Własny tok myślenia
Z Zuzanną Czajkowską o tym, jak daleką drogę przeszedł zjednoczony w Powstaniu Warszawskim naród do wojny polsko–polskiej rozmawia Błażej Torański.
Przed chwilą wręczono Pani medal Gloria Artis. Co Pani czuje?
Ogromne wzruszenie. Nie mam rzeczowej refleksji, bo jestem wzruszona muzyką i koncertem. W najwyższym stopniu żyję sztuką artystów. Tym się zajmowałam zawodowo.
Recenzowała Pani koncerty Chopinowskie. Czym dla Pani była muzyka?
To był mój wielki świat. Miałam wrodzoną inklinację, a potem miałam szansę zająć się muzyką. Piękne wspomnienia zawdzięczam Jerzemu Waldorffowi. Był wobec mnie niezwykle miły i serdeczny. Kiedy założył Sekcję Krytyków, Publicystów i Recenzentów Muzycznych Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzycznych, zaprosił mnie do pracy jako sekretarza. To znaczy, że w środowisku krytyków muzycznych uznawano moją fachowość i panowało przekonanie, że jestem dziennikarzem piszącym uczciwie.
Ale najpierw było słowo. Zaczynała Pani w mrocznych latach stalinowskich jako dziennikarka białostockiej mutacji „Życia Warszawy”.
W apogeum stalinizmu, 1950 roku, aresztowano mnie wraz z matką. Proces był fikcyjny. Skazano mnie zaocznie, gdyż nie było paragrafu.
Wedle przypisywanej Stalinowi maksymie „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”?
Nie popełniłam żadnego przestępstwa. Bezpieka przyszła po moją matkę, która nie kryła swoich poglądów, a ponadto otrzymała list z Ameryki od współpracownika mojego ojca. To wystarczyło, aby ją oskarżyć. Mnie zatrzymano przy okazji, gdyż znaleziono w mieszkaniu moje szkolne notatki. W zielonym zeszycie spisałam swoje przeżycia z Powstania Warszawskiego.
To były pierwsze impresje reporterskie?
Coś w tym rodzaju. To był punkt oskarżenia. Prokurator Generalny, u którego byłam po wyjściu z więzienia, nie znalazł paragrafu na takie „przestępstwo”, jak posiadanie w domu notatek. Dzisiaj wydaje się to absurdalne.
Kompletnie niezrozumiałe dla współczesnego pokolenia dziennikarzy.
Daj Boże, aby było niezrozumiałe. Ale te notatki były impulsem, aby dalej pisać. Mówiłam nawet śledczemu, że chcę być dziennikarką i stąd moje notatki. Niestety, nie uznano moich racji. Już po szkole miałam przekonanie, że umiem pisać. Miałam w Białymstoku wspaniałych nauczycieli, jak opisani przeze mnie w książce Eugenia i Zbigniew Troczewscy. Postanowiłam więc pisać do białostockiej mutacji „Życia Warszawy”. Niestety, rozpoznał mnie lekarz, który badał mnie w więzieniu i doniósł prasie: „Kogo zatrudniacie? Przestępczynię polityczną?”. Wyrzucono mnie z pracy.
Nic dziwnego. Do końca lat 50. redaktor naczelny „Życia Warszawy” był zastępcą członka KC PZPR.
Ale szef mutacji, Matejczyk, był bardzo przyzwoity. Przyjeżdżał też często do Białegostoku Zdziś Sierpiński, który przez ponad pół wieku był redaktorem muzycznym „Życia Warszawy”. „Korzystajcie z jej umiejętności. Ona jest wydajna” – mawiał o mnie. Po wyrzuceniu mnie z tej mutacji przeszłam do „Słowa Powszechnego”. Spotkałam tam niezwykłe osobowości, jak Jerzy Ślaski, który zapisał się w historii polskiego dziennikarstwa.
Był w Zarządzie Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Czy pisanie o muzyce chroniło Panią przed polityką i propagandą?
Nie myślałam o tym. Po prostu uważałam to za moją dziedzinę. Pracowałam też w Teatrze Polskim, gdzie tańczyłam i śpiewałam. Nauczyłam się opery. Wydawało mi się, że trochę opanowałam tę dziedzinę. Całe życie się uczyłam czytając, patrząc, słuchając.
Czy z perspektywy 70 lat ma Pani poczucie, że współcześni dziennikarze potrafią korzystać z wolności słowa?
Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, bo są wśród nas różni dziennikarze.
Ale żywo śledzi Pani media, czyta gazety, ogląda telewizję.
Trudno mi oceniać, zwłaszcza oskarżać, bo teraz pracujemy w trudnych warunkach. Na naszych oczach zmienia się dziennikarski garnitur. W telewizji publicznej widać, kto został, a kto odszedł. Ale trudno to oceniać, bo wszystko dzieje się in flagranti. Jest tyle przemian, że nie wiem, co z tego wyniknie. Polska jest atakowana, więc dziennikarstwo powinno zachować umiar.
Nadąża Pani za tymi zmianami?
Trudno jest nadążać, zwłaszcza, że mam własny tok myślenia. Mam za sobą 50 lat pracy dziennikarskiej i spokojnie patrzę z pozycji widza, słuchacza, czytelnika.
Co w dziennikarstwie jest najważniejsze? Dążenie do prawdy?
Na pewno. Ale mnie ukształtowało jeszcze coś. W Powstaniu Warszawskim miałam swój dziecięcy udział: nosiłam do politechniki zupę, do szpitali masło. My, dzieci powstania, zbieraliśmy się przy Noakowskiego 10. Dlaczego o tym mówię? Byliśmy wtedy jednym, zjednoczonym narodem, walczącym przeciwko wrogowi.
To dlaczego teraz taka nienawiść, wojna polsko–polska?
Właśnie. To pytanie do pana. Trudno mi obok tego spokojnie przejść. Niestety, mam też wrażenie, że w jednej z partii politycznych, którą mam na zębie, górę wzięły merkantylne interesy.
Której?
Mam na myśli Platformę Obywatelską. Mam wrażenie, że uwłaszczała się ona na narodzie.
Fot. Stefan Truszczyński


