Z Tomaszem Michniewiczem o końcu świata, poszukiwaczach skarbów, żądzy i granicach szaleństwa rozmawia Błażej Torański.

Tomek Michniewicz – dziennikarz, backpacker, fotograf, radiowiec, redaktor naczelny serwisu podróżniczego KoniecSwiata.net. Autor dwóch bestsellerowych książek reporterskich: „Samsara. Na drogach, których nie ma” oraz „Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów”, Do niedawna dziennikarz radiowej Trójki, a wcześniej m.in. „Polityki” i Polskiego Radia BIS. Laureat trzech statuetek na festiwalu cywilizacji i sztuki mediów, odkrywców i podróżników Mediatravel, nominowany do nagrody National Geographic „Traveler”.

Gdzie jest koniec świata, Panie Tomku?

Geograficznego końca świata już nie ma, bo przy obecnych cenach lotów świat się skurczył. Daje to złudzenie, że wszyscy wszędzie mogą dolecieć. Koniec świata przesuwa się w sferę naszego pojmowania rzeczywistości, ograniczeń kultury, w której wychowaliśmy się.

Ale tak nazwał Pan portal, którym kieruje.

Portal poświęcony jest poradom praktycznym dla tych, którzy podróżują indywidualnie z plecakiem.  Gdyby koniec świata rozumieć dosłownie, z Warszawy najdalej turysta mógłby dolecieć do Pitcairn, czterech wysp na Polinezji.

A w Pana wizji świata, gdzie jest ten koniec?

Kiedy na innym kontynencie otwierają mi się szeroko oczy i dziwię się, że coś może funkcjonować na zupełnie odmiennych zasadach. Jeśli mam wrażenie, że coś jest „dziwne”, to dla mnie właśnie koniec mojego i początek innego świata.

Podróżuje Pan, aby coś zobaczyć czy przeżyć?

Wyłącznie, żeby coś przeżyć, a coraz częściej, aby lepiej zrozumieć. Emocje i adrenalina, które towarzyszą podróżowaniu też mogą spowszednieć, więc podróżowanie staje się dla mnie metodą na lepsze rozumienie świata.

W Radiu Bis prowadził Pan program „Dziko i tanio”, w Programie Trzecim Polskiego Radia „Trójka przekracza granice”. Czy nadal pracuje Pan z dźwiękiem, bawi się wyobraźnią?

Podróżując zabieram ze sobą rekordery, wszelkiego rodzaju „nagrywaczki” i bardzo często rejestruję dźwięki. Nie współpracuję teraz na stałe z żadną stacją radiową. Zapisy lądują więc w moim archiwum, wzbogacą programy, które będę kiedyś robił. Nigdy nie przestanę być radiowcem - ubóstwiam świat reżyserii dźwięku i historii, w którym wyrosłem. Z radiem czuję się tak głęboko związany, że nawet gdybym już nigdy w nim nie pracował, to będę zbierał dźwięki z całego świata i przechowywał je na wszelki wypadek.

Pana najnowszą książkę „Gorączka” czyta się jak powieści Stevensona. Inspirował się Pan „Wyspą skarbów”?

Cieszę się, że pan to powiedział (śmiech). Miałem taki chytry plan, myślałem, że nikt tego nie wyłapie, a jednak. Jest pan uważnym czytelnikiem. Chciałem, aby „Gorączka” odwoływała się do marzeń, tęsknot wszystkich chłopców, którzy czytają Stevensona. Każdy z nich chciałby pływać po wyspach, nurkować, szukać skarbów w galeonach, wysłuchiwać historii o piratach, zatopić się w tej magii. Chciałem  zbudować paralelę między światem wyobrażonym, który w chłopcach budują książki, filmy czy komiksy, a rzeczywistym, konkretnym i precyzyjnym  światem biznesu poszukiwaczy skarbów.

Opisał Pan współczesnych poszukiwaczy skarbów. Co skarby i złoto – czyli żądza – czynią z ludźmi?

Pozbawiają ich człowieczeństwa, przesuwają granicę tego, co świat zewnętrzny akceptuje moralnie. Zarzucają etykę, poczucie moralności i zobowiązań w stosunku do innych, przestają się dla nich liczyć dzieci, rodzina, przyjaciele, raca, przyszłość, cokolwiek, poza jednym celem: odnalezieniem złota. To jest uzależnienie, choroba.

Co najbardziej Pana zaszokowało? Jak daleko ci szaleni naukowcy, ekscentryczni milionerzy, złodzieje i oszuści potrafili się posunąć?

Nie zapomnę do końca życia historii, która mnie zwaliła z nóg. Na pokładzie łodzi Mel Fisher Treasures, największej na świecie firmy poszukującej skarbów, pracował człowiek, który rok wcześniej stracił syna. Chłopca, który przyjechał do ojca na wakacje wciągnęła śruba i pocięła na kawałki. Nikt temu nie zawinił. Takie dramaty się zdarzają, zaszokowało mnie, że trzy tygodnie po tym ojciec wrócił do służby na statku i do dzisiaj poszukuje skarbów. Jak po utracie syna można chcieć mieć jeszcze cokolwiek wspólnego z takim światem? Ich uzależnienie od poszukiwania skarbów jest tak silne, że zapewne każdy z nich zachowałby się tak samo.

Jakie są granice szaleństwa?

Nie ma. Nawet największe sukcesy poławiaczy skarbów na Karaibach kończyły się dramatami: rozwodami, szukaniem guza, narkomanią, alkoholizmem, samobójstwami. W tym świecie nie ma wygranych, a mimo to jest tak fascynujący, magiczny, tak bardzo przyciąga złe duchy i awanturników, że nawet, wiedząc jaki ich czeka los, śmiało w to wchodzą.

Gdzie współcześni śmiałkowie poszukują skarbów? W zatopionych galeonach?

We wrakach hiszpańskich galeonów, które przewoziły przez Atlantyk i Pacyfik złoto i kamienie szlachetne. Na pustyniach, głównie w Meksyku i na południu Stanów Zjednoczonych – w Nowym Meksyku, Kolorado, Arizonie - przez które złoto przewożono w formie sztab czy ingotów. Trzecim obszarem penetracji są wyspy tropikalne w Azji Południowo-Wschodniej, u wybrzeży Afryki, Ameryki Południowej, gdzie rozmaici piraci i awanturnicy w XVII czy XVIII wieku ukrywali skarby.

Te historie, choć trudno w nie uwierzyć, są prawdziwe, jak w reportażu. Jeśli piszę – zapewnia pan – że ktoś nie miał jedynek, bo je stracił w barowej bijatyce, to tak właśnie było. Jak Pan przytacza, że w XVI wieku kapitan wyrzucił za burtę działo, to też Pan to weryfikował w starych dokumentach?

Środowisko poszukiwaczy skarbów jest równie zamknięte, jak aktywni agenci wywiadu wojskowego. Nie mają żadnego interesu, aby współpracować z dziennikarzami. To są bardzo twardzi ludzie, jak najemnicy wojskowi, niejednokrotnie byli komandosi, amerykańscy żołnierze straży przybrzeżnej, robotnicy platform wiertniczych, ale i ekscentryczni miliarderzy. Kluczowym było zdobycie ich zaufania. Zajęło mi to osiem miesięcy. Wyrabiałem sobie kontakty w kolejnych tajemnych kręgach, a oni swoimi kanałami sprawdzali - przez Interpol, policję, ambasadę – kim jestem, czy nie ściągnę im kłopotów. Gdy zdobywa sie zaufanie takich ludzi, potem można na nich liczyć – umożliwili mi dostęp do miejsc i dokumentów, do których sam nigdy bym nie dotarł. Na przykład dokumenty o hiszpańskim handlu zamorskim z koloniami znajdują się dziś w tylko jednym miejscu na świecie: w Archivo General de Indias w Sewilli. Przeglądałem przewiązane sznurkiem dokumenty sprzed trzystu lat, weryfikowałem dane, potwierdzałem, zderzałem ze sobą historie różnych ludzi. Wszystkie informacje w książce, obojętnie jak fantastyczne się wydają, są prawdziwe.

Na portalu KoniecSwiata.net doradza Pan turystom z plecakiem jak tanio podróżować. Pana wyprawa nie mogła być jednak tania …

To prawda. Moje wyprawy są wspierane przez sponsorów. Nie miałem kłopotów ze zdobyciem ponad 50 tys. zł, taki był budżet projektu. To było kosztowne podróżowanie: po południowych Stanach, po Karaibach, po Afryce. Ale wyraźnie oddzielałem pracę dziennikarską od spełniania wymogów sponsorów. Tym ostatnim zajął się wydawca książki – to był zwykły układ biznesowy między firmami, jako autor nie byłem w nim stroną.

Jakie doświadczenia dziennikarskie Pan zebrał?

Już wcześniej realizowałem trudne zadania dziennikarskie dla radiowej Trójki. Udało mi się wejść do więzienia San Quentin, najsłynniejszego więzienia w USA, a także do pilnie strzeżonej bazy amerykańskich sił powietrznych Edwards, gdzie testuje się nasze F-16. Miałem już wcześniej doświadczenia w pracy z zagranicznymi instytucjami, partnerami. Największym problemem przy poszukiwaczach skarbów było to, jak napisać o czymś, o czym nie mogę napisać. Najciekawsze historie nie mogły trafić do książki. Musiałem przyjąć zasadę off the record bez względu na to, czy mi się to podobało, czy nie. I oczywiście of the record było niemal wszystko, o czym chciałbym napisać: odnalezienie skarbu, co to było, gdzie, jak długo trwały ekspedycje. To było trudne doświadczenie, ale uczyło mnie też tej pierwotnej misji dziennikarskiej, przekonania, że sensacja nie jest najważniejsza. Że jako dziennikarz mam też wiele powinności wobec rozmówców, informatorów.

Każdy dziennikarz ma silną potrzebę podzielenia się swoja wiedzą z czytelnikiem. Jak Pan sobie z tym radził?

Wszystkie metody dziennikarskie, jakie znamy – potwierdzanie informacji, wykorzystanie tych, które dostaliśmy nieoficjalnie – zawiodły. Nie mogłem ujawnić , że w konkretnym miejscu leży skarb wartości kilku milionów dolarów, bo złamałbym warunki umowy.

Co groziło? Śmierć?

Jasne. To nie są ludzie, z którymi chciałbym zadzierać. Dla nich nie stanowi problemu strzelenie komuś w tył głowy i zakopanie go pod kaktusem na pustyni. Taka jest cena wycieku informacji do policji, Interpolu czy FBI. Bo za to, co robią, siedzi się w więzieniu do końca życia. To są nielegalne operacje a ci ludzie to kryminaliści – nie uznają nielojalności.

Pozostało Panu uciec w literaturę.

W mojej książce nie ma fikcji, więc nie stawiajmy znaku równości między literaturą i beletrystyka, przynajmniej w tym wypadku. „Gorączka” to literatura stuprocentowego faktu. To jest prawda, okrojona o to, czego nie mogłem napisać.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl