Zdecydowana większość autorów książek, które wydajesz, to dziennikarze. Tak cienka jest granica między publicystyką, a literaturą?
Wynika to ze specyfiki wydawnictwa. Wydajemy książki religijne, historyczne i publicystyczne. Ale „Fronda” nie jest specjalistycznym wydawnictwem zakonnym, teologicznym czy historycznym. Podajemy ważne treści w lekkiej formie. Chcę, aby moje książki były popularne, bliskie czytelnikowi, a może mi to zapewnić lepiej dziennikarz, aniżeli pisarz, który często brnie w szczegóły.
Nie są przez to zbyt powierzchowne?
Przystępna forma nie musi oznaczać uproszczeń, banalizowania. Trudno za powierzchowne uznać „Historię filozofii politycznej” Leo Straussa i Josepha Cropsey ’a, „Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce” Barbary Stanisławczyk czy „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944” Piotra Gontarczyka. Od czasu do czasu wydaję pozycje fundamentalne, pogłębione, kompleksowe, na co dzień współpracuję jednak z dziennikarzami, bo oni są najbliżej rzeczywistości.
Ale przede wszystkim mają to być teksty dobrze napisane?
Ze swadą, z nerwem. Dziennikarz ma we krwi przekonanie, że nie może zanudzać.
Dziennikarstwo jest wolnym zawodem, a dziennikarze często luzakami. Jak ci się z nimi współpracuje? Potrafią się zdyscyplinować?
Hmm, nieterminowość i nieodpowiedzialność autorów to jest generalnie największy problem nie tylko u mnie, ale i w innych wydawnictwach. Moich autorów dzielę na trzy grupy. Jedni są rzetelni, piszą fajnie i oddają materiał nawet przed terminem. Do drugiej grupy zaliczam tych, którzy zawsze się spóźnią, ale oddadzą. Ale są i tacy, którzy w ogóle nie oddają (śmiech). Wśród nich są bardzo znani dziennikarze.
Podpsują umowę i nie oddają książki?
Tak.
Jakie są tego przyczyny?
Tłumaczą, że coś im nie wyszło albo właśnie zmienili pracę. Czasami dostali zaliczkę, więc ją zwracają, jeśli nie dostali, nie muszą nic zwracać. Najgorzej bywa, jak do ostatniego dnia mnie zwodzą, że piszą, a potem okazuje się, że nic nie napisali.
Dziennikarzy cechuje nieodpowiedzialność?
No pewnie. Jest coś w tym. Myślę, że wynika to z tego, że jak dziennikarz ma do gazety napisać trzy tysiące znaków, to zrobi to w jeden wieczór. Oddaje na czas i bierze wierszówkę. Przyzwyczajony do pracy na ostatnią chwilę nie wie, że książki nie da się tak zrobić. I to jest problem.
Mają kłopoty z większymi formatami?
Zwykle mówią sobie: „Co to za problem napisać książkę. W końcu to tylko dwadzieścia razy tyle, co artykuł. Ileż to roboty?”. Potem okazuje się, że to jest jednak kompletnie inna robota. Że książka wymaga pracy przez kilka miesięcy. Efekt jest taki, że zbliża się termin oddania, jest jeszcze miesiąc, ale dziennikarz mówi sobie: „Spokojnie”. Jak go pytam, czy zdąży, odpowiada: „Oczywiście. Mam już połowę”. Kiedy mija termin okazuje się, że nic nie napisał. Wreszcie jest mu głupio i woli machnąć ręką, aniżeli ciągle tłumaczyć, dlaczego się spóźnia. Niestety, często tak bywa.
Twoi autorzy to głównie dziennikarze tygodników „Do Rzeczy” i „W sieci”. Dlaczego koncentrujesz się niemal wyłącznie na tych tytułach?
A gdzie miałbym ich jeszcze szukać? Mam też dziennikarzy „Gazety Polskiej”, autorów „Resortowych dzieci”, czy portalu Niezalezna.pl. To oczywiste, że łowię w stawach prawicowych, ale nie tylko.
Nie bierzesz pod uwagę autorów o lewicowym systemie wartości?
Nie wykluczam, jeśli ktoś dobrze pisze, jest rzetelny, odpowiedzialny i prawy. Wydam go z dużą przyjemnością. Nie zamykam się na autorów z drugiej strony.
Ile „Fronda” ma aktualnie procesów? Największy rozgłos, także w tej mierze, dały ci „Resortowe dzieci”.
Rzeczywiście „Resortowe dzieci. Media” sprzedały się w nakładzie 163 tys. egzemplarzy. Jak na razie przegrałem tylko z Jackiem Żakowskim w pierwszej instancji. Złożyłem apelację.
Jaki był wyrok?
Sąd orzekł dla niego 50 tys. zł plus przeprosiny w „Polityce”, „Gazecie Wyborczej” i rozmaitych portalach.
Monika Olejnik.
Podpisaliśmy ugodę. Domagała się przeprosin na dwóch portalach. Ułożyłem się też z Piotrem Pytlakowskim. Mam proces – ale jeszcze się nie rozpoczął – z Piotrem P. Bachurskim, wydawcą „Gazety Warszawskiej”. Twierdzi, że nie był udziałowcem jednej z opisanych spółek. Jest też proces wytoczony mi przez Andrzeja i Władysława Derlatków, bohaterów książki „Resortowe dzieci. Służby”. To dosyć kuriozalny proces, bo napisali w pozwie, że zawsze walczyli ze Związkiem Radzieckim, byli patriotami i jedynie Polska była dla nich ważna. Tymczasem Andrzej Derlatka pracował w wywiadzie PRL, a Władysław był komunistycznym aparatczykiem.
Autorzy „Resortowych dzieci” popełnili błędy?
Każdy z procesowych przypadków jest inny. Jeśli idzie o Jacka Żakowskiego uważam, że ma rację. Nie jest „resortowym dzieckiem” (chyba że mentalnie). Z perspektywy czasu uważam, że w tomie o mediach nie powinno być Jacka Żakowskiego i Marcina Mellera. To jest także moja wina, bo pracując nad tą książką z autorami nie postawiłem sprawy na ostrzu noża. Tych dwóch panów tam nie pasuje.
Marcin Meller odpuścił?
Nie wytoczył procesu. Napisał w zamian ostry tekst w „Newsweeku”.
Pozostali?
W sprawie Moniki Olejnik zagrały kruczki prawne. Dziennikarka w pozwie domagała się, aby jej udowodnić, że szydzi z patriotyzmu, polskiej tradycji i w ogóle z polskości. Nie udało nam się tej tezy udowodnić. Nie znaleźliśmy takich jej wypowiedzi. Było to nieprawdą, więc musiałem ją przeprosić. W przypadku Piotra Pytlakowskiego autorzy popełnili błędy w życiorysach jego i ojca. Trzeba pamiętać że obie książki z serii „Resortowe dzieci” zawierają tysiące danych, więc nie mam pretensji do autorów o parę pomyłek.
Czy procesy zwiększają sprzedaż książek?
Naturalnie. Wytoczenie procesu przez Jacka Żakowskiego podniosło sprzedaż. Ale akurat w jego przypadku wolałbym, aby obeszło się bez rozgłosu. W tym przypadku popełniliśmy błąd metodologiczny. Meller też słusznie się wkurzył. To także nakręciło sprzedaż.
Rozgłos był także wokół wywiadu rzeki Tomasza Terlikowskiego z ks. Tadeuszem Isakowiczem–Zaleskim „Chodzi mi tylko o prawdę”.
Ogromna medialna zadyma wokół tej książki przyniosła dobry efekt z dwóch powodów. Świetnej sprzedaży, ale przede wszystkim zajęcia się przez hierarchię kościelną problemem homoseksualizmu wśród księży. Przed ukazaniem się tej książki biskupi przymykali oczy, choć wiedzieli, którzy księża są czynnymi homoseksualistami. Po wydaniu wielu księży zostało przeniesionych „w stan spoczynku”. Książka sprzedała się w 30 tys. egzemplarzy i przyniosła wiele dobrych zmian. O tym wywiadzie-rzece pisały wszystkie liberalne media. Nieśli na sztandarach zawołanie, że taką książkę wydała „Fronda”.
Lubisz iść pod prąd?
Lubię obalać mity. Cała nasza seria historyczna to jest jedno wielkie odkłamywanie mitów, narosłych wokół wydarzeń. Niezależnie od tematyki: czy to jest Rewolucja Francuska, czy wojna domowa w Hiszpanii, czy stosunki polsko-żydowskie. Lubię dociekać prawdy choćby była niewygodna.
Czy stosujesz w wydawnictwie autocenzurę?
(po chwili namysłu) Nie. Nie przypominam sobie przypadku, abym odmówił z powodów koniunkturalnych druku prawdziwej, dobrze udokumentowanej książki. Poza wymienionymi błędami przy serii „Resorowych dzieci” nie mam się czego wstydzić. Nikt nie zarzucił mi nierzetelności ani gonitwy za tanią popularnością.
