Z Michałem Olszańskim o apetycie na życie, walce z przemocą i misji dziennikarskiej rozmawia Marek Palczewski.
Michał Olszański (rocznik 1954). Polski dziennikarz radiowy i telewizyjny.
Jest synem małżeństwa dziennikarzy, Tadeusza i Barbary Olszańskich. Z wykształcenia pedagog po Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego (1977). Do 1992 r. pracował w ośrodku dla trudnej młodzieży. Później prowadził Magazyn sportowy w Radiu Kolor. W latach 2000–2001 był dyrektorem Programu III Polskiego Radia. Obecnie nadal pracuje w Trójce, gdzie prowadzi audycje sportowe oraz piątkową „Godzinę prawdy". W TVP2 jest gospodarzem „Magazynu Ekspresu Reporterów” i porannego programu „Pytanie na śniadanie”. W roku 2010 otrzymał wyróżnienie „Białej wstążki” za wkład „w budowanie społeczeństwa potrafiącego skutecznie przeciwdziałać agresji i przemocy.”
Był Pan pedagogiem od trudnej młodzieży, dyrektorem Programu III Polskiego Radia, jest Pan gospodarzem MER i programu „Pytanie na śniadanie” w dwójce, a oprócz tego dziennikarzem sportowym. Co jest wspólnym mianownikiem tych wszystkich aktywności?
Apetyt na życie (śmiech). Pracowałem po skończeniu studiów z dzieciakami na osiedlach, a później trafiłem do kultowej szkoły, stworzonej przez Jacka Jakubowskiego, znakomitego psychologa, gdzie zajmowaliśmy się pracą z trudną młodzieżą. Spędziłem tam ponad 10 lat, będąc najpierw wychowawcą, a później dyrektorem tej szkoły. Po 89. pomyślałem, że warto się zająć czymś innym, zwłaszcza, że żona też pracowała w budżetówce, więc czułem, że nie damy rady się utrzymać.
I wtedy został Pan dziennikarzem sportowym?
Sport zawsze bardzo lubiłem, mój ojciec był dziennikarzem sportowym.
Sprawozdawcą z kilku olimpiad.
Tak, ojciec bywał na olimpiadach, pracował w „Sztandarze Młodych”, interesował się boksem i pływaniem. A ja z kolei nigdy nie uprawiałem sportu wyczynowo, ale bardzo lubiłem chodzić na mecze, pływałem, itd. Wtedy, na początku lat 90. dynamicznie rozwijały się stacje radiowe. Zgłosiłem się na casting do Radia Kolor i zostałem przyjęty. Przez 2 lata prowadziłem magazyn sportowy, później Tomek Gorazdowski, którego ja przyjmowałem do redakcji sportowej RK, załatwił moje przeniesienie do Trójki.
Lubi Pan nowe wyzwania i zgłosił się na kolejny casting, tym razem na gospodarza Magazynu Ekspresu Reporterów w telewizyjnej Dwójce.
To było 12 lat temu. Spotkało mnie szczęście, bo Blanka Danilewicz, organizując MER i przeformatowując go, chciała mieć prowadzącego, który nie byłby ograną już twarzą. Udało mi się w czasie castingu, bo nie miałem tremy, a miałem za to doświadczenie wyniesione z pracy w Trójce. I tu jest ten wspólny mianownik, o który pan pytał: moja dotychczasowa kariera, praca z młodzieżą, studia pedagogiczne, to wszystko było moim atutem.
Te atuty mógł Pan wykorzystywać w większym stopniu wtedy, kiedy nie tylko zapowiadał reportaże Ekspresu Reporterów, ale prowadził też rozmowy. Czy obecna formuła programu nie ogranicza pańskiej ekspresji?
Dobrze pan to ujął. Ekspres wyewoluował, stał się programem szybszym, ale nadal utrzymującym wysoki poziom, dzięki Basi Paciorkowskiej. Natomiast moją rolę w programie można teraz bardziej określić jako rolę prezentera i gospodarza programu, a mniej jako dziennikarza, bo tych rozmów praktycznie nie ma. Ale, jak to zwykle w układance bywa, mam te możliwości w „Pytaniu na śniadanie”. Jest tu dla mnie przestrzeń, gdzie się wyżywam dziennikarsko.
W ostatnim (z 25 września 2012 – red.) Magazynie Ekspresu Reporterów ukazał się reportaż o chłopaku, który stracił nogi, ale nie poddał się i walczy o normalne życie. Często poruszacie tematy osób upośledzonych, niepełnosprawnych. Dlaczego poświęcacie tak wiele uwagi takim ludziom i takim sprawom?
To świadczy o klasie naszego społeczeństwa. Pokazując w Ekspresie ludzi niepełnosprawnych uświadamiamy widzom, że ludzie naprawdę mają problemy, bo kiedy chłopak traci nogi, to jest to totalna zmiana w życiu i to nie jest to samo, kiedy ktoś traci pracę i musi się trochę nagimnastykować, żeby tę pracę odzyskać. To jest bardzo cenne, że możemy zobaczyć mocnych, świetnych ludzi, którzy nie załamują się tym, co im się w życiu przydarzyło. I takim człowiekiem jest właśnie bohater reportażu w ostatnim MER pan Piotr - żeglarz, marynarz, który pokazał, że można przeżyć traumę, ale nie wolno się poddawać, tylko trzeba walczyć o jakość życia, że z takimi problemami można sobie poradzić.
Kiedyś na pytanie o to, czym są tabloidy odpowiedział Pan tak: „To jest zdecydowanie brutalny świat, rządzacy się swoimi prawami, jednakże nie mozna się oburzać, trzeba mieć dystans do tego." Czy nie obawia się Pan, że skoro coraz częściej pojawiają się w Ekspresie Reporterów tematy na wpół kryminalne, sensacyjne, to zaczyna się rywalizacja z tabloidami, bo tego wymagają reguły ogladalności?
Nie, nie obawiam się. Bo to, co nazwał pan sensacyjnymi tematami robione jest w taki sposób, żeby pokazać ludziom meandry i paradoksy działania prawa w Polsce. Myśmy nigdy nie robili reportażu o małej Madzi z Sosnowca, na którą się rzuciły tabloidy. My nie używamy tanich grepsów, żeby epatować sensacją. Paweł Kaźmierczak, Wojtek Barczak, czy Leszek Ciechoński idą tropem pewnych dość zaskakujących rozwiązań prawnych, przyciskają urzędników. Ich robota wydaje się niezwykle istotna z punktu widzenia naprawy funkcjonowania polskiego państwa. W komentarzu do reportażu Leszka Ciechońskiego („Nie znam tego chłopaka” – MER, 25.09.2012 – red.) powiedziałem, że państwo będzie płacić ofierze napaści, a zbrodniczy napastnicy po trzech latach wyjdą z więzienia i nie zapłacą grosza pobitemu przez nich chłopakowi, który teraz jest niepełnosprawny. Wyjdą na wolność i będą mieli wszystko w d… Tego nie można tak zostawić. Trzeba zmienić polskie prawo, by sprawcy finansowo odpowiadali za swoje czyny. Często też poruszamy tematy związane ze służbą zdrowia i stajemy w obronie ofiar błędów lekarskich, bo lekarze uciekają od odpowiedzialności, a my pokazujemy ludziom, czego powinni domagać się od lekarzy.
Magazyn Ekspresu Reporterów otrzymał w 2011 roku Telekamerę „Tele Tygodnia" w kategorii publicystyka. Ludzie często utożsamiają ten program z Panem…
Często czuję się tym zażenowany, bo te reportaże robią reporterzy, a ludzie widząc mnie na ulicy mówią: „Panie Michale, to było znakomite, jak pan to świetnie zrobił”. Ja wtedy mówię: „No miło mi, że Pan tak uważa, ale to nie ja zrobiłem”, ale mam przyjemność być twarzą tego programu. Mam wielki szacunek dla twórców Ekspresu, więc pierwsza palma należy się reporterom, druga redakcji - za to, co robi Basia Paciorkowska jako szefowa, a Dorota Roman jako wydawca, czyli za pilnowanie wysokiego poziomu programu. A trzecia dopiero mnie. Ludzie nie wyobrażają sobie tego programu beze mnie, co mi sprawia ogromną radość, ale też zobowiązuje i zmusza do dbałości o własny wizerunek. Moja żona zrugała mnie na przykład za przyjęcie zaproszenia do Familiady, ale myślę, że akurat udział w tym programie nie popsuje mojego wizerunku.
Kilka lat temu widzowie uznali Pana za osobę w TVP, do której mają największe zaufanie. Czy czuje się Pan celebrytą?
Kiedy się dowiedziałem o wynikach tej ankiety, to był to jeden z najmilszych momentów w mojej karierze. Dlatego właśnie muszę się pilnować, i kiedy dzwonią do mnie i proszą „Panie Michale, może by pan przyszedł do >>Kocham Cię Polsko<<”, to ja mówię nie.
Ale czy uważa się Pan za celebrytę?
No właśnie nie. Jaka jest definicja celebryty? Że ktoś jest znany z tego, że jest znany. To ktoś, kto czerpie korzyści z tego, że się pojawia na różnych uroczystościach i pokazuje się w blasku kamer. Ja po pierwsze, nie pojawiam się i nie bywam na otwarciu sklepu czy galerii, a po drugie, zapracowałem sobie przez lata na to, że ludzie cenią mnie za to, co robię.
Ale opowiada Pan tabloidom o szaszłykach z wątróbki, jagnięcinie, białej kiełbasie i czerwonym winie spożywanych w czasie grillowania…I jak Pan się z tym czuje?
Tabloidy są dosyć agresywne i potrafią być natarczywe. Ja wybrałem wariant łagodny, to znaczy kontaktuję się z dziennikarką „Super Expressu” i od czasu do czasu opowiadam jej a to o swoim ogrodzie, a to o swojej wnuczce, itp. Przyjąłem zasadę kontrolowanej obecności, wariant współpracy z jednym z tabloidów …i dwa razy w roku jak się w nim pojawię, to nic złego się nie dzieje.
Jaki sens ma dla Pana dziennikarstwo.
Dla mnie sensem dziennikarstwa jest to, żeby być uznanym za osobę wiarygodną, która jest w stanie pomóc ludziom w podejmowaniu decyzji życiowych. To nie jest łatwe, ale mnie się wydaje, że poprzez to, co robię, i poprzez przybliżanie ludziom tego typu spraw, jakie są poruszane w MER czy w Trójce, mam szanse dać ludziom przeświadczenie, że oni mogą coś z tego dla siebie wziąć.
Przywiązuję duże znaczenie do wartości; czuję się po prostu przyzwoitym człowiekiem, nie robię w życiu świństw, staram się opiekować zwierzętami i dbać o to, żeby w naszym społeczeństwie ludzie niepełnosprawni mogli lepiej funkcjonować. Na tym polega według mnie sens dziennikarstwa.
Zdjęcie ze strony
pl.wikipedia.org/wiki/Michal_Olszański
