Z Andrzejem Hołdysem o wybijaniu wielorybów, życiu freelancera i konkurencji w świecie pism popularnonaukowych rozmawia Kajus Augustyniak.

 

Andrzej Hołdys, dziennikarz popularnonaukowy, freelancer, ur. 1962. Absolwent Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Jeszcze w czasie studiów podjął pracę w Polskiej Akademii Nauk. Pracował etatowo w PAI, „Sztandarze Młodych”, „Gazecie Wyborczej”, „Wprost”. Członek Komisji Rewizyjnej Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych. Laureat Nagrody SDP 2006 w kategorii publikacji poświęconych edukacji i popularyzacji wiedzy.

Przejąłem się, czytając Twój artykuł o masowym wybijaniu wielorybów. Jest aż tak źle?

Myśmy to towarzystwo w większości wycięli, ale pewne gatunki wielorybów zaczynają powracać – poza płetwalami błękitnymi z Antarktyki, które zostały prawie absolutnie wybite. Wiele innych gatunków zaczyna po tych rzeziach powoli odżywać, na przykład wieloryby grenlandzkie, wspaniałe, grube, duże, które ludzie wybili już w połowie XIX wieku.

Czytałem w twoich tekstach o tym, że nasze upały to efekt zmian klimatycznych w Arktyce, że Bałtyk niedługo będzie przypominał ciepłe jezioro, o katastrofie tunguskiej, o dieslach, o tym, że neandertalczycy byli artystami, o jadalnych robakach, do tego liczne notki, a to o nowym kompakcie, a to o komórce…

Dziewięćdziesiąt pięć procent tekstów piszę na tematy, które mnie interesują. Proponuję je redakcjom. Wbrew pozorom ten wachlarz tematów nie jest bardzo szeroki. Większość z nich sprowadza się do szeroko rozumianych nauk o Ziemi, a więc nie tylko geografii, ale i geologii, demografii, zjawiskach cywilizacyjnych, takich jak urbanizacja. Ostatnio na przykład napisałem tekst o tym, w jaki sposób zmiany w środowisku wywołane przez człowieka mogą w nas uderzyć rykoszetem, ponieważ zwiększają ryzyko rozprzestrzeniania się groźnych zarazków po świecie. A w tekście o neandertalczyku mniej odnosiłem się do antropologii, czyli nie pytałem, czy rzeczywiście był artystą, interesowało mnie w jaki sposób, stosując nowoczesne technologie i techniki badawcze, można wiedzę o naszym dawnym kuzynie przesuwać o dziesięć czy piętnaście tysięcy lat. Lubię nowoczesność. Wiele ważnych usprawnień dokonuje się dziś w drobnych technologiach. Ktoś pięć lat ślęczy w laboratorium, żeby dopracować jakąś metodę i dzięki temu nagle otwiera się nowe okno w wiedzy.

Jak zbierasz te wszystkie nowości technologiczne, skąd masz niusy?

Mnóstwo wiedzy płynie do mnie z całego świata, ponieważ jestem podlinkowany do różnych miejsc, z których płyną fajne informacje, tudzież do ludzi, którzy mi coś wysyłają. Staram się bywać w Internecie na różnych forach, gdzie pojawiają się nie doniesienia prasowe, a rozmowy o rzeczach, które być może dopiero się zdarzą albo się nie zdarzą, ale są ciekawe, ekscytujące, medialne. Ważne jest by mieć kontakt z miejscami, w których pewne rzeczy dopiero się wykluwają. Oczywiście nie ujawnię tych źródeł, bo to jest najważniejsza rzecz, jaką mam w tej pracy. Jest też grupa ludzi, których o pewne rzeczy dopytuję, jeśli coś nie do końca rozumiem.

Pracę w dziennikarstwie zacząłeś od…

„Sztandaru Młodych”. Już dawno nie istnieje. Potem byłem sekretarzem redakcji w Polskiej Agencji Informacyjnej. Dziś jest częścią PAIiIZ (Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych – red.), a wtedy miała własny zespół dziennikarski, ze trzydzieści osób. Właściwie wtedy mniej pisałem, a więcej redagowałem, biuletyny popularnonaukowe, artykuły dla różnych mediów. Trochę na kraj, a trochę o polskich osiągnięciach na zagranicę, to było z kolei dla potrzeb MSZ. Relacjonowałem wydarzenia z polskiej nauki i kultury w latach dziewięćdziesiątych. Była to praca trochę dziennikarska, a trochę promocyjna. Następnie przez trzy lata pracowałem jako freelancer, aż wreszcie zatrudniłem się w „Gazecie Wyborczej”. Po sześciu latach pracy etatowej odszedłem i znowu byłem freelancerem.

I jesteś nim do dzisiaj?

Tak.

A dla Ciebie freelancing to wygoda, zarządzanie własnym czasem, czy też wynik konieczności?

Raczej jest mi z tym wygodnie. Z „Wyborczej” odszedłem do innego pisma, w którym pracowałem dosyć krótko, znów się zwolniłem, i mimo różnych propozycji postanowiłem nie wiązać się z żadną redakcją. Na to nałożyły się kwestie rodzinne, z wielu powodów – głównie dlatego, że zostałem ojcem – wolałem mieć kontrolę nad własnym czasem.

Znalazłem w Internecie formułkę „Andrzej Hołdys jest niezależnym dziennikarzem popularyzującym nauki o Ziemi, współpracownikiem „Wiedzy i Życia”.

„Wiedza i Życie” i „National Geographic” lubią czasem napisać jednym zdaniem, kim jest autor tekstu.  W gazetach i tygodnikach społeczno–politycznych to się nie zdarza.

Znalazłem Twoje teksty m.in. we wspomnianych pismach oraz w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku”, „Wprost”… Z iloma pismami współpracujesz?

Z niektórymi współpracuję teraz, z innymi współpracowałem dawniej. Jeśli pisujesz dla „Newsweeka”, tak jak ja w tej chwili – od dwóch lat dwa razy w miesiącu - to już nie dla „Wprost”,  czy „Polityki”, z którymi kiedyś współpracowałem. To jest przecież konkurencja. Zresztą redaktorzy działów nauki też dbają o to, żeby mieć „swojego” autora, zlecać mu robotę w zamian za to, żeby nie pisał w tym samym czasie dla kogoś innego. Inna rzecz, że trudno jest też znaleźć wymyśleć sto tematów i pójść z nimi do pięćdziesięciu pism.

Ale z „Wiedzą i Życiem” współpracujesz cały czas?

Tak, bo to jest pismo z innego kręgu, popularno-naukowe. Ale w ramach takiego niewielkiego w końcu światka dziennikarzy zajmującego się tą tematyką, nie pisuję dla „Focusa”, który „Wiedzę i Życie” traktuje jako swoją konkurencję.

Agencja Dziennikarsko-Reklamowa Supernowa Andrzej Hołdys to też Ty?

Tak. Formalnie rzecz biorąc prowadzę działalność gospodarczą.

Czyli samozatrudnienie?

Jestem drobnym przedsiębiorcą.

Przychodzi dziś młody chłopak po geografii do jakiejś redakcji, tak jak ty kiedyś, i chce zostać dziennikarzem popularnonaukowym. I co się dzieje?

Myślę, że rynek jest bardzo otwarty. Gdyby miał dużą wiedzę i dobre pióro,  napisał dobry tekst, który byłby świeży i aktualny, to zapewne byłby wydrukowany. Z tym, że nie ma wielu osób, które świeżo po studiach potrafią coś takiego zrobić. Trzeba jednak paru lat terminowania w zawodzie, żeby się nauczyć pisać teksty dobre merytorycznie i dziennikarsko.

A jak to było u Ciebie? Pamiętam, że bardzo chciałeś być geografem i podróżować po świecie?

Geografem zostałem, z tym podróżowaniem po świecie to średnio wyszło. Poszedłem potem do Polskiej Akademii Nauk, do Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania po to, żeby zostać naukowcem.

I nie dało się z tego żyć?

Oczywiście, że nie. Normalna historia. Osiemdziesiąty dziewiąty rok, ja w Warszawie wynajmuję mieszkanie, a w PAN płacą tyle, ile płacą. Jakiś znajomy powiedział mi, że można dorobić w redakcji. Potraktowałem to rzeczywiście jako formę dorobienia sobie do pensji młodszego asystenta. W którymś momencie musiałem jednak zdecydować, czy poświęcę się pracy naukowej i zrezygnuję z zabawy medialnej, żeby pisać doktorat, czy zwrócę się w drugą stronę, dającej szansę na spełnienie się w nowej roli, a przy tym utrzymania się w Warszawie. Przeżyć i nie utonąć.

Dziennikarze polityczni są bardzo podzieleni. Czy wy piszący o nauce, też się dzielicie? Choćby co do opinii, czy rzeczywiście jest globalne ocieplenie i czy człowiek ma na nie wpływ? Ta kwestia też dzieli dziennikarzy pisujących o polityce…

Nie. Oczywiście nie znam wszystkich dziennikarzy zajmujących się tą tematyką, ale wielu znam. Mamy zresztą własne stowarzyszenie dziennikarzy naukowych, ale tam się o polityce nie rozmawia. Nie ma podziałów politycznych, to nie ma znaczenia. Ludzie przechodzą od jednego pisma do drugiego, czasem budzą się w nowej rzeczywistości. W „Gazecie Wyborczej” jest od dwudziestu lat ta sama polityczna orientacja, ale „Rzeczpospolita” wiele przeżywała, kolebało nią w różne strony, a staff dziennikarski w dziale naukowym się w ogóle nie zmienił. Podobnie było z tygodnikami, choćby „Wprost”, ale to się nie przekładało na pracę działu naukowego.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl