Z Jackiem Walczakiem o konkurencji dla agencji, o tym, że musi być źródło informacji i o wielkiej słuchawie w uchu rozmawia Kajus Augustyniak.

Jacek Walczak, szef łódzkiego oddziału Polskiej Agencji Prasowej, ur. 1956. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Łódzkim. Po studiach wykonywał różne prace, był nawet sprzątaczem w „Orbisie”. Karierę dziennikarską rozpoczął w „Gazecie Wyborczej” w 1993 r. W 2001 r. przeszedł do PAP. Laureat nagrody „Bene Meritus 2012”.
Zaczynałeś pracę w Polskiej Agencji Prasowej…
Jedenaście lat temu.
Nie mieliście wtedy żadnej konkurencji, prawda?
Żadnej. TVN 24 dopiero raczkował. Pamiętam zresztą, że jedna z ich pierwszych relacji dotyczyła zamachu na WTC i na tym wypłynęli. Kiedy tu przyszedłem, pracowaliśmy już na komputerach, ale były jeszcze stare faksy, zresztą jeden jeszcze stoi u nas w redakcji.
Ale dalekopisów już nie było…
Nie, już ich nie było.
Pracowaliście już na laptopach, czy jeszcze z notesami?
Mieliśmy te duże stare komputery. Może trochę wstyd się przyznać, ale na komputerze do dziś piszę nie najszybciej.
Prawdziwy reporter musi mieć notes z długopisem?
Ja go mam do tej pory. Jeśli tylko mogę, to notuję ręcznie, a dopiero później przepisuję w komputerze. Choć są wyjątkowe sytuacje, gdy trzeba dać jakąś depeszę natychmiast, choćby kilka zdań. Wtedy piszę od razu na laptopie albo wręcz dzwonię do Warszawy i przedyktowuję ze dwa, trzy zdania.
Szybkość była zawsze dewizą pracy agencji prasowych, dzisiaj macie konkurencję, która wcale wam nie ustępuje…
Nie tylko nie ustępuje, ale wręcz odwrotnie, przegrywamy z relacjami na żywo. Mówię o mediach, które ustawią kamerę i leci bezpośrednia relacja – czy to z konferencji prasowej, czy to z jakiegoś wydarzenia. Nie jesteśmy w stanie z tym konkurować, bo widz lub słuchacz od razu widzi lub słyszy. A my musimy to przetworzyć i dopiero po jakimś czasie to się ukazuje w naszym serwisie. Trzeba więc konkurować w czym innym – szukać tematów, mieć dobrych informatorów. Bez tego można tylko bawić się w publicystykę. Dziennikarstwo newsowe opiera się na dobrych informatorach.
A konkurencja prywatna? Czasami szybciej coś pojawia się na Facebooku lub na jakimś blogu niż w tradycyjnych mediach, a nawet na ich stronach www.
Choć jestem trochę człowiekiem starej daty, muszę poznać rację tym moim młodszym kolegom, którzy korzystają z portali społecznościowych. To staje się doskonałym źródłem informacji. Rzeczywiście są osoby, które zanim powiedzą coś oficjalnie, już potrafią jedno czy dwa zdania wrzucić na Facebook.
Dużo się ostatnio mówi o kryzysie w mediach drukowanych. Czy to odbija się także na Waszej pracy?
Nie ma co ukrywać, że gros naszych odbiorców to zawsze były gazety. Jeśli one zmniejszają objętość, to niekoniecznie muszą korzystać z naszego serwisu w całości. PAP się do tego dostosowuje, media dziś nie muszą kupować całego serwisu, a jakiś pakiet. Chociażby regionalna gazeta nie musi mieć wszystkich informacji zagranicznych.
Niektórzy jeszcze wspierają się dziennikarstwem obywatelskim.
Gdy konkurencja rośnie, wszystkie sposoby są dobre. U nas były inne specyficzne próby, a myślę, że do nich wrócimy i będziemy nagrywali dźwięki i robili filmy, czyli staniemy się agencją multimedialną. Póki co, opieramy się na naszym serwisie informacyjnym i na pewnej rzetelności, z której PAP jest znany. Nasza informacja nie zawsze jest pierwsza, ale nam się prawie nie zdarza powoływanie w depeszach na kogoś anonimowego. Musi być źródło informacji. I oczywiście jeśli jest strona A, to powinna być i strona B.
Nie ma dziś chyba gazety, której by nie podejrzewano o jakieś sympatie polityczne. Władze PAP zmieniały się przy zawirowaniach politycznych, ale mimo to jego dziennikarze nie są postrzegani jako zwolennicy konkretnej opcji.
I ja sam, i moi koledzy mamy oczywiście własne poglądy polityczne, ale nawet gdybyśmy chcieli, to i tak nie możemy tego przekazać. Depesza rządzi się swoimi prawami. My nigdy nie komentujemy. My tylko przedstawiamy fakty, opisujemy to, co się wydarzyło. Wnioski wyciąga sobie odbiorca. Daje nam satysfakcję, gdy czasem słyszymy od kolegów z mediów, „skoro PAP to tak napisał, to na pewno tak było”, choć oczywiście i nam zdarzają się czasem małe wpadki, pomyłki w czyimś imieniu czy nazwisku.
Czy agencje przetrwają kryzys w mediach?
Muszą. Dziennikarz agencyjny musi pisać o wszystkim, choć nie na wszystkim się zna i nie wszystkim się interesuje. Inne media nie mogą sobie na to pozwolić. Po to jest agencja, żeby pojechała gdzieś na jakąś wieś – z całym szacunkiem dla wsi – i zrobiła relację z wydarzenia, na które inni nie dotrą, bo im się nie będzie chciało, albo będą pewni, że zrobi to dziennikarz agencyjny i wezmą to z naszego serwisu. Tak naprawdę jesteśmy po to, by inni korzystali z tego co napiszemy, podpowiadamy innym dziennikarzom, co się dzieje. A to, czy nasi odbiorcy rozbudują dany temat, czy go całkiem pominą, to już ich sprawa. Agencje będą potrzebne, choć być może – jak już wspomniałem - w nieco zmienionej, multimedialnej formie. Być może zobaczysz mnie kiedyś z kamerą, mikrofonem, laptopem i wielką słuchawą w uchu.
