Z Piotrem Pytlakowskim o jego najnowszym wywiadzie–rzece z byłą żoną gangstera rozmawia Błażej Torański.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: Zaczynasz pisać harlequiny?
PIOTR PYTLAKOWSKI: (śmiech) Chyba nie. Tak na to patrzysz?
Twoja najnowsza książka „Królowa mafii” ma wszelkie cechy romansu: jest wielka miłość, nawet dwie, dramaty, zdrady, rozstania i szczęśliwe zakończenie.
Takie jest życie. Monika Banasiak opowiadała o ważnych dla siebie wydarzeniach, które jej przypadły w udziale. Nie czułem się na siłach, aby tonować jej emocjonalne opisy. Dałem jej się wygadać. Myślę, że są czytelnicy, którzy sięgają po takie opowieści. Tym bardziej, że nie są to historie wymyślone. To wszystko przecież zdarzyło się naprawdę.
Z pewnością spowiedź byłej żony gangstera zyska popularność czytelników. Najlepiej sprzedają się kryminały i romanse. Napisałeś tę książkę dla kasy?
Nie, bo jeżeli coś robię, jak mówisz, dla kasy, to przeważnie mi się nie udaje. Nie potrafię robić interesów i nie mam w nich szczęścia. Nawet w totka nie trafiam. Ale rzecz jasna nie napisałem tej książki za darmo.
Co najmniej jedna książka w roku, to prawie biznes. Pracujesz w końcu na etacie w „Polityce”. Jak udaje Ci się zdobyć zaufanie gangsterów, ich żon, kochanek?
Nie zabiegam o to. Nie próbuję zdobywać takiego zaufania. Monika Banasiak sama się do mnie zgłosiła. Siedziała w areszcie śledczym w Warszawie, zwanym Kamczatką, przy ulicy Chłopickiego, kiedy jej adwokat spytał, czy nie chciałbym z nią napisać książki. Takiej propozycji dziennikarz nie powinien odmówić, bo to jest fascynująca postać.
Nie miałeś poczucia, że Ona Cię wykorzystuje, aby zmienić swój wizerunek publiczny? „Postanowiłam tą książką zamknąć pewien niechlubny rozdział w swoim życiu” – przyznała była żona Słowika w jednym z wywiadów.
Upraszczasz, bo to nie jest osoba na tyle publiczna, jak polityk, aby zabiegać o zmianę swojego wizerunku. Monika miała potrzebę rozliczenia się z przeszłością dla siebie samej i swojego środowiska. Wywiad rzeka oddaje sposób myślenia rozmówcy, nie autora. Tak samo, kiedy wywiadu rzeki udziela Jarosław Kaczyński. Niepotrzebnie wietrzysz spiski i niecne zamiary.
Nic z tych rzeczy. Znowu zacytuję Twoją bohaterkę Monikę Banasiak: „tabloidy i media wywołały mnie do tablicy, bez skrupułów wchodząc z butami w moje intymne życie; licząc mi kochanków w łóżku i pokazując zdjęcia mojej sypialni. W książce tylko prostuję albo weryfikuję te kłamliwe historie”.
To bardzo zdrowa motywacja. Ładnie to powiedziała. Dlatego ludzie sami z siebie chcą udzielać wywiadów, żeby coś odkłamać albo przekazać swoja prawdę. To nie jest tylko odreagowanie na kłamstwa tabloidów. Zarzucasz mi, że wydaję za dużo książek. Przebił mnie niejaki Jarosław Sokołowski, pseudonim „Masa”, który wydał już na swój temat chyba piątą książkę. Przedstawia w nich taki obraz świata gangsterskiego, że tacy ludzie, jak Słowikowa, chcą go odkłamywać.
Nie zarzucam, wręcz przeciwnie. Mówię o tym z podziwem! Też tak bym chciał: pracować w jednym z największych tytułów opinii i wydawać książkę za książką z pogranicza literatury i dziennikarstwa. Jak to robisz?
To jest mój know–how. Nie ujawnię go. To oczywiście taki żarcik. Po prostu ciężko pracuję. Od tego siedzenia za komputerem wysiada mi wzrok i sypie się kręgosłup. Nic nie jest za darmo.
Jaką nową wiedzę zyskałeś po tej rozmowie o świecie polskich gangsterów, których opisujesz od dwudziestu lat. Od książki „Czekając na kata. Rozmowy ze skazanymi na śmierć”.
Moja pierwsza książka „Republika MSW” opowiadała o resorcie MSW w czasach PRL, a więc też w pewnym sensie była opowieścią o gangsterach. Tym razem nie opisałem konkretnych zbrodni popełnionych przez mafię pruszkowską. Skoncentrowaliśmy się z Moniką na warstwie obyczajowej, na opisie życia tego środowiska. To mnie zawsze ciekawiło, jak wyglądały ich relacje towarzyskie i rodzinne, wzajemna lojalność i cena, jaką płacili za jej brak. Tego nie znajdzie się w książkach „Masy”, ani innych opisach przestępczości zorganizowanej, gdzie epatuje się mordami i krwią.
Nie ma tam obyczaju, bo „Masa” nie tworzy literatury. „Królowej mafii” bliżej do słynnej książki Mario Puzo „Ojciec chrzestny”.
To miłe, że dostrzegasz takie analogie, ale nie miałem aż takich ambicji. Moim celem było, aby pokazać życie powszednie tych ludzi. To, co się działo, jak po robocie wracali do domu. Jeden z bossów „Pruszkowa” wymagał od żony jedynie, żeby lodówka zawsze była pełna, inny, aby małżonka ładnie pachniała i wdzięcznie leżała na kanapie.
Ślub cywilny Monika Banasiak wzięła w Las Vegas, kościelny „w domu Jezusa” w Nazarecie. Wiele jest w książce scen, jakby wyjętych z oleodruków. Na przykład z Miami: „Pamiętam taką scenę jak z filmu. Na gitarze gra mi jakiś Brazylijczyk czy Argentyńczyk, a ja tańczę na stole. Czuję zapach cygar, oceanu, i słyszę, jak szumią palmy nad głową. Takie lepkie ciepłe powietrze otula mnie i tańczę na stole” – opowiada Słowikowa. Klasyczny kicz.
Nie mogłem ingerować, cokolwiek zmieniać, nawet jeśli opisywane życie pachniało kiczem i oleodrukiem. Rzeczywiście ślub wzięli w Las Vegas. To był rodzaj zabawy. Było ich stać i chcieli się zabawić. Do Nazaretu pojechali z księdzem, aby wziąć ślub już na poważnie. Nie każdy ma taką wyobraźnię. Tam zresztą też zakończyło się tańczeniem na stole. Widocznie taki mieli obyczaj. Młoda kobieta czerpała z życia pełnymi garściami. Tańczyła, kiedy chciała. Nawet na fortepianie.
Andrzej Słowik odkupił ten fortepian, aby właściciel nie płakał. Mam jednak wiele wątpliwości, jak czytam o czołowym polskim gangsterze, że był „wrażliwy, ciepły, dobry, opiekuńczy”. To nie był „dobry chłopiec”. Miał krew na rękach!
Taka jest jej pamięć i opowieść. Dla niej był złym-dobrym chłopcem. Ale kilka rozdziałów dalej opisuje go też jako silnego, bezwzględnego człowieka. To są stany alternatywne. Raz pamięta go jako człowieka ciepłego, dżentelmena, który prowadził ją przez życie i czuła się przy nim bezpiecznie. Innym razem był zimny i odpychający.
Monika Banasiak jest do bólu szczera. Jak ją odblokowałeś?
Znała moje książki. Czytała „Alfabet mafii”. Wielu dziennikarzy chciało się do niej przyczepić, opisać jej wspomnienia, ona wybrała mnie, choć nie znaliśmy się wcześniej. Pytałem jej, czy nie lepszą autorką byłaby Ewa Ornacka, bo kobiety łatwiej się dogadują. Powiedziała, że bardzo lubi i szanuje Ewę, ale chciała znaleźć kontrapunkt. Żeby to był facet, dziennikarz taki, jak ja. Uznała, że jestem godny jej zaufania. Że nie oszukam jej. Że nie wykorzystam tej rozmowy w ośmieszający ją sposób. Że nie wejdę w jakieś tematy i nie wykorzystam materiału do innej publikacji. Zawarcie takiej umowy jest święte.
Ceni Cię za to, że uprawiasz dziennikarstwo „mądrze i taktownie, nie obrażając nikogo i nie komentując niczego złośliwie i tendencyjnie”.
Ale to jest jej refleksja po napisaniu książki. Podczas rozmów wpadała w różne stany emocjonalne i nastroje od płaczu do euforii.
Najsilniejszy reportersko jest zapis jej wspomnień z więzienia. Z celi 603. Z sedesem i umywalką.
Dla mnie też było to pouczające i poruszające. Nie znałem dotychczas zbyt dobrze realiów więzień kobiecych, nie opisywałem wcześniej mechanizmów, które tam rządzą.
Jak prowadziłeś rozmowę, aby zrozumieć jej psychikę, motywy działania?
Intuicyjnie starałem się nie przyspieszać. Czasami, kiedy coś zaczynała zbyt mocno przeżywać, nie radziłem: „Nie płacz, bo nie mamy czasu. Musimy pracować”. Dawałem jej spokój, robiłem kawę albo wychodziłem na papierosa, ona w tym czasie dochodziła do siebie.
„Lubiłam żyć, lubiłam emocje, jak coś się dzieje”. Zabrakło mi w tej książce podstawowej autorefleksji: że żyła za pieniądze naznaczone cierpieniem i krwią.
Tak, ale to nie jest opowieść dydaktyczna z morałem. Dlatego nie ma w niej ekspiacji. Nie wyraża szczerego bólu, bo tak nie myślała. Korzystała z tych pieniędzy w sposób, który przynosił jej radość. Nie zastanawiała się, że pochodzą z przestępstw.
