Z Joanną Bukowską o prowokacji dziennikarskiej rozmawia Błażej Torański.
Joanna Bukowska, prawnik, wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Teoretycznie i praktycznie zajmuje się prawnymi aspektami funkcjonowania mediów. Uczestniczka konferencji naukowych poświęconych m.in. tematyce: media a demokracja, media a polityka, badania nad komunikowaniem i mediami, dziennikarstwo śledcze, telewizja internetowa.
Czy Paweł Miter, autor najgłośniejszych ostatnio prowokacji w mediach jest dziennikarzem obywatelskim z prawdziwego zdarzenia czy cwaniakiem, który chce zyskać rozgłos?
Jestem zaskoczona jego młodym wiekiem, ma zaledwie 27 lat, ale dzięki prowokacji - bardziej obywatelskiej, aniżeli dziennikarskiej - doprowadził do odwołania prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku. Zaprezentował specyficzny rodzaj odwagi, trochę tupetu i arogancji, dokonał zaplanowanej w mojej ocenie autopromocji. Jego przypadek skojarzył mi się nawet z kibicującą podczas Euro Natalią Siwiec. Z dziennikarstwem prowokacja Pawła Mitera miała niewiele wspólnego.
A jednak środowisko dziennikarskie podzieliło się w tej ocenie. Były też opinie o odważnym i fachowym zastąpieniu w roli dziennikarzy, zwłaszcza, że odsłonił służalczość sędziego wobec premiera.
Taką prowokację mógłby przygotować równie dobrze adept zawodu dziennikarskiego. Ale mam przekonanie, że prowokacja dziennikarska traci na wartości. Za często jest używana - z błahych, nawet groteskowych powodów - i traci na wartości, jako narzędzie pracy dziennikarza.
Prowokacja jest przez dziennikarzy nadużywana?
Mam takie wrażenie, ponieważ odczuwam zmęczenie tym tematem. Przykłady, którymi posługuję się na zajęciach ze studentami, zaczynają się powtarzać. Jak wizyta „wiceministra”-dziennikarza nieistniejącego resortu w Ostródzie, gdzie wiceburmistrz bił pokłony czy zapowiedź wizytacji Dworca Centralnego w Warszawie przez ministra infrastruktury.
Przyjechał „Rewizor”?
Podobnie było z wezwaniem z ministerstwa rolnictwa samochodu dla ojca Rydzyka. To jest karykaturalne, prześmiewcze, satyryczne. Takie prowokacje ukazują pewne mechanizmy, choćby służalczości urzędników wobec władzy wyższego szczebla. Ale mimo tego typu udanych prób dziennikarskich – a na hasła „Ojciec Rydzyk” i „TV Trwam” było ich wiele – ludzie władzy niczego się nie nauczyli, dają się nabierać na kolejne prowokacje. Powinni mieć szczególną wrażliwość, postępować uczciwie, rzetelnie, w służbie państwu i społeczeństwu. Jeśli tak nie postępują, to niech chociaż nauczą się uważać na to co, gdzie, jak i komu mówią. W tym sensie prowokacje są nieskuteczne, nie korygują bowiem negatywnych mechanizmów.
Prowokacja dziennikarska powinna być używana oszczędniej, przy realizacji tematów bardziej ważkich społecznie?
Chociaż może jej użyć każdy, powinna być narzędziem pracy wyjątkowym, stosowanym tylko przez doświadczonych dziennikarzy. Tymczasem jest jej zdecydowanie za wiele, zaczyna trącić regionalizmem. Jeśli prowokacja nam spowszednieje, straci powagę. Przypomnijmy sobie, kiedy jej używano w sprawach ważkich: w dobie zagrożenia terroryzmem. Miała charakter kontrolny. Rząd zapewniał, że Polska jest bezpieczna, że procedury bezpieczeństwa działają. Wtedy prowokacje dziennikarzy obnażały to kłamstwo, bo okazywało się, że na płytę lotniska można się swobodnie dostać, w hali odlotów można bez problemu zostawić paczkę i nikt na nią nie reaguje, a do sieci wodociągów bez kłopoty można dosypać wąglika.
Które, z najgłośniejszych prowokacji ostatnich lat, były w Pani ocenie najbardziej udane i zasadne? Zatrudnienie się dziennikarki TVN w starachowickim Constarze, gdzie pleśń z kiełbasy wycierano olejem? Podszycie się przez dziennikarza pod 14-letnią Martę, aby zdemaskować pedofila? Czy nagranie w pokoju sejmowych posłanki Renaty Beger?
Prywatne firmy, jak Constar, który należy do Animeksu, a ten do amerykańskiego koncernu Smithfield Foods, coraz lepiej zdają sobie sprawę z kreowania wizerunku. Opisywana wielokrotnie przez media - z powodu wykorzystywania pracowników - „Biedronka” była w stanie znacznie poprawić swoją reputację . Widać z tego, że prywatne firmy uczą się szybciej, potrafią z prowokacji dziennikarskich wyciągać wnioski. Tymczasem urzędnicy sektora administracji państwowej lub samorządowej nie robią tego, choć piastują stanowiska od lat. Jeśli niespełna trzydziestoletni Paweł Miter był w stanie wyeliminować poważnego - wydawało by się – prezesa Sadu Okręgowego w Gdańsku, to coś nie gra. Urzędnicy nie uczą się na błędach innych.
Jakie są granice prowokacji dziennikarskiej?
Z prawniczego punktu widzenia wygląda to tak, że jeśli jakieś zachowanie dziennikarza da się powiązać z normą prawną, podlega karze, to dla mnie jest granica nieprzekraczalna. Jeżeli dziennikarz wie, że świadomie popełnia przestępstwo, to musi liczyć się z ryzykiem odpowiedzialności karnej lub cywilnej. Przepisy prawa nie blokują swobody dziennikarskiej w gromadzeniu materiału, ale taka prowokacja jest ryzykowna. Jeśli robią to dziennikarze mający świadomość prawną pod nadzorem redakcji, to mogą liczyć na umorzenie postępowania karnego przeciwko sobie. Sądy zwykle oceniają wtedy, że prowokacja nie jest społecznie szkodliwa, lecz wręcz odwrotnie: pożyteczna. Nawet, jeśli prokuratura przygotowała akt oskarżenia i wniosła go do sądu.
Ale czy dziennikarz może się posunąć do złamania prawa w interesie publicznym?
Nikomu nie zalecałabym świadomego łamania prawa, aby coś udowodnić. Ale widzę szansę obrony, jeśli dziennikarz udowodni, że jego czyn jest społecznie pożyteczny. Warto jednak, aby wcześniej zapoznał się z orzecznictwem sądów w ostatnich latach, aby wiedział, na co może liczyć, jak bardzo ryzykuje.
