BŁAŻEJ TORAŃSKI: Zanim Aleksander Kwaśniewski trafił na salony generał Wojciech Jaruzelski nazywał go „redaktorkiem”. Czy innych dziennikarzy traktował z równą pogardą?
PIOTR GAJDZIŃSKI: Dla Wojciecha Jaruzelskiego dziennikarze byli tylko żołnierzami frontu ideologicznego, propagandystami. Nie liczył się z nimi. Czytał wiele gazet, oglądał telewizję, ale jeszcze z wojska, z lat 60. - kiedy kierował Głównym Zarządem Politycznym Ludowego Wojska Polskiego - przyzwyczajony był do tego, że dziennikarze milcząco i z aprobatą odbierali jego polecenia.
Ale nie wszystkich traktował tak samo. Mówiła mi Teresa Torańska, że odnosił się do niej z estymą, z wysoką kulturą.
W przeciwieństwie do większości generałów ludowej armii nie był zupakiem! Wobec niektórych dziennikarzy wykazywał dużą kulturę, był ujmujący w kontaktach z ludźmi kultury, współpracownikami z Biura Politycznego lub rządu. Źle nie traktował nawet swoich podwładnych. Syn jednego z jego adiutantów – jeszcze w Szczecinie – opowiadał mi, że jego ojciec miał Jaruzelskiego za człowieka o wysokiej kulturze osobistej. Bez wątpienia takim był. Instrumentalnie natomiast traktował zawód dziennikarza.
Dziennikarzy jednak selekcjonował. Większość traktował jak mięso armatnie na polu bitewnym, ale w indywidualnych przypadkach wznosił się na wyżyny kultury?
Tak było, jeśli dziennikarze byli mu potrzebni do realizacji celów.
Wydaje się, że najlepsze relacje miał z Mieczysławem F. Rakowskim, wieloletnim redaktorem naczelnym „Polityki”. Czy byli inni, z którymi się fraternizował?
Miał z tym kłopoty. Nie fraternizował się nawet ze swymi najbliższymi współpracownikami, mam wrażenie, że nie bardzo fraternizował się nawet z własną żoną, czy mówiąc szczerze – rodziną. Jaruzelski był człowiekiem bardzo sztywnym, z reguły oschłym. Owszem, w latach sześćdziesiątych bywał na przyjęciach na przykład organizowanych przez Mieczysława Moczara, ale czuł się tam obco. Trochę podobnie było podczas licznych polowań organizowanych dla sowieckich generałów. Jedną z przyczyn było z pewnością to, że nie lubił alkoholu.
Jeśli chodzi o dziennikarzy, miał wyjątkowe stosunki z byłymi żurnalistami, którzy przeszli na drugą stronę barykady i zaczęli pracować w tzw. aparacie. Przykładami Mieczysław Rakowski i Jerzy Urban. Ale jeśli chodzi o Rakowskiego, to w Moskwie mówił o nim, że jest poputczikiem, chwilowym sprzymierzeńcem, innym razem, że jest świnią.
Bał się Rakowskiego? Tak twierdzi były szef ochrony Jaruzelskiego, jako ministra obrony narodowej, premiera i pierwszego sekretarza wspominał: „Jaruzelski bał się Rakowskiego. Może przypuszczał, że polityk zacznie montować własną frakcję. Czasami odnosiłem wrażenie, że nasz zespół został powołany głównie do pilnowania Rakowskiego”.
Były redaktor naczelny „Polityki” był niewygodny, uchodził za socjaldemokratę i miał w Moskwie złe notowania. Nigdy jednak nie stanowił dla Jaruzelskiego zagrożenia. Nie był w stanie go zastąpić, bo Jaruzelskiego mógł na najwyższych piętrach władzy zastąpić tylko ktoś, kto miałby większe od niego poparcie na Kremlu. A takiego człowieka w Polsce lat osiemdziesiątych nie było.
Piszesz o tym, że Jaruzelski Jerzemu Urbanowi szukał mieszkania po rozwodzie, Adamowi Michnikowi załatwił telewizor kolorowy do więziennej celi, Rakowskiego ochrzanił za zbyt ekstrawagancki krawat założony przez niego na spotkanie z Janem Pawłem II. Generał był małostkowy?
Michnikowi kolorowy telewizor do więziennej celi nie tyle Jaruzelski załatwił, co na ten temat dywagowano na posiedzeniu Biura Politycznego, najważniejszego gremium kierowniczego Peerelu. Jaruzelski był małostkowy, ale równocześnie był perfekcjonistą. We wszystkim dbał o szczegóły, za to uciekały mu sprawy najważniejsze. Stan wojenny jest tego najlepszym przykładem – zadbano, aby dobrze działała najmniejsza nawet śrubka w czołgowej gąsienicy, ale wprowadzając stan wojenny Jaruzelski nie miał żadnego planu politycznego, nie wiedział nawet, co zrobić z „Solidarnością”. Zbyt kolorowy krawat na oficjalne spotkanie z papieżem nie był jego zdaniem stosowny. Gdy się czyta biografie dyktatorów widać, że zajmują się marginaliami. Jaruzelski niczym się od nich nie różnił. Kiedy sprawował władzę dyktatorską kraj się walił, a on wypytywał swoich generałów, czy aby samochody nie zatruwają za bardzo powietrza, interesował się pracą dozorców. Albo pochylał się nad sprawą żony jednego z wiceministrów, która była kleptomanką i skradła w sklepie bransoletkę. Kiedyś, za sprawą Jaruzelskiego, Biuro Polityczne przez kilka godzin zastanawiało się co zrobić z karą nałożoną przez władze amerykańskie na polski statek, w lodówce którego znaleziono homara. Jaruzelski często koncentrował się na szczegółach. To było bezsensowne i pokazuje, że on tego wszystkiego nie ogarniał. Równocześnie nie da się o Jaruzelskim powiedzieć, że był jakimś tumanem. Moim zdaniem był najinteligentniejszym, jeśli nie liczyć krótkiego kierowania partią przez Rakowskiego, pierwszym sekretarzem KC PZPR.
Miał też największą z nich władzę. Urban, zanim pojawił się po raz pierwszy na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR jako rzecznik rządu myślał, że to „areopag bogów, tajemna władza najwyższa”, a okazało się, że to „klub dyskusyjny, ciągnie się godzinami, nudne jak nieszczęście”. Zawsze jednak te wielogodzinne posiedzenia Wojciech Jaruzelski przerywał na „Dziennik Telewizyjny”, symbol peerelowskiej propagandy. On wierzył w tę nowomowę?
To jest zadziwiające, ale wierzył! O 19.30 zaczynała się najważniejsza dla niego część dnia. Każdy swój dzień ustawiał tak, żeby ten „Dziennik” obejrzeć. To samo zresztą robił Leonid Breżniew, który zawsze oglądał najważniejszy dziennik radzieckiego imperium – „Wriemia”. Jaruzelski kształtował swój obraz Polski poprzez oglądanie „Dziennika Telewizyjnego”, czytanie raportów Służby Bezpieczeństwa, kontrwywiadu wojskowego i podsłuchów wielu ludzi ważnych, znacznie więcej mniej ważnych, albo – z tego punktu widzenia – zupełnie nieważnych, choćby aktorów. Choć był najlepiej poinformowanym człowiekiem w dziejach Peerelu, to tak naprawdę nie wiedział, co się w Polsce dzieje. Ale nie dziwota, bo od najmłodszych lat pracował w aparacie partyjnym i wojsku. Żył w innym świecie. Pewnego dnia żona Jaruzelskiego, Barbara, kupiła w specjalnym sklepie za „żółtymi firankami” szefowi jego ochrony kaszę, towar wtedy deficytowy. Jaruzelski tłumaczył sobie to tak, że kaszy nie ma, bo ludzie ją wykupują. Nie miał pojęcia, że w normalnych sklepach tej kaszy nigdy nie było. To tylko jeden z przykładów pokazujących, jak bardzo Jaruzelski był oderwany od rzeczywistości.
Szokujące. Majstersztyk propagandy, jakim był „Dziennik Telewizyjny”, odbierał literalnie? Świat pojmował magicznie?
Nie sądzę, aby „Dziennik Telewizyjny” można było nazwać majstersztykiem. To była bardzo toporna agitka. Ale w jego odbiorze, w odbiorze całej komunistycznej propagandy, Jaruzelski niczym się na tle innych pierwszych sekretarzy PZPR nie wyróżniał. Fascynujące jest co innego: ulegał propagandzie, którą współtworzył! Wierzył jej. Tak samo było z Edwardem Gierkiem. Ludzie zwykle nie lubią złych informacji, a dyktatorzy nie lubią ich tym bardziej. Wolą patrzeć na świat przez różowe okulary. Mieczysław Rakowski wspomina w pamiętnikach, że w połowie lat osiemdziesiątych Jaruzelski, który był nieprzytomnie pracowitym człowiekiem, zachorował i kilka dni spędził w łóżku. Wtedy czytał różne gazety, nie tylko – jak codziennie – „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności”, ale i „Politykę”, i „Tygodnik Powszechny”. Oczy mu się otworzyły. Zrozumiał, że Polska odbiega od jego wyobrażeń wyniesionych z jednego źródła informacji – „Dziennika Telewizyjnego”. Przeżył szok! Ale wniosków nie wyciągnął.
Jaruzelski był „wierzącym komunistą”. Może ostatnim, który rzeczywiście w komunizm wierzył. I wierzył, że on jest dobry, tylko źle wykonywany, że będzie dobry, gdy on, pracowity i perfekcyjny, trochę go poprawi.
Rzeczywiście – jak piszesz w swojej książce – „Dziennik Telewizyjny” oglądał z „masochistycznym oddaniem”. Czy jednak interweniował osobiście w redagowanie mediów? Podajesz przykład, jak w kwietniu 1984 roku wkurzyło go, że „Polityka” wyśmiała słynną powieść Zbigniewa Nienackiego „Raz w roku w Skiroławkach”. Nienacki poskarżył się Jaruzelskiemu, a ten interweniował u Mieczysława Rakowskiego, byłego już szefa „Polityki”. Dzwonił do redaktorów naczelnych? Wtrącał się w treści?
Osobiście nie, przez podwładnych – jak najbardziej. Dosyć często reagował jednak na publikacje w mediach, najczęściej w telewizji. Raz nie spodobała mu się telewizyjna inscenizacja „Nieboskiej komedii”. Ministrowi kultury, Kazimierzowi Żygulskiemu, nakazał wstrzymać inscenizację „Cyda” w Teatrze „Ateneum”, gdyż główną rolę grał tam Daniel Olbrychski. Olbrychski występował wtedy w kościołach i bojkotował wraz z innymi aktorami telewizję, a Jaruzelskiego ten protest niesłychanie denerwował. Z tego samego powodu nie chciał wypuścić z Polski Zbigniewa Zapasiewicza na stypendium do Wielkiej Brytanii. Niesłychanie często pochylał się nad takimi drobiazgami. Bojkot nie dotyczył rzecz jasna dziennikarzy, którzy – jeśli mieli odmienne poglądy – w stanie wojennym zostali wyrzuceni z pracy.
Albo internowani. Czy masochistyczne oglądanie przez Jaruzelskiego „Dziennika Telewizyjnego” przekładało się także na wiarę w bzdury, jakie wypisywały ówczesne gadzinówki: „Trybuna Ludu” i „Żołnierz Wolności”? Ten ostatni nazywał „Solidarność” „syjonistyczną mafią”, a krewnych działaczy związkowych „żołnierzami Wehrmachtu”.
Bez wątpienia „Żołnierz Wolności” był mu gazetą najbliższą. Jako szef Głównego Zarządu Politycznego LWP, a potem MON-u miał ogromny wpływ na to, co publikował „ŻW”. Ta gazeta wyrażała jego poglądy. Publikowała przemówienia generałów wygłaszane na posiedzeniach KC PZPR, a wszystkie te przemówienia były uzgadniane z Jaruzelskim. Jaruzelski inspirował i zatwierdzał treści „Żołnierza Wolności”. To jeszcze nie znaczy, że on w nie wierzył. W przeciwieństwie do Gierka, a podobnie do Gomułki, był „wielkim nauczycielem” i usiłował naród edukować. Być może próbował to robić metodą wstrząsową kretyńskich, kłamliwych publikacji „Żołnierza Wolności”. W pierwszych miesiącach stanu wojennego w każdym numerze „Trybuny Ludu” był cytat z generała Wojciecha Jaruzelskiego. Z reguły to były słowa niczym bicz, którym smagał naród, aby go wychowywać, nawrócić na socjalizm. Tego dydaktyzmu nie wyzbył się nigdy. Po powrocie z Japonii Tadeusz Zakrzewski zapytał go, co mu się podczas tej wizyty podobało. Wypowiedział dwie, bardzo charakterystyczne dla siebie myśli. Po pierwsze, że Japończycy działają wspólnie i wszystko podporządkowują interesowi państwa. Po drugie: że tam uczniowie w szkołach noszą mundurki i w Polsce też powinno się je wprowadzić.
Tadeusz Zakrzewski przeszedł do telewizji ze Służby Bezpieczeństwa i pełnił wyjątkowo usługową rolę wobec generała. Miał monopol na rozmowy z Jaruzelskim po jego wizytach zagranicznych. Wszystko było reżyserowane. Jaruzelski o tym wiedział?
Nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. Świetnie o tym wiedział. Sam pretendował do roli „wielkiego reżysera”. Do 1989 roku nie zdawał sobie sprawy z tego, że może być inaczej, że można do publicznej przestrzeni wpuścić wolne słowo. Równocześnie muszę powiedzieć, że nieźle radził sobie na konferencjach prasowych za granicą.
Czytał prasę podziemną? Przeżył wielki szok po uwolnieniu się wolnego słowa?
Piotr Nowina-Konopka, który był sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Jaruzelskiego opowiadał mi, że generał był zszokowany atakami na niego i kompletnie tego na początku nie rozumiał. To była dla niego trauma, bo uważał, że wiele dla Polski zrobił i poświęcił.
Przez kilkanaście lat byłeś dziennikarzem, pracowałeś między innymi w tygodniku „Wprost” i „Rzeczpospolitej”. Na ile warsztat dziennikarski przydaje Ci się przy pisaniu książek?
Bardzo przydaje się doświadczenie w pisaniu i selekcjonowaniu materiału. W rozmowach z ludźmi, których wypytywałem o Jaruzelskiego. Bez wieloletniego doświadczenia dziennikarskiego nie sądzę, abym umiał sobie z tym poradzić.
O Jaruzelskim napisano tony artykułów i książek. W czym „Czerwony Ślepowron” jest odkrywczy?
To prawda, że jego życiorys został przenicowany. Ale mam wrażenie, że odnalazłem kilkanaście nowych elementów. Na przykład nikt wcześniej nie pisał o tym, że premier Japonii Yasuhiro Nakasone zaproponował Polsce produkcję samochodów Daihatsu. Jaruzelski bardzo się do tego zapalił, ale nic z tego nie wyszło. Jest jeszcze jeden, w mojej ocenie bardzo zaskakujący fakt z początku lat 70., kiedy Ryszard Fijałkowski wylatywał na ambasadora w Wietnamie. Jaruzelski nakazał mu wtedy nawiązanie współpracy z Amerykanami. To było – i nadal jest – zaskakujące stanowisko człowieka, który stał na straży sowieckich interesów w Polsce.
