„Obława Augustowska” to książka o zdradzie i o tym, jak zdrajcy stali się bohaterami.

Jest o zbrodni podobnej do katyńskiej. Jednej z największych zbrodni komunistycznych po zakończeniu II wojny światowej, do dziś mało znanej i zupełnie niewyjaśnionej. W Katyniu mordowano polskich oficerów wiosną 1940 roku, a w Puszczy Augustowskiej pięć lat później, kiedy Europa świętowała zwycięstwo, kiedy ludzie cieszyli się, że są wolni. To latem 1945 roku zdarzyła się ta tragedia.

45–tysięczna Armia Czerwona i NKWD, przy wsparciu miejscowych UB, MO oraz specjalnej kompanii 1. Praskiego Pułku Piechoty (w liczbie 160 żołnierzy), na osobisty rozkaz Stalina dokonała pacyfikacji Puszczy Augustowskiej, wciągając też żołnierzy podziemnych w pułapkę nad jeziorem Brożane, gdzie praktycznie  zlikwidowano akowców z obwodów Augustowa i Suwałk.

Przede wszystkim podczas operacji „przeczesania lasów augustowskich” aresztowano 7 049 podejrzanych o działalność w antykomunistycznym podziemiu niepodległościowym. Głównie mężczyzn z powiatów: augustowskiego, suwalskiego, sejneńskiego i częściowo sokólskiego. Zrobiła to obca, sowiecka armia, w ledwie co wyzwolonym kraju. Tych ponad 7 tys. osób umieszczono w „obozach filtracyjnych”, tzn. w budynkach gospodarczych miejscowych gospodarzy: w piwnicach, stodołach, chlewach, szopach. Przesłuchiwano ich tam, bito, katowano, stosując znane metody aparatu terroru. Nie wszyscy z aresztowanych wrócili do domów – jak dotychczas szacowano były to 592 osoby - i w tej sprawie białostocki IPN prowadzi śledztwo. Wedle ostatnich ustaleń dr Nikity Pietrowa, zastępcy dyrektora rosyjskiego Memoriału, ocenia się jednak, że ofiar było o wiele więcej. Ks. prałat Stanisław Wysocki, który przewodzi Związkowi Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej 1945 Roku uważa, że było ich ok. dwóch tysięcy. Takie dane podaje się teraz na tablicach pamięci odsłanianych w ostatnich dwóch latach.

Zebrała Pani relacje świadków historii, w tym najbliższych rodzin tragedii. Wynika z nich, że aresztowanych bito, torturowano, gwałcono. Krępowano drutem kolczastym, przetrzymywano pod gołym niebem w dołach zalanych wodą. Są to opowieści o krwi, bólu, cierpieniu. O zbrodniach ukrywanych w PRL. Nie doszłoby do nich, gdyby nie zdrada.

Rzeczywiście, z wielu powodów tę zbrodnię można nazwać wielką zdradą. Przede wszystkim niby zaprzyjaźnione, sąsiedzkie państwo – Związek Sowiecki – napada tuż po zakończeniu wojny na swojego „brata”. Do pacyfikacji lasów augustowskich wprowadza armię już w maju 1945 roku. To jest pierwsza zdrada. Kolejna, to zdrada kolegów walczących ramię w ramię w lasach. Armia Czerwona i NKWD, aby spacyfikować podziemie, szukały konfidentów wśród Polaków i takich wielu znalazła.

Jeden z rozdziałów Pani książki nosi tytuł „Najgorsi są zdrajcy”.

Jest to opowieść partyzanta, Mariana Tananisa, który w 1945 roku miał zaledwie szesnaście lat. Ocalał z Obławy tylko dlatego, że wcześniej został pojmany przez żołnierzy Armii Czerwonej i uwięziony w jednej ze stodół. Ale później, już przez komunistyczną władzę, został skazany na karę śmierci, choć ze względu na młody wiek zamienioną na wieloletnie więzienie i przymusową pracę.

Pracował w kopalniach uranu, w czterech kopalniach węgla, jako „wróg ustroju” w „aurze wzgardy”. Nawet  w rodzinie patrzono na niego jak na zbrodniarza.

Opowiada mi w książce o zdrajcach, kolegach z lasu. Między innymi o Janie Szostaku, który walczył z nim w AK, ale uległ enkawudzistom, przeszedł na stronę sowiecką i potem wskazywał, których jego dawnych kolegów z podziemia trzeba pojmać, bo są niebezpieczni dla władzy ludowej. Został za to w PRL nagrodzony. Był wysokim funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, a po odejściu na emeryturę stał się rzeźbiarzem ludowym. Do pracowni Szostaka w Augustowie nauczyciele przyprowadzali wycieczki szkolne i namawiali do kupna rzeźb. Zdrada była więc na wielu poziomach. Zdradziły władze PRL, które trzymały z obcą armią, okupantem, mordercami swojego narodu. Zdradzili koledzy. Zdrajcami byli też żołnierze 160–osobowej kompanii z 1. Praskiego Pułku Piechoty LWP, dowodzonej porucznika Maksymiliana Sznepfa. Brali udział w Obławie Augustowskiej. Może nie zabijali, czyniło to raczej NKWD, ale na pewno pomagali Sowietom. Byli tłumaczami, uczestniczyli w wychwytywaniu swoich rodaków, przekazywaniu ich w ręce wroga. To też są zdrajcy.

 

Wątek Jana Szostaka, ps. „Kruk” jest znamienny. Był powszechnie nazywany „katem Augustowa”, „Panem życia i śmierci”. Bił ludzi do śmierci z upływu krwi. Podobnie jak Mirosław Milewski, generał SB, późniejszy minister spraw wewnętrznych, bliski współpracownik Wojciecha Jaruzelskiego.

Milewski też pochodzi z tamtych stron. Był okrutny nawet wobec sąsiadów, wśród których się wychował.

Pani książka jest także o wyjącej sprawiedliwości. O ludziach, którzy noszą w sobie pamięć prawdy. Po śmierci zdrajcy Jana Szostaka, jego zwłoki wykopywano. Argumentowano, że ziemia go nie chce przyjąć.

Ano właśnie. „Kata Augustowa” pomszczono po śmierci. Trzykrotnie wyrzucano z grobu jego szczątki, tłumacząc, że polska ziemia nie powinna przyjąć takiego zdrajcy. Siedziba UB, w której panował Jan Szostak, do dzisiaj stoi pusta i nadal straszy. Władze chciałyby tam urządzić Muzeum Obławy Augustowskiej, ale budynek jest dziś w prywatnych rękach i trudno go odkupić, bo właściciel ma wygórowane żądania cenowe. A podobno jest to były pracownik UB…

Chichot historii. Marian Tananis odkrył się przed Panią po 70. latach milczenia! Czy dostrzegła Pani u niego chęć odwetu czy pragnienie sprawiedliwości, wykrzyczenia  prawdy?

Nie chciał odwetu, pragnie sprawiedliwości i prawdy. Do dziś ma bowiem wielkie poczucie niesprawiedliwości. Mówił, że podziemie, które było najbardziej patriotyczne i wierne Polsce, nigdy nie zostało docenione po 1989 roku. Mówił ironicznie, że dzisiaj medale Armii Krajowej wręcza się młodym dziewczynkom. Kpił – cytując przewrotnie byłego premiera Donalda Tuska – że przez 25 lat, po niby odzyskanej wolności, polskość jest dla rządzącej władzy problemem. Mówił, że ta niesprawiedliwość, mieszanie białego z czarnym, wynika z „grubej kreski”, nieodróżnienia zdrajców od bohaterów.

Opowieści świadków tamtych czasów zderza Pani z relacjami historyków. Marian Tananis twierdzi, że ppor. Józef Sulżyński ps. „Brzoza” współpracował z UB i NKWD, ale dokumenty UB tego nie potwierdzają. Mówią wręcz o inwigilacji „Brzozy” do 1956 roku. Nie obawiała się Pani, że zapisując opowieści świadków może być przez nich manipulowana?

Reportaż dokumentalny zawsze tym grozi. Dlatego chciałam koniecznie, aby ta książka, wydana przez Bellonę w ubiegłym roku na 70–lecie zbrodni augustowskiej, była opatrzona posłowiem historyków. Zderza się więc w „Obławie Augustowskiej” historia mówiona -„oral history” bardzo ceniona np. w Stanach Zjednoczonych - z dokumentami. Historycy Danuta i Zbigniew Kaszlejowie twierdzą, że ppor. Józef Sulżyńskiego ps. „Brzoza” nie można uznać za zdrajcę, bo nie ma na to dokumentów.

Ale przecież dokumenty są w Moskwie.

No właśnie. Dlatego nie można negować, że „Brzoza” nie był zdrajcą. Ja uznaję słowa Mariana Tananisa, człowieka bardzo szlachetnego, oddanego Polsce, za niezwykle wiarygodne. Zna on przecież autentyczne opinie na temat „Brzozy” z walki w podziemiu, m.in.   swego dowódcy Władysława Stefanowskiego „Groma”, który „Brzozę” uważał za „sowieckie ścierwo”.

Za Tananisem przemawiają jego cierpienia. Był torturowany przez UB: zrywano mu paznokcie, łamano palce, bito łańcuchem w stopy.

Z całą pewnością Marian Tananis został ciężko doświadczony przez komunistyczny aparat terroru. Potem, po przebyciu kary więzienia, też był inwigilowany. Dlatego długo nie mówił o Obławie. Długo nie chciał się i przede mną otworzyć.  Mówił, że dziennikarze manipulują, piszą nieprawdę. Jeździłam do niego wielokrotnie, a pomogła mi moja książka „Dzieci Katania”, którą uważnie, dokładnie przeczytał i ocenił wysoko. O prawdzie jego wspomnień dowodzi to, że ppor. Józef Sulżyński ps. „Brzoza” miał się w powojennej Polsce dobrze. Niby był inwigilowany, ale prowadził ośrodek turystyczny na Mazurach, zaś Władysław Stefanowski „Grom” zginął w lipcu 1945 roku – prawdopodobnie w największej potyczce podziemia niepodległościowego, czyli nad jeziorem Brożane.

Nie ma ciała, nie ma zbrodni, a do dzisiaj nie wiemy, gdzie i jak schwytani w Obławie Augustowskiej akowcy zginęli. Nie wiemy, gdzie ich zakopano. Nikita Pietrow z Memoriału, dzięki któremu wyszło na jaw, że była to zbrodnia NKWD, twierdzi, że musi wydostać z archiwów w Moskwie jeszcze dwa dokumenty i wtedy wszystko będzie jasne. Będzie?

Rzeczywiście bez Pietrowa nie wiedzielibyśmy, że była to zbrodnia zaplanowana i kontrolowana przez samego Stalina. I do dzisiaj doskonała, bo do dziś nie wiadomo, jak i gdzie zginęli, ani gdzie zakopano ciała ofiar. Wierzę jednak, że kiedyś poznamy odpowiedzi na te pytania, podobnie jak to się stało ze zbrodnia katyńską. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl