Szamotał się Pan w peerelu, jak ptak uwięziony w klatce?
Nie. Chyba dlatego, że mam przekorną duszę i czasy peerelu mnie bawiły. Potrafiłem spoglądać na nie spoza siebie. Nie traktowałem się zresztą na serio.
No tak. Na początku lat siedemdziesiątych nosił Pan długie włosy, był hipisem i marzył o wolności.
Owszem. Ale wiedziałem też dokładnie, w jakim kraju żyję, co się w nim dzieje. Wydawało mi się, że wiem, jak do tego podejść.
Władza komunistyczna najczęściej pytała obywateli: „Przeciwko czemu”, „Kto za wami stoi”.
No właśnie. Raz, jak mnie zatrzymał milicjant, zapytał: „Przeciwko komu kontestuje pan włosami?”.
W „Lekcji fruwania”, animowanym filmie, Pana pracy dyplomowej na ASP, nie czuje się Pana wewnętrznych ograniczeń, autocenzury.
Nie, ale pewnie nie widział Pan wersji oryginalnej.
Obejrzałem na dyskietce dołączonej do Pana książki „Gdy rozum śpi …”, z rysunkami zatrzymanymi przez cenzurę w latach 1970–1989. To chyba oryginalna wersja, bo wydał ją IPN.
Niedawno odkryłem, że ten film jest ocenzurowany (śmiech).
Niemożliwe?!
Brakuje końca.
W filmie pełen energii życiowej ptak zostaje schwytany. W klatce szamocze się, walczy, aż stopniowo staje się osowiały, bierny. Wypuszczony na wolność nie potrafi z niej korzystać. Co z tego filmu wycięto w wersji dołączonej do książki IPN?
Wycięli kilkadziesiąt klatek. W oryginalnej wersji ten ptak zamienia się w myszkę i sam zamyka się w klatce. Tego nie ma.
Cenzura dostrzegła w „Lekcji fruwania” metaforę peerelu?
Zrealizowałem ten obraz w Studiu Miniatur Filmowych w Warszawie. Przeszedł normalną kolaudację, cenzura go zaakceptowała i można go było wszędzie pokazywać. Mój profesor – Józef Mroszczak, szef Katedry Grafiki Użytkowej – urządził specjalny pokaz tego filmu na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po projekcji wstał Marian Rojewski, „docent marcowy”, i orzekł, że to jest antypolski film (śmiech). Rozpętał aferę.
Rojewski był starym komunistą, jeszcze z PPR. Był robotnikiem, zaraz po wojnie pracował w Milicji Obywatelskiej, na warszawskiej ASP był pierwszym sekretarzem POP PZPR, doszedł do profesury i został prorektorem.
Nie przejmowałem się o siebie, tylko o mojego profesora, bo uważam, że to był atak na niego.
Jak Rojewski powiedział, że „Lekcja fruwania” jest antypolska, to wszyscy wybuchnęli śmiechem czy struchleli?
Struchleli. Ale nie byłem na tym pokazie, zamkniętym wyłącznie dla pedgagogów. Nie wiem, czy Marian Rojewski zadzwonił do Wydziału Propagandy KC PZPR czy bezpośrednio do urzędu cenzury, ale projekcje filmu nagle zawieszono. Wszyscy, którzy brali udział przy realizacji tego filmu mieli kłopoty.
Jak Pan zareagował na aresztowanie przez cenzurę „Lekcji fruwania”: bólami somatycznymi czy poszedł się Pan upić?
Śmieszyło mnie to. Miałem dwadzieścia kilka lat, pracowałem już dla „Szpilek”, gdzie co rusz zdejmowano moje rysunki, więc byłem do tego przyzwyczajony. Mimo wszystko czułem się zawiedzony, bo miałem nadzieję, że film trafi do kin – wtedy przed projekcjami fabuł pokazywano filmy animowane.
Chciał Pan szpanować dziewczynom czy realizować ambicje?
Miałem już wtedy żonę, której nie musiałem szpanować (śmiech). Byłem ambitny.
Kiedy z żartownisia, obśmiewającego ludzkie przywary, obracającego się wokół czystego nonsensu, przeobraził się Pan w obserwatora losów Polaków, jako zbiorowości? Po 1971 roku w „Szpilkach”?
To był proces. Do tego dochodzi się stopniowo. Wiodłem wesołkowate życie wolnego człowieka w zniewolonym kraju (śmiech). W 1974 roku zatelefonował do mnie Maciej Wierzyński, zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Kultura”. Spytał, czy chciałbym dla nich rysować. Zaproponował felieton na ostatniej stronie.
To było bardzo prestiżowe miejsce, niczym rysunki Szymona Kobylińskiego na pierwszej stronie „Polityki”, obok winiety.
Byłem zaskoczony i przerażony, bo dla „Szpilek” rysowałem, co mi przyszło do głowy. Po raz pierwszy pomyślałem, że muszę do tego podejść inaczej.
Wtedy stworzył Pan „Peereland”? Prof. Andrzej Paczkowski opisał go tak: „kraj zaludniony facetami o skrofulicznych gębach, przysadzistych zadach, z rozczapierzonymi paluchami, ubranych w przyduże paltoty, noszących kapelusze, bereciki z antenką lub służbowe czapy opadające na oczy (wytrzeszczone)”.
(Śmiech). Do tej pory – a zbliżam się już do siedemdziesiątki – jak dostaję propozycję pracy z nowego, nieznanego miejsca, zmieniam automatycznie styl rysowania. I mam takie lęki, czy przypadkiem po pierwszym rysunku mnie nie wyrzucą (śmiech). Tak też pomyślałem po telefonie Wierzyńskiego. Nie wyrzucili i do tej pory cenię sobie tę współpracę, chociaż nieraz mi zarzucano, że współpracowałem z komunistycznym reżimem. A niewykluczone, że w czasach Gierka byłem najbardziej cenzurowanym rysownikiem. Zdejmowano mi plakaty filmowe, a nawet ilustracje do książek dla dzieci, dopatrując się różnych kontekstów. To była dla mnie dobra szkoła charakteru. Z sympatią wspominam ludzi, którzy przeze mnie mogli mieć problemy. Ja byłem poza układami, niczym Kubuś Fatalista Diderota. Świeży, niewinny. Nie pogodzony ze złem na świecie. Przekonany, że dobro i sprawiedliwość zwyciężą. Byłem bardzo naiwny. Ale nigdy też niczym się nie splamiłem. Niczego złego nie zrobiłem.
Ale dlaczego peerelowskich dygnitarzy i dziennikarzy rysował Pan pokręconych, ze zdeformowanymi twarzami, przysadzistymi zadami i rozczapierzonymi paluchami?
Bo tak wyglądali: czerstwi, pijani, kartoflani.
I byli sprzedajni? Narysował Pan ich w szkolnych ławach, jak siedzą w garniturach przy maszynach do pisania. Rywalizują. Wywalone języki, zafrasowane miny, jakby chcieli prześcignąć myśli nauczyciela. I napis: „O tytuł zasłużonej kurtyzany dziennikarstwa".
Nie wszyscy, ale w większości tacy byli.
Nie widział Pan na zebraniach partyjnych mądrych, pięknych kobiet i przystojnych facetów?
Nigdy nie byłem na zebraniach partyjnych (śmiech). Jeździłem kolejką podmiejską z Falenicy do Warszawy Powiśla i obserwowałem ludzi. Widziałem też ich na stronach gazet oraz w telewizji.
Byli – jak zauważa prof. Andrzej Paczkowski – wewnętrznie skażeni rozkoszą płynącą ze sprawowania władzy? Tym, że mogą zakazać, pobić, zdominować?
Dzisiaj wiem, że tak nie było. Wtedy tak mi się wydawało. Wszyscy, z którymi w tamtym czasie się spotykałem, byli dwoiści. Dlatego – tak sobie tłumaczę – drukowano moje rysunki. Przechodziły nawet takie, które zawierały podteksty polityczne. Redaktorzy, którzy kierowali je do druku, a zwykle byli w PZPR, mieli z tego uciechę, choć potem odbierali bury od swoich partyjnych przełożonych. Hierarchia władzy przypominała tę z czasów faraonów. Myślę jednak, że traktowano mnie, jak tego Prostaczka z powieści Voltaire’a, dlatego dopuszczano mnie do systemu indokrynacji Polaków. Nigdy nie byłem w koteriach.
Ciągle natomiast zmieniałem styl, czasami kogoś naśladowałem, ale starałem się, aby w kulturze peerelu nie były to tylko „śmichy, chichy”. Za każdym razem było to jednak brzydkie! Jak to dzisiaj oglądam, zastanawiam się, jak to się stało, że chcieli to wydrukować.
Wpisywał się Pan w stylistykę alegorii, dzięki której twórcy starali się omijać cenzurę. Obrazował Pan komunistów, jak zwierzęta: odrażające, głupawe, niekształtne. Jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella, którego wydanie podziemne Pan zilustrował.
No tak. Jak powstały wydawnictwa podziemne przyszedł do mnie do domu kolega, Tadeusz Walendowski, redaktor „Pulsu”. Zaproponował zilustrowanie „Folwarku zwierzęcego”. Powiedział, że mogę zmienić styl, jak Andrzej Czeczot (który też dla nich rysował), żeby mnie nie rozpoznano. Nic nie zmieniłem. Narysowałem te same świnie, co w warszawskiej „Kulturze”. Jeszcze książka Orwella się nie ukazała, kiedy wezwał mnie do gabinetu redaktor naczelny „Kultury”, Dominik Horodyński. Ostatni przedstawiciel szlacheckiego rodu, typowy dla PRL „człowiek rozdwojony”. Krzyczał, że mi tego zakazuje i miał pretensje, co ja „jemu zrobiłem”. Nie sobie, tylko jemu (śmiech). Bo musiał się tłumaczyć w KC PZPR, że ma w redakcji takiego rysownika. Wreszcie powiedział, że nie może mnie więcej drukować i wyrzucił z gazety. Po rozmowie zszedłem na parter do kawiarni „Czytelnika”, gdzie zwykle czekała na mnie żona. Spotkałem prezesa „Czytelnika” Stanisława Bębenka. Już wiedział, że mnie wyrzucili i spytał, czy nie chciałbym wydrukować u niego książki z ilustracjami dla dzieci.
Wydał Panu książeczkę „Zwierzęta pana Krauzego”. Na okładce znowu była świnia.
No tak, były tam świnie.
Często rysował Pan też niedźwiedzie. Miały się kojarzyć ze Związkiem Sowieckim?
Od początku w satyrze europejskiej na przedstawienie poszczególnych krajów używano zwierząt. Kogut kojarzył się z Francją, a niedźwiedź z Rosją.
Epatował Pan brzydotą. Na jednym z rysunków dzika świnia mówi: „Śmierdzę, więc jestem”, na innym dwie świnie taplają się w błocie: „Nic, tylko perły i perły, ale żeby tak ktoś o czymś do żarcia pomyślał …”. Aleksander Małachowski, publikujący felietony na tej samej stronie „Kultury” zarzucił Pańskim rysunkom brzydotę i bezczelność.
Bardzo mi pochlebiało, jak z pianą na ustach pisał, że moje obrzydliwe rysunki zabierają miejsce jego mądrym, pięknym felietonom. Czułem się zaszczycony. Jeszcze bardziej zależało mi na tym, aby moje rysunki były wstrętne, bo to był mój styl. Nikt wtedy tak brzydko nie rysował.
A pamięta Pan reakcję Janusza Przymanowskiego na rysunek wykpiwający musical „Czterej pancerni i pies”?
No tak. Pisał o mnie, że nazywam się nie Krauze, tylko „Krausse”. Sugerował, że jestem Niemcem. Zawracanie głowy.
Z „Czarnej księgi cenzury PRL” Tomasza Strzyżewskiego wynika, że w 1975 roku – od 16 do 30 września – nie dopuszczono Panu do druku w jednym numerze dwutygodnika „Student” siedmiu rysunków satyrycznych. Wcześniej nie opublikowano ich w „Kulturze”. Próbował Pan przechytrzyć cenzurę?
Wtedy nie nadążałem już z rysowaniem. Ponadto w PRL bardzo utrudniona była komunikacja. Nie było Internetu ani telefonów komórkowych. Telefonu stacjonarnego, na który trzeba było czekać kilkanaście lat, nigdy nie miałem. Nie udzielałem się towarzysko. To nie było tak, że chciałem przechytrzyć cenzurę. „Student” chciał o mnie opublikować artykuł i zamówił serię rysunków. Dałem, co miałem, a miałem to, co cenzura odrzuciła. Wtedy zdejmowano mi co drugi rysunek, a wokół tych publikowanych stale wybuchały awantury. Albo przykrości miał redaktor, któremu zarzucano, że stracił czujność, albo interpretowano je jako wrogie wobec systemu. „Kultura” miała już takie kłopoty z publikacjami mojej kreski, że wysłano mnie do siedziby cenzury przy Mysiej. Dyżurny cenzor chciał ze mną porozmawiać.
Poszło o zdjętą w 1977 roku „Szóstkę ze sternikiem”? Sześć owieczek wiosłuje na łódce, a wilk je pogania przez tubę. Wilk skojarzył się cenzorom z Breżniewem?
Cenzor powiedział, że wszystkie wilki, które rysuję – a przypominały bardziej świnie, aniżeli wilki – podobne są do Breżniewa. „Panu się tak wydaje” – odparłem. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że owieczki są pierwszymi sekretarzami krajów demokracji ludowej, a wilk Breżniewem (śmiech). Usiłował mi wytłumaczyć, jakie popełniam błędy. Potem byłem w tym urzędzie jeszcze kilka razy, kiedy zdejmowano mi plakaty filmowe, na przykład do filmu mojego brata Atoniego. Znowu próbowano mnie edukować, tłumaczyć. Najbardziej zaskakiwało mnie, że cenzorzy byli w moim wieku, czasami kilka lat starsi.
Jak Pan ich odbierał? Jako bezwzględnych, chciwych celników biblijnych, zbierających podatki dla Cesarstwa Rzymskiego?
Raczej jako karierowiczów, dla których praca w urzędzie cenzury jest tylko szczeblem w karierze. Nie wyobrażam sobie, żeby chcieli przez całe życie siedzieć za biurkiem i cenzurować rysunki czy strony gazet.
Byli i tacy, którzy chcieli. Poświęcił Pan cenzorom kilka rysunków. Na jednym myszka kreślarska ostrzega ołówek: „Nie męcz się, i tak cię zetrę!”. Na innym: „Panie Cenzor, kreśl pan!” – mówi facet ze stosem gazet do przygrabionego urzędnika. Albo: uśmiechnięty facet z wykrzywioną gębą skreśla na szczotce gazety: „Był problem, nie ma problema!”.
Wielokrotnie to słyszałem, że „nie ma problema”. Niektórzy ludzie aparatu partyjnego tak mówili. Wiadomo było, z jakiego wschodniego języka to pochodzi. Świetnie wykorzystywał to w satyrycznych audycjach radiowych Jacek Fedorowicz.
Za Gierka było Panu najgorzej?
Nie wiem, czy najgorzej. Zacząłem za Gierka, a mój ostatni rysunek miał się ukazać w tygodniku „Kultura” za Jaruzelskiego z datą 13 grudnia 1981 roku. Już nie wyszedł. Rzeczywiście w PRL, aby dotknąć wielu tematów, trzeba było uzyć języka ezopowego. Stąd zwierzęta. Gdyby te dialogi wypowiadali ludzie, nic by nie przeszło. Od dzieciństwa lubiłem bajki. Do dzisiaj uważam, że wykorzystując zwierzęta z bajek można coś prawdziwego o ludziach powiedzieć. Często wykorzystuję też mitologię.
W 1979 roku wyemigrował Pan do Francji, potem do Londynu. Odzyskał Pan wolność twórczą?
Zawsze miałem wolność twórczą. Rysowałem dla siebie. Wszystkie rysunki pokazywałem w redakcjach. Także te, o których wiedziałem, że się nie ukażą.
Ale na emigracji poszedł Pan na całość. Breżniew był już podobny do siebie, nie do wilka. Przykłady. Polscy żołnierze krzyżują „Solidarność”, niczym Chrystusa, a Breżniew na kolanach trzyma skrzynkę z gwoździami. Albo: Breżniew obejmuje Jaruzelskiego i pyta: „A może deportować całe 35 milionów!”. Dziennikarz DTV całuje w dłoń zomowca, drugi na kolanach filmuje. Napis: „Całując spracowana dłoń Zomowca”.
A tak, to prawda, musiałem się przestawić. Na zachodzie zawsze była niesamowita konkurencja. Do dzisiaj się dziwię, jak udało mi się związać z „Guardianem” (gdzie jestem najstarszym współpracownikiem), drukować w „The Times”, „The Sunday Telegraph” czy „Observerze”. Rysunki aluzyjne we Francji czy w Londynie z trudem przechodziły. Pomogły mi wydarzenia w Polsce, którymi wtedy interesował się świat: powstanie „Solidarności” i stan wojenny. Ale i tak nie wszystko mi drukowano. Na kilka miesięcy przed stanem wojennym czułem, że coś się musi wydarzyć. Do „Timesa”, z którym wtedy współpracowałem, dałem rysunek Gierka: lekarze radzieccy zabierali go do szpitala. W „Timesie” uważali, że przesadzam. Następnego dnia redaktor przeprosił mnie, że nie wzięli, bo dotarła do nich wiadomość, że Gierka usunięto z partii.
Trafna metafora.
(Śmiech). Ale czy to była cenzura? Chyba nie. W Anglii zawsze mówią wprost w przeciwieństwie do Polski. W PRL, jeśli redaktorzy mieli do mojego rysunku jakieś zastrzeżenia, nie chcieli mi o tym mówić, aby nie wyszło, że myślą inaczej.
Zwłaszcza, że wielokrotnie ilustrował Pan dziennikarzy i pisarzy. W 1978 roku cenzura zdjęła Panu rysunek faceta w krawacie piszącego na maszynie. Na uszach ma zatyczki, oczy zasłonięte, usta zaklejone plastrem. W „Kulturze” pracował Pan z Ryszardem Kapuścińskim. Też miał zatyczki na uszach?
Prywatnie nie miał. Jako młody rysownik kilkakrotnie rozmawiałem i piłem kawę z wielkim Ryszardem Kapuścińskim. Zawsze był dla mnie dobry. Nawet po latach, kiedy przypadkowo spotkałem go w Londynie, pomógł mi nawiązać kontakt z Jonathanem Millerem, znanym reżyserem angielskim, który w The Royal Court Theatre wystawiał „Cesarza”, a mnie zatrudnił jako głównego plakacistę.
W „Guardianie” jest cenzura?
Oczywiście jest, ale nie taka, o jakiej rozmawialiśmy do tej pory.
Nazwałbym to autocenzurą gazety, wynikającą z okropnie duszącej cały świat politycznej poprawności. Myślę, że również zaczyna się to rozprzestrzeniać w Polsce. Pracuję dla „Guardiana” od 1989 roku i zdaję sobie sprawę, że to, co drukowałem u nich w ich najlepszym okresie – czyli w latach 90-tych – obecni redaktorzy by nie wydrukowali.
Fragment książki o cenzurze, którą autor przygotowuje do druku. © Wszelkie prawa zastrzeżone.
