak to zrobić, a wójt czuje się bezkarny. Nadal będę opisywała trudne, ludzkie problemy, niewygodne dla władzy. Nie dam się zastraszyć.
