Nie chcieli jego zdjęć, dostał główną nagrodę. Z Dawidem Zielińskim, laureatem Grand Press Photo 2016, rozmawia Błażej Torański.
Na jednym ze zdjęć Pana fotoreportażu w dwutygodniku internetowym „Kontakt” dwaj młodzi uchodźcy siedzą na ziemi wyczerpani. Przekroczyli granicę ludzkiego wysiłku. Na twarzach rysuje się ból i cierpienie.
Ich ponton, zaraz po wypłynięciu na morze, zaczął nabierać wody. Cały czas ją wylewali, walczyli z żywiołem. Na greckim brzegu poczuli się bezpiecznie, ale puściły im nerwy.
Na innych obrazach widać spokój, wyciszenie, nadzieję.
Fotografowałem też sceny euforii i rozpaczy, jednak większość ludzi zachowywała spokój. Media w tym czasie - w październiku 2015 roku - pełne były zdjęć, na których dominowały emocje, dlatego wybrałem drogę środka, bardziej wyciszoną relację.
Młodzi Irańczycy, stawiając pierwsze kroki na lądzie, byli przerażeni, zaskoczeni, zdziwieni. Wokół nich w krajobrazie dominowały drzewa oliwne i śmieci: foliowe worki, zużyte i podarte ubrania, koce, plastikowe butelki, folie, pieluchy, papiery. Pytali Pana: „To ma być Europa?”.
Na Lesbos władze nie radziły sobie ze śmieciami. Irańczycy byli zdziwieni. Spodziewali się lepszej organizacji.
Czego Pan szuka w ludziach, skoro nie emocji?
Stany emocjonalne stosunkowo łatwo sfotografować, jeśli ludzie radują się lub płaczą. O wiele trudniej zrozumieć ich nastrój, jeśli nie uzewnętrzniają emocji. Zajmuję się obserwacją uczestniczącą. Staram się uchwycić i zobrazować to, co jest reprezentatywne dla miejsca i czasu. Nie mam jakiejś idei. Nie szukam niczego konkretnego. Raczej reaguję na to, co widzę.
Jak Pan oswaja fotografowanych ludzi? Marek Lapis, laureat Grand Press Photo w kategorii Ludzie twierdzi, że „nie można być intruzem. Trzeba stać się częścią otoczenia”. „Mam taką zasadę – tłumaczy – że przez krótki moment obserwuję i staram się poznać, jak dużą strefę intymną ma dana osoba. Jeżeli widzę, że mogę, to do niej podchodzę”. Jak to jest u Pana?
Są różne sposoby oswajania otoczenia, ale najwięcej zależy od konkretnej sytuacji. Czasami ludzie, widząc aparat, byli niechętni. Innym razem garnęli się do obiektywu. Nie mam jednej sprawdzonej techniki. Dopasowuję się do sytuacji.
Jak reagowali uchodźcy? Byli zrezygnowani? Pogodzeni z losem?
To był październik. Media opisywały uchodźców już od wielu miesięcy. Oni byli przygotowani na takie zainteresowanie ze strony dziennikarzy. Jak dobili do brzegu byli tak zmęczeni i szczęśliwi, że nie zwracali uwagi na fotoreporterów. Myśleli już o dalszej podróży, rejestracji na posterunku policji, znalezieniu dachu nad głową w obozie. Nie spotkałem się z niechęcią czy wrogością. Jedni mnie nie zauważali, inni zaczynali się uśmiechać.
Nie pozowali?
Byli i tacy, całe rodziny, którzy ustawiali się do pamiątkowego zdjęcia. Ale nie dawali do siebie kontaktu. Miałem wrażenie, że wystarczyło im samo pozowanie do zdjęcia.
Chcieli utrwalenia swego dramatu.
Być może.
Pan jest freelancerem. Pojechał Pan na greckie wyspy Kos i Lesbos oraz do Pireusu, aby fotografować uchodźców na własny koszt. To był impuls?
W dużej mierze tak. Śledziłem latem rozwój wydarzeń i relacje w polskich mediach. Miałem wrażenie, że nie są one pełne. Wybrałem się na wybrzeże tureckie, potem na wyspy greckie i na Bałkany. Chciałem prześledzić dłuższą drogę uchodźców.
Chciał Pan wziąć udział w wydarzeniach, którymi żyje Europa?
Tak, ale chciałem też efekt swojej pracy gdzieś pokazać. Próby zainteresowania redakcji zakończyły się jednak fiaskiem. Wysłałem zdjęcia do ponad trzydziestu tytułów europejskich. M.in. do niemieckich magazynów „Stern” i „Spiegel”, belgijskiego Der Standaard, czeskich „Tyden” i „Reflex”, francuskiego „Liberation”, brytyjskiego „Guardiana”, holenderskich „De Groene” i „Amsterdammer”. W Polsce próbowałem zainteresować edytorów „Dużego Formatu” „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”. Nie miałem żadnych reakcji. Nie bez znaczenia był fakt, że zdjęcia są czarno-białe. Wydawcy raczej niechętnie je publikują. Moją ofertę przyjął tylko magazyn „Kontakt”.
Media od kilku miesięcy żyły tym tematem. Gazety pęczniały od zdjęć uchodźców. Temat się opatrzył. Ale jury Grand Press Photo 2016 jednogłośnie uznało Pana obraz za Zdjęcie Roku. Kadir van Lohuizen twierdził, że to świetne zdjęcie, newsowe, oddające to, co gościło na czołówkach gazet na całym świecie. Rzeczywiście uchwycił Pan rozpacz, nadzieję i chaos. Zaskoczył Pana ten wybór?
Nigdy nie spodziewałbym się tytułu Zdjęcia Roku. Zresztą zdjęcie uznane za najlepsze było częścią reportażu.
Zdjęcie jest wielowymiarowe. Jak Pan je zrobił?
Poranek w Pireusie. Emigranci zeszli z promów. Szukali transportu. Wsiadali do autobusów, które wiozły ich do dworca kolejowego. Mam kilka kadrów tego mężczyzny i tłumu na przystani promowej odbijającego się w szybie. Rzeczywiście wizualnie i znaczeniowe są na tym zdjęciu warstwy. Ale technicznie to nic nowego.
Dokonał Pan autokorekty?
Dzisiaj trudno jest robić zdjęcia bez regulacji obrazu, jasności, kontrastu. Rejestrowałem zdjęcia w plikach kolorowych. Zamieniałem je na czarno-białe.
Co ta nagroda zmieniła w Pana życiu? Dostał Pan oferty współpracy?
Nie i niewiele się spodziewam. Ten sukces nie stawia mnie na świeczniku. Mam świadomość, w jakim miejscu rozwoju zawodowego jestem. Nie jestem znany w środowisku fotografów. Nie mam nawet strony internetowej, więc kontakt ze mną jest utrudniony. To jest początek kariery, ale nie jestem przekonany, czy moja praca będzie związana z fotografią reportażową, prasową. To ciężki kawałek chleba. Nie chciałbym jednak robić zdjęć do szuflady.
