Z Wiktorem Świetlikiem o rankingu wolności prasy rozmawia Błażej Torański.
Nie wiesz przypadkiem, jak wygląda wolność prasy na Malcie i w Mauritiusie?
Nie, ale domyślam się, że na Malcie musi być z tym w miarę przyzwoicie. Ostatecznie to demokratyczny kraj, więc nie widzę powodu dlaczego miałoby tam być źle. Malta ma populację zbliżoną do Radomia i Szczecina, więc przypuszczam, że rozwój rynku medialnego nie jest tam zbyt duży i uzależniony od nadawców zewnętrznych. A czemu o to pytasz?
Bo w najnowszym rankingu wolności prasy World Press Freedom Index Reporterów Bez Granic Polska spadła z 18 na 47 miejsce. Przed nami Malta, za nami Mauritius. Dobre towarzystwo?
Malta jest chyba jeszcze w miarę dobrym. Ale ciekaw jestem, jakich mierników używają Reporterzy Bez Granic, żeby zbadać system medialny i wolność słowa w kraju najbardziej znanych na świecie znaczków pocztowych, czyli w Mauritiusie.
Ciekawsze, jak badali w Polsce, skoro zdegradowali nas o 29 pozycji.
Spadek znaczący, jak mawiali komentatorzy sportowi w najgorszych czasach naszej reprezentacji w piłce nożnej. Obawiam się, że w tym przypadku bardziej winni, aniżeli polskie media, są sami Reporterzy Bez Granic i ich metodologia.
Spektakularny, jak powiadają spadek, uzasadniają tym, że w Polsce „ultrakonserwatywny rząd przejął media publiczne”. Wspomnieli też o repolonizacji mediów.
Reporterzy Bez Granic bardzo mocno wpisują się w narrację, wedle której każdy rząd konserwatywny będzie opresyjny, zmierzający ku faszyzmowi, a rząd liberalno–lewicowy będzie prowolnościowy. Na tym, jak przypuszczam, polega ten miernik. Podkreślę, że Malta, z którą jesteśmy w Unii Europejskiej, była do niedawna – jak na warunki europejskie – dosyć konserwatywnym krajem. Zapewne genderowe reformy dziś tam wprowadzane poprawią jej pozycję i we wspomnianym rankingu wolności słowa. Ale, mówiąc poważnie, myślę, że nie bez winy jest polski rząd i media konserwatywne, które pozwoliły narrację tego, co się dzieje w Polsce zagarnąć sympatykom Platformy Obywatelskiej i jej akolitom, Sławomirowi Sierakowskiemu czy Tomaszowi Lisowi.
W te same dzwony bije Towarzystwo Dziennikarskie, które zapowiedziało bojkot konsultacji w sprawie ustawy medialnej. Twierdzą, że Prawo i Sprawiedliwość „zdewastowało media publiczne, zamieniając je w narzędzie nachalnej rządowej propagandy”.
To też trochę wynika z gamoniowatości strony konserwatywnej. Choć nie chodzi tylko o przekaz. Mam wiele zastrzeżeń do tego, co PiS robi w obszarze mediów i wolności słowa, tylko że nie widzę zmian na gorsze wobec tego, co z mediami robiła Platforma Obywatelska.
Jakie masz zastrzeżenia? Najwięcej emocji wzbudzają zmiany kadrowe. Towarzystwo Dziennikarskie wymienia na liście 127 nazwisk dziennikarzy radia i telewizji, ofiar, jak twierdzą, „dobrej zmiany”.
Mamy dwa rodzaje zmian. Jedna – polityczna. Takie przetasowania następują zawsze po zmianie ekipy rządzącej radiem i telewizją. Dwór Juliusza Brauna wymiatał w telewizji publicznej wszystkich dziennikarzy, którzy mieli krytyczny stosunek do Donalda Tuska. Za rządów PiS częściowo wyczyszczono tych, którzy wspierali propagandowo PO. Nie pochwalam tego, ale tak jest w mediach publicznych w Polsce od 25 lat. Druga kwestia dotyczy przerostów personalnych w radiu i telewizji. Redukcja zatrudnienia jest tam konieczna. Pytanie, jak to zrobić.
Zarząd Juliusza Brauna oddał w jasyr agencji pracy tymczasowej LeasingTeam w lipcu 2014 roku 411 etatowych pracowników TVP – dziennikarzy, montażystów, grafików, charakteryzatorów.
Do tego trzeba doliczyć dziennikarzy i pracowników technicznych, którzy nie zgodzili się na przejście do LeasingTeam. Ekipa PO z Juliuszem Braunem, aby uniknąć kosztownych odpraw w wyniku zwolnień grupowych potraktowała tych ludzi jak śmieci, nadużywając przepisów prawa pracy. Dokonali większej manipulacji, aniżeli jakakolwiek korporacja w Polsce. Nie spotkało się to z żadnym protestem ze strony Krajowej Rady Radiofonii, Jan Dworak konsekwentnie milczał, ani Towarzystwa Dziennikarskiego, ani Reporterów Bez Granic. Ci ostatni plasowali Polskę w tym samym rankingu wolności prasy wysoko, chociaż służby specjalne robiły najazd na redakcję tygodnika „Wprost” za „taśmy prawdy”.
Zatrzymano też i aresztowano dziennikarzy spełniających swe obowiązki służbowe w Państwowej Komisji Wyborczej. Protest Reporterów Bez Granic nie był wtedy skuteczny.
To jest kolejne potwierdzenie tej tezy, że ranking Reporterów Bez Granic jest niemiarodajny i wpisuje się w lewicową narrację. Rząd konserwatywny jest według niej nieludzki i opresyjny. Nie zmienia to faktu, że PiS silniej powinien dążyć do przestrzegania standardów zapewnienia rzeczywistej wolności słowa. A niestety wiele wskazuje na to, że obecny rząd jest kolejnym, który nie zlikwiduje w kodeksie karnym skandalicznego artykułu 212. PiS nie robi niczego strasznego w porównaniu do działań swoich politycznych poprzedników, ale często wchodzi w ich buty. I to jest bardzo, bardzo poważny zarzut.
Na mapie rankingu wolności prasy Reporterzy Bez Granic białym kolorem zaznaczyli Niemcy, co oznacza „good situation”. Czy rzeczywiście Niemcy są metrem z Sevres w tym zakresie? Po tragicznym Sylwestrze w Kolonii, gdzie doszło do prób gwałtów, molestowania i kradzieży, dwa kanały telewizji publicznej ZDF i ARD przez trzy dni milczały.
Sytuacja mediów w Niemczech przypomina mi stary kawał. Rosjanin za czasów sowieckich dowodził Amerykaninowi, że mają wolność słowa. Amerykanin mówił: „U nas media mogą się śmiać naszego prezydenta”. Rosjanin na to: „Nasze media też mogą się śmiać z waszego prezydenta”. Chciałbym sobie wyobrazić, aby któraś z opiniotwórczych niemieckich gazet lub telewizji żartowała sobie z Angeli Merkel tak, jak czyniły to z prezydenta Turcji, Recepa Erdogana. Dziennikarz niemieckiej telewizji publicznej ZDF Jan Böhmermann w programie „Neo Magazin Royal” wygłosił rynsztokowy wiersz o tym, jak prącie Erdogana „cuchnie kebabem”. Stawiam butelkę szampana, jeśli któryś z kolegów, niemieckich dziennikarzy pokaże mi podobny żart z Merkel, w którymś z ogólnoniemieckich, liczących się mediów.
A ja stawiam szampana, jak Niemcy za miliony euro sprzedadzą obcym biznesmenom „Der Spiegel” lub „ Die Welt”. Niemcy nie sprzedadzą ich za żadne pieniądze.
Oczywiście, że nie sprzedadzą.
