Czy świętego Tytusa można pomylić z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz Tito?

Tak pomylił się w latach 50. cenzor z Katowic, kiedy częstochowska kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadło wspomnienie o sancti Titi, świętym Tytusie. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz Tito.

Przypomina to inną anegdotę: w 1946 roku urząd cenzury zażądał od częstochowskiego wydawcy  praw autorskich do tekstu św. Tomasza z Akwinu. Po II wojnie światowej „Niedziela” wracała na rynek dwukrotnie: w 1945 i 1981 roku.

W czasach stalinowskich była zniewolona. W każdym numerze cenzura zakładała jej kaganiec, przykręcała śrubę. W 1947 roku redaktor naczelny ks. Antoni Marchewka trafił na jedenaście miesięcy do więzienia. Aby wypełnić łamy po wyciętych artykułach redaktorzy publikowali materiały o ogrodnictwie. Do nich cenzorzy się nie czepiali. W 1953 r. cenzura zażądała opublikowania nekrologu po śmierci Józefa Stalina i zaraz po tym władze zakazały wydawania „Niedzieli” na 28 lat!

Po 1981 roku, od dnia wznowienia, „Niedziela” miała permanentne kłopoty z cenzurą.

Wydawaliśmy ją w Opolu i musieliśmy uzyskiwać zgodę tamtejszego urzędu cenzury, któremu szefował Eugeniusz Kaniok. Jeździliśmy do niego na zmianę z Lidią Dudkiewicz – ówczesną sekretarz redakcji, obecnie redaktor naczelną – i redaktorem Juliuszem Braunem, do niedawna prezesem Telewizji Polskiej, teraz zasiada w Radzie Mediów Narodowych. Potrzebne były dwa stemple: jeden na „szczotce”, próbnej odbitce drukarskiej, dający prawo druku, drugi – na opublikowanym egzemplarzu – był zgodą na rozpowszechnianie. Bez tego drugiego cały numer musiałby iść na przemiał.

Proszę o przykłady ingerencji.

Raz cenzor nakazał zastąpić „Moskali" „wojskami carskimi". Mówił, że „Moskale” godzą w konstytucyjny sojusz ze Związkiem Radzieckim. Innym razem, to było w stanie wojennym, ocenzurował nam Pismo Święte. Z reportażu Juliusza Brauna o grobach wielkanocnych wyciął cytat: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie". Ingerowano też w fotografie. Na jednej z nich stoczniowcy mieli na kieszeniach emblematy „Stoczni Gdańskiej”. Wedle cenzora fotografia naruszała zasadę laickiego charakteru państwa, gdyż „stocznia jest przedsiębiorstwem państwowym, więc jej robotnicy nie mogą brać udziału w procesji”. Zdjęcie było już opublikowane, więc musieliśmy w drukarni zdrapywać emblematy z kieszeni stoczniowców. W tygodniku pojawiły się w tych miejscach białe plamy. Kiedyś w chwili szczerości Eugeniusz Kaniok powiedział mi, że w Warszawie mu powiedziano, iż nie należę do łatwych rozmówców.

Pamięta ksiądz, jak ocenzurowano relację ze spotkania gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Janem Pawłem II?

Zakwestionowano zdanie, że Monika Jaruzelska dostała różaniec od papieża. Cenzor powiedział, że nie jest to potrzebne. Kłóciłem się z nim, pytając: „Wzięła ten różaniec czy nie? Jeśli wzięła, to dlaczego o tym nie napisać?”. Pilnowali drobnych faktów, każdego opisanego gestu. W sprawach większej wagi, jak spotkanie papieża z generałem, cenzor nie decydował arbitralnie, konsultował się z przełożonymi w Warszawie. Zaangażowani w to byli także urzędnicy ds. wyznań i wydziału propagandy KC PZPR. Oka sieci cenzury były zagęszczone. Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki wyczuwało się ogromne napięcie w relacjach opolskich cenzorów z ulicą Mysią. W publikacji o pogrzebie było kilkanaście, chyba trzynaście ingerencji.

W piśmie, jakie dostaliście po innym artykule o zabójstwie ks. Jerzego – „Brat zabija brata” – cenzor zarzuca wam, że postawiliście znak równości „między dramatycznym okresem rozbiorów Polski, a jej obecnym kształtem ustrojowym”. Ukazanie ks. Popiełuszki jako spadkobiercy duchowego tradycji narodu z okresu niewoli „poniża konstytucyjny ustrój PRL”.  Artykuł – wedle cenzora – „upowszechnia treści sugerujące sytuację zastraszenia społeczeństwa, co może wyzwalać niepokój społeczny, a tym samym zagrażać bezpieczeństwu państwa”.

Pisaliśmy prawdę. Takich artykułów, kwestionowanych przez cenzurę, były dziesiątki. Nie było numeru bez ingerencji. Nigdy nie mieliśmy pewności, że w kolejnym tygodniu „Niedziela” się ukaże. Jak spadały teksty, na ich miejsce proponowaliśmy kolejne. To nie było łatwe, bo w drukarni w Opolu przydzielono nam tylko mały stolik w zecerni. Wokół panował hałas maszyn, pracowały linotypy. Zakwestionowany druk zecerzy musieli sklejać na nowo. Czasami było to wycięte przez cenzora pół zdania.

Ksiądz uzbierał cztery pękate teczki dokumentujące ingerencje. Czytam kolejne wyjaśnienie cenzora, który w 1985 roku zdjął artykuł „Wezwanie Ojca Świętego do modlitwy za naród litewski”. „Treść zakwestionowanej publikacji w sposób nieuprawniony odnosi pojęcie ‘naród katolicki’ do całego narodu Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, w której według zasad Konstytucji ZSRR wyznawany światopogląd jest prywatną sprawą każdego obywatela. W ten sposób publikacja stanowi ingerencję w wewnętrzne sprawy ZSRR i przez to może narazić na szwank dobrosąsiedzkie stosunki sojusznicze Polski i ZSRR”. Uderzał ksiądz w sojusze!

No tak (śmiech). Cenzura miała szereg zapisów, których nie rozumieliśmy. Nie akceptowaliśmy ich, ale cenzorzy te zapisy stosowali.

Ale raz ksiądz zrobił cenzurę w konia!

Radziecka agencja prasowa TASS napisała o pielgrzymkach do Częstochowy takie brednie, że postanowiłem dosłownie ją zacytować. Cenzor mówi: „Tego nie puszczę”. No i ukazała się w „Niedzieli” biała plama z podaniem podstawy prawnej ingerencji cenzorskiej (śmiech) w depeszy agencji TASS. Innym razem, już za pieriestrojki Gorbaczowa, napisaliśmy o szpitalach psychiatrycznych dla radzieckiej opozycji. I to – o dziwo – poszło! Kaniok chyba nie zauważył. Następnym razem wręczył Juliuszowi Braunowi pismo do mnie. Twierdził tam, że jako redaktor naczelny oszukuję cenzurę, jestem nie w porządku i następnym razem wyciągnie wobec mnie konsekwencje. Epistoła była niezwykle dyscyplinująca.

I arogancka.

No tak, bo nazwał mnie kłamcą. Dlatego tak napisał, że dostał za mnie w Warszawie łomot. Wiedział, że cygani. Powiedział Braunowi: „Niech pan tego pisma księdzu nie pokazuje”. „Jakże mogę nie pokazywać? Przecież mój szef musi je znać” – odparł redaktor Braun.  Odpowiedziałem na to pismo cenzorowi, że kłamie. Ale nie wysłałem kopii do jego przełożonych. Wiedziałem, że się broni. Nie chciałem działać przeciwko niemu. Żal mi czasami było opolskich cenzorów, gdyż musieli wysłuchiwać obrzydliwych wyzwisk ze strony swoich szefów z ulicy Mysiej w Warszawie. Jechał taki dyrektor do stolicy, a tam dawali mu taką frycówkę, że trudno to sobie wyobrazić.

Żal cenzorów, oprawców słowa?

Ci ludzie nie byli tacy źli. Mieli świadomość, że wykonują brudną robotę. Podskórnie czuło się, że podzielają nasze stanowisko, ale służyli wiernie reżimowi kłamstwa. Po przegranych przez komunistów wyborach w 1989 roku wiedzieli, że ich czas się kończy. Że nowe władze ich urząd zlikwidują. Wyglądali, jak zbite psy. Byli biedni, niczym skazańcy przed egzekucją. Współczułem im. Szefowie drukarni byli jednak tak zdyscyplinowani, że nadal wymagali od nas pieczątek cenzury, choć wiedzieli, że cenzorzy już naszych tekstów nie czytają.

Cenzura była przewidywalna?

A skądże. Nieobliczalna! Gorsze były kobiety, eleganckie panie. Bałem się ich zwłaszcza po tym, jak zakwestionowały cytat z Pisma Świętego. To były trudne rozmowy.

Ksiądz wiedział, gdzie leży granica między dopuszczalnym a zakazanym?

Z góry wiedzieliśmy, że niektóre artykuły nie przejdą. O polskiej racji stanu, o tożsamości narodowej. Takie, które mogły naruszać sojusze. Pod szczególną kontrolą były wszelkie odniesienia do Związku Radzieckiego, do demoludów. Często dawaliśmy cenzorom na próbę teksty, pytając, co puściliby. Robiliśmy przymiarki. Prowadziliśmy nawet dość życzliwe rozmowy. Kiedy jednak cenzor uznawał, że nie może wydać zgody na druk, stawał niemal na baczność i mówił mi kategorycznie tak: „Jestem urzędnikiem państwowym. Tego nie mogę puścić”.

Doradzali, co czym zastąpić?

Poszukiwaliśmy wyjścia z sytuacji. Nie były to rozmowy z siekierą w dłoni. Nie traktowaliśmy ich jak wrogów. Był to czas, w którym powoli rodziła się „Solidarność”. Ale ostatecznie i tak cenzorzy robili swoje. Polecenia z urzędu realizowali posłusznie.

Nie wchodził ksiądz z nimi w bliższe relacje?

Nie. Uważałem, że nie ma sensu się z nimi bratać. Była to instytucja wroga wobec prawdy. Nie miałem w tym żadnej wątpliwości. Nigdy nie zgodziłem się też, aby nie opublikować zaznaczenia ingerencji cenzury.

Gazeta wychodziła poszatkowana białymi plamami. Trudna do odczytania

Ludzie to rozumieli. Raz znany i poważany autor – nie wymienię nazwiska, już nie żyje – napisał lichy tekst. Zaznaczyliśmy ingerencje, ale pomyślałem: „Dobrze, że one są, bo czytelnicy pomyślą, że artykuł był dużo lepszy” (śmiech).

Czym dla księdza była cenzura? Kneblem na wolne słowo?

Cenzura była instytucją, która miała przeszkodzić w przekazywaniu prawdy. Faktycznie była więc służbą kłamstwu. Kłamstwo może służyć różnym celom, m.in. umocnieniu władzy, ideologiom, które mają przełożenie na pieniądze, na kapitał, na promocję instytucji często wątpliwej wartości. Może też służyć działaniom niemoralnym. Cenzura wiązała się z wielką manipulacją, była istotnym elementem funkcjonowania systemów politycznych, gospodarczych, ekonomicznych i in. Sprzyjała ogólnemu zakłamaniu. Łączyła się z podłością i niegodziwością i w swej filozofii służyła szatanowi. Doświadczenia działania tego imperium kłamstwa, które służyło władzy ludzi nikczemnych, zaprzedanych obłudzie i fałszowi.

Ale chyba nie wszyscy byli tacy sami?

Oczywiście, mieliśmy do czynienia z ludźmi o różnym stopniu moralności – byli i tacy, którzy w sposób absolutny służyli kłamstwu, i było im wszystko jedno: powiedzieć „tak” lub „nie”.

Ludzie–mechanizmy, tryby w systemie przemocy?

Ukazywały się sylwetki ludzi o różnej formie zaangażowania w to królestwo kłamstwa. Zdarzali się tacy, którzy mówili, iż mają świadomość, że ich działania nie służą dobrym celom.

Cenzorzy ściśle współpracowali z aparatem partii, ale czy także – wedle obserwacji księdza – ze Służbą Bezpieczeństwa?

Zauważało się pewną koniunkcję między urzędnikami cenzury a Służbą Bezpieczeństwa. Na przykład po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki cenzorzy absolutnie nie działali sami, cały czas konsultowali się z SB i z Urzędem ds. Wyznań. Z pewnością w takich rozmowach i uzgodnieniach uczestniczyli też przedstawiciele PZPR, a nawet KPZR, wydając konkretne dyspozycje. Cenzura miała wsparcie w nikczemnych i perfidnych siłach SB oraz w całym aparacie partyjnym, którego siedziba główna znajdowała się na Kremlu. Wszystko było zorganizowane w sposób precyzyjny i doskonały. W języku politycznym można było to nazwać ministerstwem kłamstwa.

Nie ma Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, ale cenzura nie przeminęła…

To problem ciągle aktualny. W czasach komunistycznych mieliśmy do czynienia z cenzurą stosowaną w sposób oficjalny. Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk był strażnikiem, który realizował politykę PRL-u. Ale i w czasach wolności cenzura może się mieć bardzo dobrze. Nie ma już urzędów cenzury, ale wciąż mogą padać – i padają – różnego rodzaju dyrektywy, które w sposób drobiazgowy realizują różne instytucje. Mieliśmy przykład działań kanclerz Niemiec Angeli Merkel, która dawała wytyczne co do informacji o napaści islamistów na kobiety w Kolonii. Cenzura jest więc możliwa w każdym kraju i w każdej rzeczywistości.

Narzuca to szczególne obowiązki na dziennikarzy.

Dziennikarz musi być człowiekiem prawdy, musi mieć bardzo dobrą formację wewnętrzną. Nie może ulegać zakłamaniu, a cóż dopiero posługiwać się korupcją czy manipulacją. Oczywiście, jego praca jest poddawana różnego rodzaju naciskom i premiowaniu. Dostaje wskazówkę: Masz coś napisać, ale w takim tonie, by doprowadzić do takiej czy innej świadomości społecznej. Wielu temu ulega i stąd powszechna opinia, że media kłamią. Kłamstwo zaś rzutuje na życie społeczne i nawet, gdy wydaje się niegroźne, jest manipulacją realnej rzeczywistości i służy promocji pozoru.

Reasumując: cenzura jest w naturalnej opozycji do istoty człowieka?

Pan Bóg wymyślił człowieka, jako istotę wolną i rozumną. Cenzurowanie jest uderzeniem w istotę człowieka. Ograniczenie lub zniszczenie wolności jednego człowieka przekłada się na życie społeczne. Człowiek pozbawiony ręki lub nogi ma ograniczoną wolność. Trudno z tym żyć. Tak samo jest z ograniczeniem wolności pisania, mówienia czy pokazywania obrazu. Cenzura jest wielką nieprawością. Zwłaszcza, gdy w dyktaturach komunistycznych funkcjonowała jako system. Przed laty, w peerelu, kiedy byłem duszpasterzem akademickim, zaprosiłem do Częstochowy Stefana Kisielewskiego. Na spotkaniu zapytano go o jakość dziennikarstwa i literatury. Powiedział, że pies trzymany pod szafą zawsze pozostanie jamnikiem. I tak jest ze słowem blokowanym przez cenzurę.

Fragment książki o cenzurze, którą autor przygotowuje do druku.  © Wszelkie prawa zastrzeżone.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl