Z Adamem Wajrakiem o niewierności małżeńskiej sikorek modrych i niedobrych kompromisach obrońców przyrody z urzędnikami rozmawia Wiesław Łuka.
Adam Wajrak, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, najbardziej znany mieszkaniec Puszczy Białowieskiej, autor tysięcy artykułów i kilku książek o polskiej florze i faunie, podróżnik; laureat prestiżowej nagrody Obrońca Przyrody
Dziś przed południem nie mogę umówić się na wywiad, bo idę do lasu na jelenia – to pana argument, gdy proponuję godzinę rozmowy. Czy to znaczy, że pan, miłośnik i największy wśród dziennikarzy znawca Puszczy Białowieskiej, strzela do jeleni?
Nie strzelam i nie idę spotkać się z jakimś politykiem – „jeleniem”, by bez świadków z nim rozmawiać. Natomiast znaczy to, że właśnie jest czas pięknego widowiska w Puszczy – jelenie przeżywają doroczne gody i wyszły na rykowisko. A to dla mnie, fotografa, stanowi wielką atrakcję, bo jest łatwiej je podejść, choć ciągle muszę ukrywać się w krzakach, skradać, by uwieczniać niepowtarzalne sceny. Jelenie są zajęte sobą, mniej czujne, a ja mam większą swobodę. W tym czasie jest także dodatkowa okazja uchwycenia w obiektywie podchodzących do jeleni wilków, które widzą dla siebie większą szansę zdobycia pożywienia, ale to mi się jeszcze nie udało.
Przezwyciężył Pan już alergię na wszystkie zwierzęta, która pana męczyła w dzieciństwie?
Wbrew alergii, leczonej zresztą przez rodziców, od najmłodszych lat zajmowałem się zdrowymi i chorymi ptakami i innymi zwierzakami, których zawsze miałem w domu pełno. Jedni lubią zbierać znaczki pocztowe, a ja mam ciekawość przyrody. Taka ciekawość świata świadczy o tym, że naprawdę żyjemy. Gdy leżę w trawach w oczekiwaniu na derkacza, to w dalszym ciągu kicham, prycham z powodu różnych pyłków, przedtem jednak połykam odpowiednie tabletki i cierpliwie czekam z czerwonym nosem i aparatem fotograficznym. W szkolnych latach interesowałem się także paleontologią i dużo w tej dziedzinie wiedziałem, czym rozczuliłem na przykład przewodnika oprowadzającego mnie i tatę po słynnej jaskini Raj. Dostałem za to od przewodnika kawałek stalaktytu, co wprawiło mnie w dumę. Innym razem, dzięki ciekawym ludziom, do których miałem szczęście, zobaczyłem w niewielkim stawie traszkę – kolorowe zwierzę wielkości najwyżej dwudziestu centymetrów z czymś w rodzaju grzebienia na grzbiecie; wyobraziłem sobie wówczas albo krokodyla, albo smoka...
A kiedy Pan zdecydował, że pisaniem o przyrodzie można zarabiać na chleb?
Koleżanka z bloku, Jola Wiszowata, która pracuje w „Gazecie”, zaproponowała, żebym spróbował, i tak to się zaczęło. W na początku lat dziewięćdziesiątych można było przyjść do „Gazety” niemal z ulicy z jakąś propozycją. Przyniosłem „kawałek” nie o polityce - w której wówczas kipiało, bo to były czasy tzw. wojny na górze – lecz o orle bieliku. Niektórzy w „Gazecie” uważali, że pisanie o zwierzętach jest mało poważne, gdy w kraju ważą się losy młodej demokracji. Jednak wicenaczelny Juliusz Rawicz uważał inaczej i mnie wybronił.
Zanim przejdziemy do uzasadnionych lamentów na temat zagrożeń dla naszej przyrody, porozmawiajmy o relacjach między światami flory i fauny - ale nie o tych relacjach znanych ze szkolnych lekcji biologii, lecz tych, które Pan odkrył mieszkając przez ponad dwadzieścia lat w Puszczy Białowieskiej.
Ja nie badam, nie odkrywam, bo nie jestem naukowcem tylko podglądam i opisuję. Na przykład najświeższa obserwacja – mamy już drugi rok z rzędu wyjątkowy wysyp żołędzi. On się zdarza raz na 7 – 8 lat. Tym razem wyjątek - obrodziło żołędziami dwa kolejne lata .W związku z tym pojawiało się dużo dzików i nornic, które żywią się żołędziami. Obserwuję ich rozpasaną konsumpcję. Małe gryzonie są z kolei poszukiwanym przysmakiem sów, kun i łasic, których namnożyło się też bardzo dużo. Nie wiem, co się zdarzy w przyszłym roku, gdy będzie nieurodzaj na żołędzie. Ich zjadacze mogą masowo ginąć z głodu i chorób. Warto jednak zauważyć, że przyroda nie funkcjonuje w sposób atlasowy i takie „górki” konsumpcji i dołki kryzysu to normalna sprawa.
Dziki mogą się czuć bardziej bezpieczne, bo wyjdą z lasów i zaczną jeszcze gromadniej niż dotychczas odwiedzać obrzeża miast i wsie, co już robią.
To bierze się z zupełnie innych powodów. Dziki wędrują do miast, bo w nich jest pełno smacznych śmieci i nie ma myśliwych, których się boją Ale bardzo bym chciał powtórzyć, żeby pan nie mylił mnie z naukowcami. Dla mnie każde wyjście do lasu to przygoda, a nie naukowe odkrywanie nowych lub potwierdzanie już poznanych mechanizmów funkcjonowania przyrody, co jest bardzo pracochłonne. Ja sobie pozwalam co najwyżej na rolę dyskretnego obserwatora świata, który się rządzi swoimi prawami i bardzo bym chciał, by tak zostało.
Są relacje między roślinami i zwierzętami, a jeśli chodzi o relacje między samymi zwierzętami? Między ludźmi jest miłość i jest nienawiść; ludzie nawet z miłości się krzywdzą. A zwierzęta?
Na przykład wilki potrafią zabić lisa, czy jenota, które pojawiają się przy ich zdobyczach np. zabitych jeleniach. To jednak bierze się raczej stąd, że lisy i jenoty mogą przenosić groźne dla wilków choroby, w tym wściekliznę i dlatego wilki nie lubią ich w pobliżu. Owszem, w mięsie młodego dzika gustują, ale za to są dość ostrożne z jedzeniem starych, a jeszcze rzadziej martwych; za to wiedzą, że padały żubr im nie zaszkodzi.
A konflikty „małżeńskie” Pan zaobserwował?
W rodzinie małego ptaszka – remiza zdarza się, że jedno z rodziców porzuca drugie i gniazdo pełne jaj. Porzuca samiczka lub samiec w poszukiwaniu nowych przygód miłosnych. Ale pozostały rodzic opiekuje się potomstwem, do osiągnięcia przez nie samodzielności. Podobnie u pewnego gatunku dzięcioła, zwanego dzięciołkiem – żona porzuca męża, ale ten nieszczęśnik staje na wysokości zadania, nie opuszcza dzieci.
No to kolej na przykład niewierności małżeńskiej …
Ptaki w ogóle nie są zbyt wierne. Samce sikorki modrej, tej z niebieską czapeczką, mogą zdradzać żonę z innymi samicami i one zresztą także, dlatego wysiadują w gnieździe jaja zapłodnione przez różnych ojców.
Czyli rodzą się dzieciaki kilku ojców w jednych gnieździe; czy rodzeństwo przyrodnie nie wykazuje wzajemnej brutalności i agresji?
Tego nie zauważyłem. Natomiast bociany czasami wyrzucają z gniazda najmłodsze, najsłabsze osobniki. Orły i sowy zaś zjadają najsłabszy przychówek. Ta niewierność małżeńska u ptaków ma głęboki sens egzystencjalny – rodzice muszą dać swemu potomstwu jak największą szansę przetrwania. Taki mały ptaszek żyje krótko, nie zna medycyny, więc rodzice instynktownie chcą wychować jak najwięcej różnorodnych, silnych genetycznie młodych. Dlatego sikorka może mieć ma dwa lęgi rocznie i w każdym 5-8 młodych.
Wyrodne matki Pan zauważył?
Nie chcę oceniać wyrodnych matek u ludzi, a co dopiero u zwierząt…Rodzice dbają o małe. Walczą z napastnikami, odciągają ich od gniazd. Daje się zauważyć, że młodzi rodzice wykazują mniej zaradności w wychowaniu dzieci; tak jak u ludzi.
Dostrzegł Pan zjawisko konkurowania między gatunkami?
Oczywiście! Konkurencja między gatunkami o pożywienie oraz miejsce do gniazdowania, to główna siła napędowa ewolucji. Tak przyroda funkcjonuje miliony lat. Widzę też, jak drzewa konkurują w dostępie do światła. Dęby wyrastają na wysokość 40 metrów, świerki nawet 50 metrów. A gdy jakieś drzewo padnie - mówię o ścisłym rezerwacie przyrody i lesie naturalnym, gdzie nie wtrąca się człowiek – to na tym wolnym miejscu natychmiast pojawiają się graby, lipy czy klony.
Posiadają swoją inteligencję?
Coś posiadają. Każda istota żywa posiada olbrzymie doświadczenie gatunkowe. Miliony lat ewolucji sprawiły, że organizmy wiedzą, jak reagować, w jakich sytuacjach. Pewnego znajomego naukowca spytałem, czy ryby myślą? On odpowiedział: „Ryba nie myśli, ryba wszystko wie”. Podobnie grab wie, gdzie i kiedy ma wyrosnąć. Nawet sympatyczne i delikatne ptaszki potrafią konkurować. Nad moim oknem gniazdo miały jaskółki. W pewnym momencie przejęły je kopciuszki, małe ptaszki z rudymi ogonkami. One z kolei zostały wygnane przez wróble, które bardzo szybko zdemolowały gniazdko; ono pękło, spadło na ziemię, no i jaskółki musiały następnej wiosny budować je od nowa. Można zaobserwować, że zwierzęta kalkulują, czy opłaca się wejść w konflikt z innym gatunkiem. Kto nie kalkuluje, ten ginie. Żubry w zagrodzie potrafiły zabić dzika, a na wolności takie zachowanie im się nie opłacało. Dzieje się to też wewnątrz gatunków. Jelenie na rykowisku różnią się siłą głosu. Słabeusze nie ryczą tak, jak najsilniejsze byki. Słychać walkę konkurencyjną nie tylko na poroże, ale przede wszystkim na głosy. Szybko widać efekt tej walki - najsilniejszy zdobywa sympatię wielu łani. One także kalkulują, koło którego partnera warto się „zakręcić”, który przekaże najsilniejsze geny. Wydawało by się, że to byki na rykowisku prężą się i puszą. Tymczasem właśnie łanie dokonują wyboru.
A słabeusze?
Chodzą po bokach stad w nadziei, że uda się im „urwać” jakąś partnerkę i podejrzewam, że wielu się udaje.
Pomówmy o przyjaźni człowieka nie z kotem, psem, czy koniem, bo to wszyscy znamy, ale z żubrem, czy wilkiem? Zaprzyjaźnił się pan z wilkiem tak, jak bohater słynnego filmu „Tańczący z wilkami”?
Powołam się na myśl Małego Księcia, który przekonywał, że ludzie nie zawsze dorośli do przyjaźni ze zwierzętami. Oswojony lisek może sobie pomyśleć, że wszyscy ludzie są dobrzy, godni zaufania, aż tu nagle zjawi się niegodziwiec i zbije liska, albo go zabije. Uważam oswajanie, na przykład sarenek, za głupotę. Oswojona lgnie do ludzi, nawet uważa się za człowieka, tak jak małe dziecko, wychowywane w lesie, mogłoby uważać się za zwierzę. Te dwa światy powinny żyć w zgodzie, ale i poszanowaniu suwerenności każdego z nich.
Tymczasem w jednym z wywiadów mówi Pan o „gigantycznym niszczeniu przyrody”.
Przerażające są „dokonania” ludzi w relacjach w przyrodą w ciągu ostatnich dwóch wieków.
Przerażające? – przecież w biblijnej „Księdze Rodzaju” Bóg zaleca wypędzanym z raju Adamowi i Ewie, by czynili sobie ziemię poddaną…
Teraz nawet i wielu teologów mówi, że nie można brać tego nakazu dosłownie, że Bóg powiedział raczej, byśmy się ziemią opiekowali. Tymczasem to, co robimy przypomina najgorszą okupację. Weźmy przykład lasów naturalnych - z tych nizinnych ze strefy umiarkowanej, które porastały większość Europy i kawał Ameryki północnej, została tylko Puszcza Białowieska. Gdy myślę i mówię o przerażeniu i gigantycznej dewastacji, to nie wpadam w histerię. Mamy najwyższy od 800 lat poziom dwutlenku węgla w atmosferze. Przypomnę tylko, że gatunek ludzki liczy około 200 tys. lat, a nasza cywilizacja, oparta na rolnictwie, 5-8 tys. lat. Nie boję się, że ziemia tego nie przetrwa, ale rodzaj ludzki, który naprawdę jest bardzo cieplarnianym i delikatnym gatunkiem. Dokonujemy niezwykłych wyczynów technologicznych, latamy w kosmos i mamy telefony komórkowe, ale to, co będziemy jedli, nigdy nie przestanie zależeć od temperatury powietrza i opadów.
Mówi Pan, że „klęską dla polskiej przyrody jest zawieranie kompromisów z urzędnikami”. Klęską? A co jest lepsze od kompromisu? Nawet Arystoteles nie wymyślił nic lepszego, niż szukanie „złotego środka”?
Dam panu przykład kompromisu. Kiedyś pewien urzędnik powiedział mi, że oni gotowi są ochroną objąć 20 proc. lasów. Zapytałem, czy wszystkich w Polsce? Okazało się, że nie chodzi mu o lasy Puszczy Białowieskiej, czyli coś około 1 proc. polskich lasów. W sprawie Puszczy mówią, że mogliby pozyskiwać z niej 300 tys. metrów sześciennych drewna, a w drodze kompromisu będę wycinać tylko 100 tys. metrów sześciennych. Natomiast my, obrońcy Puszczy twierdzimy, że można z tego zrezygnować, skoro w Polsce rocznie wycina się 35 milionów metrów sześciennych. Ten niby kompromis polega na robieniu operacji nożem, tyle tylko, że w drodze łaski, będzie to nóż niezardzewiały. Jestem przekonany, że Puszcza nie może być polem jakiegokolwiek kompromisu, bo jest absolutnie unikalna. Wiem, co to jest las po interwencji pił i człowieka. On się ma tak do lasu naturalnego, jak wyrób czekoladopodobny do czekolady.
A kompromis w sprawie Rospudy jednak „wypalił”.
Został osiągnięty dzięki protestom organizacji ekologicznych, wyrokom sądów i interwencji Komisji Europejskiej. Znaleziono inną drogę przebiegu trasy - prostszą i tańszą a nie dewastującą bezcenne torfowiska. Podejrzewam, że ktoś na realizacji tego pierwszego przebiegu trasy chciał się nieźle „obłowić”. W naszym kraju najwięcej zarabia się na inwestycjach za państwowe pieniądze. To był głupi i kosztowny projekt. Podobnie jak pomysł z olimpiadą w Tatrach. Przypomnę, że powierzchnia polskich i słowackich Tatr wynosi łącznie 800 km. kw., podczas gdy powierzchnia Alp 200 tys. km.kw.
I coś jeszcze w sprawie kompromisów w ochronie przyrody – żyje nas w kraju 38 mln. ludzi, a dla porównania - mamy zaledwie 200 świstaków, 400 kozic, 80 niedźwiedzi, 200 rysi i może 800 wilków. Nie powinniśmy ich już dłużej spychać do koziego rogu.
Zdjęcie z:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Wajrak
