Z Maciejem Rosalakiem o ingerencjach cenzury w prasie Stronnictwa Demokratycznego rozmawia Błażej Torański.
BŁAŻEJ TORAŃSKI: W „Merkuriuszu”, piśmie warszawskich studentów dziennikarstwa, byłeś od 1972 roku redaktorem technicznym i graficznym…
MACIEJ ROSALAK: Przygotowałem na przykład ze Stasiem Michalkiewiczem „Parowóz historii”, co zostało uznane za typową działalność wywrotową i antyustrojową. Właśnie Gierek został I sekretarzem. Staś przypomniał strofy wiersza Władysława Broniewskiego „Słowo o Stalinie:
„Pędzi pociąg historii,
błyska stulecie-semafor.
Rewolucji nie trzeba glorii,
nie trzeba szumnych metafor.
Potrzebny jest maszynista...”
Ja natomiast narysowałem do tego lokomotywę, przed którą rozdwajają się tory, a każdy urywa się na bezdrożu. Wtedy pierwszy raz zderzyłem się z cenzurą. Jeden z numerów w całości został zatrzymany. Potem pracowałem w „Kurierze Polskim”, popołudniowej gazecie Stronnictwa Demokratycznego, kolejno jako reporter, redaktor prowadzący i zastępca sekretarza redakcji. Następnie przeszedłem jako sekretarz redakcji do „Tygodnika Demokratycznego”.
Czasami cenzurowane były moje teksty historyczne. W „Kurierze...” wybuchła wielka afera, kiedy upomniałem się w dużym, rocznicowym tekście o odważnych dowódców Wojska Polskiego w kampanii wrześniowej. Nie po ingerencji zwykłego cenzora, ale po upomnieniu przez samego wiceprezesa GUPPiW, zastępca redaktora naczelnego wrzeszczał ze strachem w oczach: „Przesraliśmy tę wojnę!”. Uważał, że nie powinniśmy nobilitować przedwojennych przywódców.
W 1979 roku napisałem z kolei w „TD” komentarz z okazji 35. rocznicy Powstania Warszawskiego. Stwierdziłem, że było to „ostatnie ogniwo wielkich powstań narodowo–wyzwoleńczych”. Sformułowanie to było płachtą na byka, dla cenzora niedopuszczalne, wypowiedziane przeciwko Związkowi Radzieckiemu. „Przecież chodziło o to, że „Niemców wygonimy, a Rosjan nie wpuścimy.” „Rosjan? Naszych przyjaciół i braci?” - oburzał się cenzor dyżurny.
W Sierpniu 1980 roku szczególnie wrogo nastawiony do „Solidarności” redaktor naczelny nie chciał mi opublikować reportażu ze Stoczni Gdańskiej. Widziałem pierwszy dzień wolnej Polski i taką oceną chciałem się podzielić z czytelnikiem. Później mądry i uczciwy redaktor Krzysztof Boruń poradził mi, abym własne oceny zastępował relacją tego, co widziałem, godzina po godzinie. Same fakty. Ale wtedy ze smutkiem patrzyłem na wykastrowany materiał w druku, tymczasem zadzwonił kolega: „Dobrze napisałeś! Ale że ci puścili?!”.
Doskonale wiesz, że zapisy cenzorskie dotyczyły głównie zakazu godzenia w zasady ustrojowe, w sojusze ze Związkiem Radzieckim i bratnimi krajami socjalistycznymi. To zupełnie wystarczało, żeby olbrzymie ilości tematów pozostawały poza zasięgiem pióra. Cenzura ingerowała mi też w teksty o budownictwie drogowym. Jeśli plany budowlane były objęte embargiem, nie można było pisać. Coś wchodziło w obszar tajemnicy lub nie. Była też kwestia interpretacji. Pisałem o młodym wynalazcy z Instytutu Lotnictwa, który skonstruował samolot. Tego samolotu urzędnicy nie chcieli dopuścić do ruchu powietrznego. Miałem rozmowę z kierownictwem Instytutu Lotnictwa. Tłumaczyli, dlaczego nie mogą opowiedzieć do gazety o sprawach związanych z rozwojem lotnictwa. Oczywiście chodziło o sprzęt produkcji sowieckiej i zapisy cenzorskie stały w tle. W życie wprowadzała je nie cenzura, tylko wydział prasy KC PZPR.
Odbitki szczotkowe „Kuriera Polskiego” redakcyjny samochód zawoził do cenzora, który miał swój pokój w drukarni Domu Słowa Polskiego.
Prowadząc numer miałeś bezpośrednie kontakty z cenzorami?
Rozmawiałem z nimi telefonicznie. Także później, gdy przez dziesięć lat byłem sekretarzem „Tygodnika Demokratycznego”. Wtedy jednak szczotki trafiały już nie do drukarni, a do Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na ulicę Mysią. Wysyłaliśmy je w poniedziałek wieczorem, a po południu we wtorek dostawaliśmy odpowiedź, czy puszczają. Z reguły nie było problemów, bo „Tygodnik Demokratyczny” nie był wtedy zbyt wojowniczy. Dopiero po wyborze kardynała Karola Wojtyły na papieża i wybuchu „Solidarności” pewne sprawy stawialiśmy na ostrzu noża.
Z kolei w 1982 roku napisałem relację z obchodów kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego na Powązkach Wojskowych. Puścili mi, bo w tym czasie władza komunistyczna starała się kokietować środowiska kombatanckie, akowskie. A napisałem coś takiego, że cienie zabitych w walce o wolną Polskę mieszają się z ludźmi, którzy przychodzą dzisiaj na te groby, mając to samo w sercu. Cenzor nie ingerował, ale szef cenzury zadzwonił do redaktora naczelnego z pytaniem, dlaczego drukuje antysocjalistyczne teksty. Dla mnie rezultat był taki, że od tej chwili naczelny jeszcze wnikliwiej patrzył, o czym teraz piszę. Nie mogłem na niego w tych sprawach liczyć, bo całkowicie podzielał stanowisko cenzury.
Dokonywał wewnątrzredakcyjnych ingerencji?
W latach 1983 i 1987 byłem akredytowany przy pielgrzymkach Ojca Świętego do Polski. Cięto mi w redakcji fragmenty zdań, określenia. W 1987 roku w relacji z papieskiej mszy świętej na Zaspie wyliczałem, że przyszło ludzi „milion... może dwa miliony”. Nikt tego nie liczył, ale naczelny upierał się: „Nie podajemy!”. Napisałem też, że harcerze roznoszą pielgrzymom, ludziom starszym i chorym, wodę. To z kolei chciał wykreślić cenzor, a ja, sekretarz redakcji, kłóciłem się z nim o swój tekst! „Dlaczego wykreśla mi pan to, co sam widziałem?” – pytam. „To nie byli harcerze!” – stwierdził. „Jak to nie byli harcerze? Mieli harcerskie mundurki.”. Chodziło mu o to, że opisałem harcerzy z nielegalnego wtenczas Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, a nie z lojalnego wobec komunistów ZHP. Mówię: „No wie pan, ale to są tak samo harcerze. Mają lilijki, składają przysięgę według Roty”. Oburzył się: „To nie są tacy sami harcerze. Mam na to kategoryczny zapis!”. Zdaje się, że wywalczyłem zamiast „harcerzy” – „chłopców w harcerskich mundurkach”. Takie to były zabawy z myszkami, jak nazywał cenzorów Stefan Kisielewski, nawiązując do adresu centrali GUKPPiW w Warszawie: Mysia 2.
Wedle dokumentów IPN redaktor naczelny „Tygodnika Demokratycznego” Witold Kulisiewicz współpracował z bezpieką.
Kiedy esbecja zapowiedziała podczas weryfikacji w grudniu 1981 roku (prasa SD poszła wtedy na pierwszy ogień), że wezwie mnie na przesłuchanie, natychmiast poszedłem do niego. Wiedząc, że jest funkcjonariuszem tego resortu, specjalnie mu o tym powiedziałem – jak i dwudziestu innym osobom – aby mieć alibi. Dyskrecjonalnie rozejrzał się wokół i mówi: „Jak nie mają na ciebie haka, to cię mogą w dupę pocałować!”. W nim były jakby dwie dusze: jedna człowieka; druga ofiary złamanej we wczesnej młodości przez przemoc - najpierw w niemieckim łagrze Gross Rosen, potem przez reżim komunistyczny. Wydaje mi się też, że mnie po prostu lubił. Rada, której mi udzielił, była cenna, ale w żadnej sprawie związanej z cenzurą nie mogłem na niego liczyć.
Pamiętam, jak w karnawale „Solidarności” cenzura zatrzymała nam zdjęcie, chyba pomordowanych przez NKWD na dziedzińcu więzienia we Lwowie. Zaznaczyliśmy to nawiasem kwadratowym ze wskazaniem podstawy prawnej i paragrafu, co mówiło czytelnikom o ingerencji cenzury. W tym czasie była ona wyjątkowo łagodna, aby nie dawać redakcjom pretekstu do publikowania tych nawiasów. Ale staraliśmy się nie przeginać pały i nie prowokować. Wiedzieliśmy, jakie są granice wolności słowa i nikt nie przepuści zdania o tym, że „Związek Radziecki jest głównym wrogiem narodu polskiego”. Moglibyśmy wtedy zaznaczyć nawias kwadratowy, jednak byłoby to mało odpowiedzialne. W tym czasie przecież chodziło o to, by nie sprowokować bezpośredniej agresji wojskowej Związku Sowieckiego.
Stosowałeś autocenzurę?
Wszyscy ją stosowali, jeśli wyrażali zdanie na temat istotnych spraw społecznych, gospodarczych czy politycznych. Łatwo było wejść w taką kolizję z cenzurą, że traciło się cały tekst. Dlatego najczęściej – wzorem najlepszych publicystów - omijałem zapisy cenzorskie przez aluzje. Widoczne to było zwłaszcza w felietonach.
Gra z cenzurą?
Niektórzy cenzorzy też z przyjemnością to czytali i zastanawiali się, do jakiego momentu mogą na to pozwolić. Było to tak zakamuflowane, żeby czytelnik zrozumiał, o co chodzi, ale autorowi nie można było udowodnić intencji. Dawało się do zrozumienia. Ale pisząc informację, na przykład o jakiejś drodze, o warstwach asfaltu, nie mogłem wiedzieć, że zaplanowano tam budowę lotniska. Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego mi to wycięli.
Grałeś?
Znowu przywołam pielgrzymkę Jana Pawła II z 1987 r. Intensywność ingerencji była większa, kiedy władza miała do papieża pretensję. Od momentu przemówienia na Westerplatte, na Zaspie, a potem w Częstochowie, stał się dla władzy wrogiem niebywałym. Jego homilie były otuchą, upominaniem się o prawa dla narodu: „Nie mówię tylko do was. Mówię też za was”. Wtedy cenzura była ostra. Ale już po spotkaniu Papieża z generałem Jaruzelskim na Wawelu pisaliśmy niemal jak w kraju liberalnym. Po jego odlocie z Warszawy napisałem tekst „Czas siewu”. Na rozkładówce krzyczały złote litery. To było przewrotne, bo użył tego sformułowania Jaruzelski. Ale siew oznaczał, że Jan Paweł II rzucił ziarno, które kiedyś wykiełkuje i coś z tego wyrośnie. To była gra z cenzurą.
Czułeś granicę?
W sztywnych zapisach cenzorskich granica była płynna. Wszystko zależało od ujęcia.
Poznałeś cenzorów osobiście?
Mogę opisać trzy postacie, z którymi rozmawiałem i w jakiś sposób ich poznałem. Zacznę od Mariana Andrzejewskiego, wiceprezesa Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który odpowiadał za pion prasowy. Jeśli się nie mylę był żołnierzem Armii Krajowej i znał mojego serdecznego przyjaciela Stasia Krupę z batalionu „Zośka”, który napisał słynny „X Pawilon. Wspomnienia AK–owca ze śledztwa na Rakowieckiej”, publikowany w „Kurierze Polskim” w czasie karnawału „Solidarności”. Zanim jednak zdecydował się to opisać, przy wódce opowiadał przyjaciołom z „Kuriera” i „Tygodnika” o swoich przeżyciach w Powstaniu i w więzieniu na Mokotowie. Pewnego razu Maciek Łukasiewicz, wówczas szef sobotnio–niedzielnego magazynu „Kuriera Polskiego”, zdenerwował się i powiada obcesowo, jak miał we zwyczaju: „Stasiu, nie pierdol już! Opisz to, ja ci opublikuję”. Stasiu miał wątpliwości, czy cenzura to puści i spotkał się z cenzorem Marianem Andrzejewskim. Tamten powiedział mu: „Wyjątkowo to puszczę, ale jedną historię pomiń, bo mnie wyrzucą. Nic nie pisz na temat Związku Radzieckiego”. To była stała śpiewka cenzorów. Były jeszcze jakieś sugestie, aby coś wyciszyć, ale nie znam szczegółów, bo mnie już przy tym nie było. Ostatecznie szesnaście odcinków „X Pawilonu” jednak się ukazało. Potem było wydanie podziemne, a za nim poszły oficjalne.
Inni cenzorzy?
Drugim był Władzio, mój kolega ze studiów dziennikarskich i z wojska, byliśmy w jednej kompanii. Otóż uchodził on za poczciwca i wyjątkowego głupka. Jak na studiach spotkasz kogoś takiego, to nie jest nic nadzwyczajnego, bo wielu jest poczciwych głupków. Ale kiedy taki zostanie cenzorem, to występuje jakaś podstawowa sprzeczność. Spotykał się potem jako cenzor ze swymi kolegami dziennikarzami. I wtedy był, jak przyłóż do rany, wszystko puszczał! Czasami mawiał: „Tego nie mogę, ale jakbyś to napisał inaczej, tak i tak, zwolnię do druku”. Również starzy cenzorzy często tak radzili zaprzyjaźnionym redaktorom. Przy takiej postawie Władzio długo jako cenzor utrzymać się nie mógł.
Trzeciego cenzora – nazywał się bodaj Smyczyński - poznałem u schyłku cenzury, w połowie lat 80., tuż przed Gorbaczowem, ale i tak całkowicie pomylił epoki. Sprawdziłby się znakomicie w warunkach walki z wrogiem klasowym za czasów towarzysza Bieruta, kiedy jeszcze żył towarzysz Stalin. Miał zapędy wychowawczo–represyjne. We wczesnych latach 50. najchętniej wysyłałby zapewne podejrzanych dziennikarzy do pracy w kopalni. Wszędzie węszył, a jednocześnie był obdarzony sporą inteligencją, w związku z tym w lot rozumiał aluzje. Nie dało się przy nim niczego przemycić. Miał dobrą pamięć, znał więc wszystkie cenzorskie zapisy. Kiedy Marian Andrzejewski przechodził na emeryturę – a było to gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, cenzura jeszcze istniała – to właśnie ten młody wtedy człowiek został jego następcą. Z punktu widzenia cenzury i władzy ludowej był to nadzwyczaj trafny wybór. Dla dziennikarzy był szalenie trudnym przeciwnikiem. Większość z cenzorów to byli inteligentni ludzie z wyższymi studiami. Nie były to ćwoki, operujące językiem „wicie, rozumicie”. Czasem byli inteligentniejsi od tych, którzy pisali.
Rozmowa jest fragmentem książki o cenzurze, przygotowywanej przez autora. © Wszelkie prawa zastrzeżone.
