Z Karolem Manysem o sprawie Amber Gold, roli dziennikarzy i potrzebie użycia mocnych słów rozmawia Kajus Augustyniak.

Karol Manys, dziennikarz, ur. w 1973 r., studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od dwudziestu lat pracował jako dziennikarz, głównie w mediach drukowanych, m.in. w „Super Expressie”, „Newsweeku” i „Rzeczpospolitej”. Obecnie w „Bloomberg Businessweek Polska”.
Jesteś bardziej dziennikarzem ekonomicznym niż społecznym lub politycznym?
Raczej tak. Balansuję jednak na styku polityki i gospodarki, który – jak wiadomo – jest dość silny.
Podczas dyskusji w Polsacie na temat afery Amber Gold nagle bardzo mocno powiedziałeś, że do całego wymiaru sprawiedliwości należałoby wpuścić gajowego, żeby zrobił tam porządek…
Wydaje mi się, że w świetle tego, co dzieje się ostatnio choćby w sprawie Amber Gold to nie były zbyt mocne słowa. W tego typu sprawach od wielu lat występuje przedziwna prawidłowość. Wymiar sprawiedliwości nabiera niezwykłego przyspieszenia, gdy jakąś sprawą zaczynają się interesować media. Jeśli zaś media nie wtrynią gdzieś swojego nosa, to sprawy się wloką, przeciągają, urzędnicy nie są w stanie dopilnować pewnych rzeczy… Gdy do sprawy wkraczają dziennikarze wymiar sprawiedliwości dostaje przedziwnego „speeda” i wykazuje przedziwną nadaktywność. Przecież sprawa Amber Gold jest znana od 2009 roku i w tym czasie ani sądy, ani prokuratura praktycznie nic nie zrobiły. Cały proces związany z doniesieniem Komisji Nadzoru Finansowego i reakcją prokuratury był znany. A teraz wychodzi na to, że w wymiarze sprawiedliwości nikt się tym nie interesował, póki sprawą nie zajęły się media.
A na liście KNF jest jeszcze kilkanaście innych firm…
Właśnie. Dyskutujemy o Amber Gold, bo sprawa jest interesująca, nośna społecznie, ludzie szukają informacji na ten temat, ale to jest tylko jedna z szesnastu podobnych instytucji na liście KNF. Jestem bardzo ciekaw, czy w sprawie tych pozostałych firm wymiar sprawiedliwości jest teraz równie aktywny jak w przypadku Amber Gold. Obawiam się, że za parę miesięcy znów się okaże, że pozostałe piętnaście spraw leży odłogiem. I znowu dziennikarze radiowi, telewizyjni, prasowi, jacykolwiek inni będą musieli zainteresować się sprawą, żeby ktoś w prokuraturze po prostu zabrał się do roboty. A prokuratura jest od tego, by pilnować porządku prawnego, jeśli łamane jest prawo.
I tymi pozostałymi firmami też powinno zajmować się ABW?
Tego nie wiem. ABW jest powołane do bardzo konkretnych spraw, ma ściśle określone zadania i procedury. Jeżeli zajdzie konieczność, żeby się tymi sprawami zajmowała, to niech się zajmuje. Instytucje takie jak sądy, prokuratura czy ABW utrzymywane są z naszych podatków i mamy prawo oczekiwać, by dobrze spełniały swoją rolę. Zresztą niech się tym zajmuje, kto chce, byleby nie dochodziło do sytuacji, że przez wiele miesięcy coś leży odłogiem i dopiero, gdy dziennikarze zaczynają się interesować w sprawą, to ktoś w końcu się zabiera do roboty. To tak jak w sprawie nieszczęsnej prowokacji „Gazety Polskiej Codziennie” w Gdańsku.
Nieszczęsnej?
Mówię „nieszczęsnej” w tym znaczeniu, że wszyscy rzucili się na dziennikarza, który dokonał, może bezczelnej, ale skutecznej prowokacji, która obnażyła absolutnie żenujący stan polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tam naprawdę przydałby się gajowy, który wejdzie w to towarzystwo i zrobi solidny porządek. Mamy prokuraturę, która nie robi nic, a gdy powstaje medialna wrzawa wokół Amber Gold mamy sędziego, który jest gotów na każde skinienie już obojętnie kogo z kancelarii premiera. Staje na baczność i wykazuje absolutnie żenującą służalczość. I jeszcze po tym, jak zostaje przyłapany na gorącym uczynku, ma czelność powiedzieć, że to on jest ofiarą. Halo, jaką ofiarą? Na taki mejl z kancelarii premiera – obojętne, prawdziwy czy fałszywy – powinien był stanowczo odpowiedzieć, wysyłając jego autora, przepraszam, na bambus.
Z jednej strony dziennikarze poruszeni sprawą Amber Gold i listą KNF domagają się zwiększonej kontroli, a z drugiej Polska właśnie spadła z 42. na 48. miejsce w tegorocznej edycji Raportu Wolności Gospodarczej Świata… To jak to pogodzić?
Właśnie. Bo z jednej strony mamy mnóstwo przereglamentowania, pozwoleń, koncesji, nie wiadomo czego, a z drugiej strony okazuje się, że firmy takie jak Amber Gold przez trzy lata są w stanie spokojnie działać, przez nikogo nie niepokojone. Trzeba jasno powiedzieć czy prawo zostało złamane, czy nie. Jeśli tak, powinno wkroczyć państwo, jeśli nie – przedsiębiorcy powinni mieć pełną swobodę działania. Umówmy się, te kilkaset milionów złotych, o których mówi się w przypadku Amber Gold, to nie są duże pieniądze w skali budżetu państwa. To nie jest groźne z punktu widzenia stabilności finansowej państwa. Uważam, że to dobrze, że mamy w Polsce tej wolności gospodarczej na tyle, by każdy mógł zrobić ze swoimi pieniędzmi to, co mu się podoba. Można ja włożyć do banku, trzymać w poduszce, albo zanieść do Amber Gold. Nie chcę, by ktokolwiek mi nakazywał, co mam zrobić ze swoimi pieniędzmi. Ale mam też prawo oczekiwać, że jeśli organy państwowe natrafiają na firmę łamiącą prawo, powinny wkraczać w sposób bardziej zdecydowany, po to by chronić obywateli. Do jasnej Anielki, my przecież po to między innymi płacimy podatki!
A rolą dziennikarzy jest tak mocno potrząsać nami wszystkimi, jak ty w studiu Polsatu, gdy posłużyłeś się tylko nieco złagodzonym tekstem Maksa z Seksmisji mówiąc „niezły wy tu macie nieporządek siostry”?
To się odnosiło do tego, co się dzieje w wymiarze sprawiedliwości. Sprawa Amber Gold obnaża wymiar sprawiedliwości. Prokuraturę, która nie robi nic albo wykonuje przedziwne ruchy, sędziego, który jest na każde skinienie urzędnika z kancelarii premiera… Ludzie, to się w głowie nie mieści! Sędziowie po to są niezawiśli, by z tej niezawisłości korzystać. To nie premier ani urzędnicy któregokolwiek resortu powinni decydować czy Plichta ma siedzieć w areszcie, czy z niego wyjść. Gdy w roku 2001 ekipa Leszka Millera próbowała wpływać w podobny sposób na kwestie związane z Orlenem, wybuchła gigantyczna afera, która się ciągnęła przez lata. Pracowała komisja śledcza. Mam wrażenie, że z takich spraw, gdy są nośne społecznie, wyciąga się wnioski na chwilę, a potem znów, w koło Macieju. I, jako obywatel, który płaci podatki, ja się na to nie godzę!
