Z Anną T. Pietraszek, jurorką I Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Niezależnych rozmawia Błażej Torański.
Anna T. Pietraszek – wieloletnia dziennikarka telewizyjna, autorka filmów dokumentalnych, taterniczka, absolwentka Akademii Obrony Narodowej. Jest wiceprezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.
Czy obraz Artura Pilarczyka „Pani Weronika i jej chłopcy”, który zdobył Grand Prix, od początku był Pani faworytem?
Na tle innych wyróżniał się wielką wrażliwością, co mówi także wiele o reżyserze - ma talent w sercu. Obdarzył główną bohaterkę -Weronikę Sebastianowicz - ogromną przyjaźnią, człowieczą miłością, dostrzegł głębię cierpienia w jej twarzy, mimice, gestach, emocjach. Na tym zresztą polega praca reżysera, aby wnikliwie poznać bohatera swego dzieła, aby się w nim zakochać. Od początku do końca w tej opowieści prowadziły mnie załzawione, zasmucone oczy bohaterki.
Film dotyka tematu przemilczanego: żołnierzy wyklętych.
Żołnierze wyklęci walczyli o własną ojczyznę, o Polskę - w niej przecież żyli - a nie o republikę Związku Radzieckiego. I nagle wszystkie drzwi się dla nich zatrzasnęły, zostali uwięzieni na Białorusi.
Weronika Sebastianowicz mówi: najbardziej boli, że nas sprzedali, zostawili. Nie może tak być, bo to jest nasza polska ziemia, dodaje.
Żali się również: mówią o nas na Białorusi, że jesteśmy bandytami. Jej brat został nazwany bandziorem i zabity przez KGB, a ona nawet nie wie, gdzie spoczywa, poszukuje dokumentów, cierpi na różnych poziomach. Wielu, jak ona, nie zdążyło się repatriować. Odmówiono jej zgody na powrót do ojczyzny, innej niż sobie wyobrażała. Armia Krajowa na kresach wsławiła się nieprawdopodobnie bohaterskimi czynami, ofiarnością do ostatniej kropli krwi. A jednak historia żołnierzy wyklętych nawet przez polskich naukowców przez pół wieku PRL-u była badana wycinkowo. Była absolutnie zakazana.
Który z filmów jeszcze Panią poruszył?
„Łączniczka Danusia”, film skromny, zrobiony przy pomocy ubogich środków. Ujmował zjawisko, o którym nigdzie się nie pisze i nie mówi, a w telewizji publicznej nikt z pewnością nie przebije się z podobnym scenariuszem: o tym, jak rozprawiamy się z własnymi bohaterami. Realizowałam kiedyś film w Izraelu i przyglądałam się, jak w marksistowsko-leninowskim kibucu obchodzono się z jedynym żyjącym świadkiem Holocaustu. Ten pan miał ponad dziewięćdziesiąt lat, był niedołężny, jednak każdy uczeń klasy 9. raz w roku - w ramach historii i języka hebrajskiego - miał obowiązek odwiedzenia go, przeprowadzenia wywiadu i napisania o nim wypracowania. Pewnie udzielił już tysiące wywiadów. A co w Polsce robimy, by przybliżyć narodowi postaci jego bohaterów, by rozniecać patriotyzm ?
Tak się utrwala pamięć.
W Polsce - mnie też - przez lata odcinało się uczniów od bohaterów narodowych. Pamiętam, jak w latach 90. zaczęłam robić o nich filmy i wysłuchiwać, jak było naprawdę. Słuchałam, jak sowieci kolbami walili w drzwi, wyciągali całe rodziny z małymi dziećmi, pakowali na furmanki, a potem w bydlęce wagony i zsyłali na Sybir. Teraz nie potrafimy oddać honoru powstańcom warszawskim. Część z nich zginęła, ponad dwa i pół tysiąca ludzi zaginęło. W lasach pod Warszawą natrafiono na ślady masowych grobów osób nieznanych. Zginęli za to tylko, że walczyli w Powstaniu. Inni przez lata nie mogli dostać pracy lub awansować. Teraz, kiedy już niby mamy wolną Polskę, nikogo nie obchodzi, że ci ludzie, jeśli przeżyli, mają najniższe emerytury i są bezradni.
Jak bohaterka filmu „Łączniczka Danusia”. Po liście gratulacyjnym od Hanny Gronkiewicz-Waltz dostała nakaz eksmisji, gdyż prezydent Warszawy sprzedała jej kamienicę.
Ta kobieta się tak załamała, że wkrótce po nakazie eksmisji zmarła. Jakby to był czyjś interes, aby się jej pozbyć. Wstrząsający obraz, otwiera widzom oczy na zjawisko o dużej skali.
Na filmie bohaterka nie wydobywa z siebie niemal słowa.
Przestała chcieć żyć. Z jednej strony gratulacje, z drugiej eksmisja. Gdzie? Na bruk? Jak możemy jako naród odbudować swoje morale, skoro nie dbamy o własnych bohaterów? Naszym obowiązkiem jest nauczyć się wdzięczności. To jest bardzo chrześcijańskie uczucie. Apogeum na drodze rozwoju człowieka. Jako ludzie na ziemi możemy zyskać umiejętność kochania, ale także okazywania wdzięczności.
Niedocenienie bohatera narodowego stało się także tematem filmu „Zapomniane męczeństwo” o abp Antonim Baraniaku, sekretarzu prymasów: Hlonda i Wyszyńskiego.
Po to wymyślono Instytut Pamięci Narodowej, abyśmy odkryli naszych bohaterów, poznali ich przez dokumenty. Tymczasem po śmierci śp. Janusza Kurtyki zastanawiamy się w dyskusji publicznej już tylko nad tym czy IPN przetrwa, czy zostanie zlikwidowany. Gdyby nie esbeckie dokumenty, sama - realizując film o Stefanie Wyszyńskim -nie miałabym świadomości, jak świętym był człowiekiem. Po to jest IPN, aby powiedzieć, kto był przestępcą, kto katem, a kto bohaterem narodowym. Chodzi wszak o to, aby bohaterom oddać cześć.
Krzysztof Czabański, przewodniczący Kongresu Mediów Niezależnych, powiedział zamykając Festiwal, że jest pełen uznania dla młodych twórców, którzy ryzykują kariery, mówiąc własnym głosem, ale bronią tym samym honoru polskiego dziennikarstwa. Jest to głos odwagi?
Oczywiście ryzykują jednoznacznie krytyczne ustawienie opinii wobec swych nazwisk. Sama przeżywałam tego typu uczucia. Jako pracownik Telewizji Polskiej byłam przez wielu moich kolegów wyszydzana i wyśmiewana, nazywana „kościółkowym” twórcą i upokarzana. Ale za moich czasów można było zacisnąć zęby i realizować filmy uczciwe, oddane prawdzie. Od daty tragedii smoleńskiej – 10 kwietnia 2010 roku – już następnego dnia zaczęły się bezpardonowe porządki wśród niedobitków niezależnych twórców, dziennikarzy telewizji publicznej i w innych mediach. Teraz szanse realizacji swoich filmów mają tylko politycznie słuszni autorzy.
Inni ryzykują ostracyzmem zawodowy?
Ostracyzmem nie, bo tworzą się zręby środowiska naturalnej obrony. Konsolidujemy się, by ocalić zdrowie narodu. Przegląd filmów niezależnych odbył się, prezydent Ełku wspomógł, biskup Mazur udzielił patronatu. Spotkaliśmy się w kilkaset osób na trzy dni i nic nam za to nie grozi. Powinniśmy korzystać z tego eksperymentu i kontynuować nasze przeglądy, aby umożliwić widzom spotkanie z prawdziwym, rzetelnym dziennikarstwem. Skromnym, często siermiężnym, ale mówiącym o Polsce z serca, zgodnie z sumieniem. Te filmy były prawdziwe, mówiły językiem autorów, bez autocenzury lub zrobienia filmu pod szefa, żeby tylko dał zarobić pieniądze.
