Z Aliną Petrową–Wasilewicz rozmawia Błażej Torański.

Parafrazując bp. Jana Chrapka spytam: Jak Pani idzie przez życie, aby przetrwały ślady Pani stóp?

(śmiech) Nie zastanawiam się nad tym. Nie mam takiego programu, ale chcę je sensownie przeżyć i wyraża się to na różne sposoby. Jednym ze wspaniałych śladów jest trójka udanych dzieci, teraz są dorośli. Wychowaliśmy ich wraz z mężem. To jest uniwersalny, oczywisty ślad, kontynuacja poprzez dzieci. Są też inne ślady, a wśród nich praca dziennikarska. Ale nie zastanawiam się, co z niej zostanie. Nie sądzę, że wiele. Ważna jest chwila. Moja praca ważna jest w danej chwili, a potem zostanie zapomniana. To i owo zostanie tylko dla historyków. Robiłam wywiady z abp Damianem Zimoniem, bp Ignacym Jeżem, o. Jackiem Salijem. Jeśli ktoś zechce zajmować się historią Kościoła, być może sięgnie po te książki. Ważne będą wywiady  z o.  Joachimem Badenim – on zmarł w opinii świętości i wielu ludziom pomógł w szukania sensu.

Nie zaspokaja Pani ambicji anonimowa praca w Katolickiej Agencji Informacyjnej. W wywiadzie rzece z o. Joachimem Badenim jest próba odpowiedzi na pytanie: Jak przeżyć śmierć i nie umrzeć? Czy Pani odpowiedzią są te książki, trwałe ślady?

(śmiech) Nie sądzę, aby to były dzieła, które oprą się upływowi czasu. Mam raczej wrażenie, że zostaną zapomniane wkrótce po mojej śmierci. Nie o to chodzi. Z kolei praca w agencji rzeczywiście jest szara. Odbierając nagrodę powiedziałam, że nazywam się AW.

Takimi inicjałami podpisuje Pani swoje niemal anonimowe depesze.

To jest 90 proc. mojej działalności.

Ma Pani poczucie, że te depesze są ulotne?

To jest tak, jak z mnichami benedyktyńskimi. Nawet inicjałów nie pozostawiali, ale księgi się po nich ostały. Niektóre piękne, wspaniale iluminowane. Z ojcem Joachimem Bedenim przeprowadziłam cztery rozmowy, była to fantastyczna przygoda mojego życia. Ale to nie jest kwestia zaspokajania ambicji. Chodzi raczej o to, aby być twórczym. Mam w sobie głęboką potrzebę twórczej reakcji na rzeczywistość. Te książki same mnie dopadają. Ktoś mi coś proponuje, a ja to robię.

Pomysły wychodzą od wydawnictw? „Esprit” zaproponował „Kapłanki czy kury”?

Tę książkę już dawno sama wymyśliłam. Wiele piszę o kobietach, także o dziewiętnastowiecznych feministkach polskich i nie tylko tych związanych z Kościołem. Pracowały z robotnicami, ze służącymi, wśród wiejskiej biedoty i przywracały godność ludziom zepchniętym na margines. Współcześnie bardzo boli mnie totalny stosunek do macierzyństwa. Jak to młodzież powiada, macierzyństwo jest hejtowane. Matkę utożsamia się z dawną służącą. Jakby kobieta, zamiast się realizować, zeszła na margines i nic ciekawego nie miałoby już jej spotkać. Poszukując bohaterek, fantastycznych kobiet, chciałam dowieść, że tak nie jest. Macierzyństwo jest kontrkulturowe, a winno być dowartościowane. Jeśli ma przetrwać nasza cudowna cywilizacja europejska, to powinni być następcy.

Dotyka Pani najwyższych wartości. Jak Pani je opisuje, aby nie moralizować, nie pouczać, czego ludzie nie lubią.

Czasami moralizuję (śmiech). To też jest potrzebne, gdyż czasami wpadamy w skrajność, jakby nie było można formułować norm. To jest przegięcie. Od czasu do czasu trzeba przypominać, że przy stole łokcie należy trzymać przy sobie. Pewnych rzeczy nie wypada robić, gdyż uwłacza to ludzkiej godności. W ogóle człowieczeństwo wymaga ogromnego wysiłku i wewnętrznej dyscypliny.

Jaki jest rezonans Pani publikacji?

Wśród moich czytelniczek są na przykład osamotnione matki, które szukają oparcia. Młode dziewczyny, które trafiły do Warszawy z małych miasteczek. Z całej Polski.

Mówi się o nich nieco pogardliwie „słoiki”.

Jestem przekonana, że „słoiki” są solą ziemi. To są silni ludzie, przyjechali do ciężkiej pracy. Ale są samotni. Kobiety oderwane od matek i babek, nie mają też oparcia w kulturze. Dawniej kultura taką kobietę wspierała. Dzisiaj tak nie jest. Często pisuję o kobietach, które czują się kontrkulturowo, bo wybrały małżeństwo, a ich rówieśniczki pływają po południowych morzach. To nie jest w porządku nie dlatego, że nie należy odpoczywać pod palmami, ale ważna jest w życiu hierarchia.

Balans, w którym macierzyństwo winno być ważniejsze od powiewu południowego morza?

O to chodzi, aby robiąc karierę w korpo nie gubić człowieka. We wszystkim człowiek jest najważniejszy.

Dlaczego te młode i wykształcone najczęściej odchodzą od Kościoła?

To nie jest tak. Mamy w Polsce obecnie ruchy dwustronne: z jednej strony odchodzenie od Kościoła, z drugiej – duże pogłębienie wiary. Jeśli źródłem tej wiary nie jest wyłącznie tradycja – jak komoda, którą dziedziczy się po pradziadkach – to wiara ta jest niezwykle silna, z nią już nikt sobie nie poradzi. Żadne wichry historii nie dadzą jej rady, bo jest to osobista więź z Jezusem Chrystusem. Chrześcijaństwo z wyboru.

A jak z tą wiarą jest wśród dziennikarzy?

Wielu dziennikarzy gorąco wierzy, biorą udział w rekolekcjach. W Katolickiej Agencji Informacyjnej modlimy się codziennie. Odmawiamy Anioł Pański. Jestem pewna, że nasza firma przetrwała dzięki tym wspólnym modlitwom.

Zaraz, zaraz. Jesteście w KAI wyjątkiem od reguły. Dorota Gawryluk, gwiazda Polsatu, żaliła się przed kilku laty, że częstosłyszy, iż "jest gorsza, bo ma konserwatywne poglądy". Że odczuwa "absolutny brak tolerancji ze strony środowisk, które mają tolerancję wypisaną na sztandarach". Że doświadcza nietolerancji ze względu na swój sprzeciw wobec in vitro i aborcji oraz kultywowanie konserwatywnych wartości rodzinnych.

Wśród dziennikarzy jest jakby tresura, przekonanie, że o wierze nie można mówić. Jest taka praktyka, że ludzi wierzących zapędza się do skansenu i zakazuje się im odzywać. Bo – padają argumenty – aborcja to jest sprawa wiary. Nieprawda. Wszyscy studenci medycyny uczą się o tym i wiedzą, gdzie jest początek życia. Katolicki punkt widzenia, także wśród dziennikarzy, jest spychany na margines. Czy to dowodzi równości światopoglądu? Czy to jest demokratyczne? Nie rozumiem, dlaczego jeden światopogląd spychany jest do podziemia, a o drugim mówi się, że ma oparcie w nauce. Pisuję o tym w felietonach. 

Czy wobec tego dziennikarze–katolicy nie powinni być w swojej pracy bardziej asertywni?

Tak uważam, ale takiemu dziennikarzowi od razu przypina się łatkę. Dlatego w wielu redakcjach nie jest to możliwe. Ludzie kryją się ze swoją wiarą, bo maja na utrzymaniu rodziny i kredyty do spłacenia.

Jak radzicie sobie w KAI z bolesnymi, trudnymi tematami? Ot, choćby z niedawną zapowiedzią, że Mszę z okazji obchodów 1050. rocznicy przyjęcia Chrztu Polski będzie koncelebrował abp Juliusz Paetz, antybohater najgłośniejszego sesksskandalu w polskim Kościele.

Nie opowiadam się za zamiataniem takich spraw pod dywan. Nie ukrywamy wstydliwych faktów. Prawda w życiu społecznym jest największą wartością i od jej opisywania są dziennikarze. Ale ujawniają się także przy okazji tej sprawy postawy ochronne. Wynikają stąd, że Kościół jest obecnie niesamowicie atakowany. Do tego stopnia, że – jak mawiam żartobliwie – czuć zapach siarki.  Trzeba więc szukać balansu. Zwłaszcza, że jesteśmy w KAI także pijarowcami Kościoła. Od dziecka, jako chrześcijanie, uczymy się pokory, więc nie potrafimy się chwalić. W życiu Kościoła są wspaniałe wartości, które do mediów głównego nurtu się nie przedostają. Dlatego w KAI musimy je pokazywać. Ujawniać, jak piękne rzeczy robi Pan Bóg z tymi, którzy go miłują. Wedle zasad rzetelnego dziennikarstwa.

Różnią się one od tych, które stosują dziennikarze PAP?

Nie ma odrębnych zasad katolickich. Szkolił nas Michel Kwiatkowski-Viatteau, wieloletni korespondent Francuskiej Agencji Prasowej (AFP) w Watykanie. Zajmujemy się tylko inną problematyką. Mamy trudność techniczną w opisywaniu stanów ducha. Jak na przykład opisać piękno Mszy świętej? Zasady są takie same. Jest tylko kwestia hierarchii wartości i odpowiedzialności za słowo. Nie szukamy też sensacji. Są tematy, które można sprzedać jako sensacyjne, ale można też je opisać w zrównoważonym tonie.  Kościół uważamy za serce naszej cywilizacji, co narzuca nam konieczność wielostronnego spojrzenia na rzeczywistość.

Jakie depesze KAI najchętniej przedrukowują media głównego nurtu?

Najczęściej złe wiadomości. Na przykład o jakimś księdzu pedofilu. Niestety, nie mamy rady na to, jeśli linia redakcyjna jakiegoś medium jest wrogo nastawiona do Kościoła. Oczywiście wezmą też informacje o ogólnopolskich uroczystościach  1050. rocznicy Chrztu Polski. Korzystają też z naszych komentarzy. Ostatnio z powodu cudu eucharystycznego w Legnicy, gdzie Hostia przekształciła się w mięsień sercowy. Ale to też ma posmak sensacji.

Jak ważna jest dla Pani nagroda im. Bp. Jana Chrapka?

Znałam go. Pracowałam w miesięczniku „Powściągliwość i Praca”, gdzie był redaktorem naczelnym. Często mówił, czy napisałam dobrze czy źle. Uczył mnie rzetelnego, szczerego dziennikarstwa. Zaskoczyła mnie ta nagroda, bo praca takiego dziennikarza, jak ja, jest raczej anonimowa, słabo dostrzegana. Tym bardziej mi miło.  Poczułam, jakby „Chrapello” – tak o nim mówiliśmy – powiedział mi: „No dawaj. Teraz pracuj jeszcze więcej!”.

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl