Z prof. Iwoną Hofman o gazetach partyjnych rozmawia Błażej Torański.

Iwona Hofman, profesor zw. UMCS w Lublinie w zakresie nauki o polityce, prasoznawca, kierownik Zakładu Dziennikarstwa i Pracowni Badań nad Instytutem Literackim w Paryżu, profesor Uniwersytetu św. Cyryla i Metodego w Trnavie, ekspert Uniwersytetu Narodowego im. T. Szewczenki w Kijowie.
W PRL PZPR miał „Trybunę Ludu”, ZSL – „Zielony Sztandar” i „Chłopską Drogę”, SD – „Tygodnik Demokratyczny”. Po co dzisiaj politykom gazety, tuby propagandowe?
Cieszę się, że pan zaczął od tego pytania, bo bez kontekstu historycznego nie można mówić o prasie – tubach propagandowych współczesnych partii. Obecnie prasa partyjna pełni taką samą rolę, jak w poprzednim ustroju. Po pierwsze, integruje członków partii, pełni rolę jakby drukowanej agory. Dzięki niej politycy zyskują potwierdzenie słuszności poglądów, wykładnię programową, rodzaj tożsamości z programem partii.
Gazety, biuletyny partyjne, nastawione są wyłącznie na elektorat partii?
Tak, ale im słabsza partia, tym silniejszego głosu potrzebuje na zewnątrz. Dlatego mamy do czynienia ze zjawiskiem dwoistym: są wewnętrzne biuletyny, które mają charakter propagandowy i gazety wydawane na zewnątrz.
PO i PiS stawiają jednak na Internet. SLD i PSL trzymają się form tradycyjnych, kolportowanych na zewnątrz gazet. Ludowcy od 73 lat wydają „Zielony Sztandar”, postkomuniści od niedawna „Tak po prostu” na lakierowanym papierze. Skąd to zróżnicowanie?
Ostatnie wybory pokazały, że strategia PiS-u odwołuje się również do młodego elektoratu, studentów czy absolwentów, którzy nie mogą znaleźć pracy, są rozgoryczeni obecną polityką państwa. W otoczeniu prezesa Kaczyńskiego jest też wielu młodych działaczy świetnie zorientowanych w mechanizmach informacji, w sposobie komunikowania politycznego partii z elektoratem. Wiadomo, że Internet jest bardzo atrakcyjnym i pożądanym narzędziem, którego oddziaływanie znacznie przekracza siłę prasy papierowej. Ludowcy i socjaldemokraci mają tradycyjny elektorat przywiązany do mediów drukowanych. Za nimi stoi też zwyczaj wydawania takich gazet.
Przez 73 lata w nadtytule „Zielonego Sztandaru” cytowano Wincentego Witosa: „Polska winna trwać wiecznie”. Niedawno wydawca zastąpił tę złotą myśl wypowiedzią Waldemara Pawlaka: „Przejdźmy na zieloną stronę mocy”. To rys czasu czy kult Pawlaka?
Myślę, że to nie jest kult Pawlaka. Wicepremier ucieka od wizerunku wodzowskiego, który przez jakiś czas ograniczał jego obecność w mediach. To znak czasu. W wielu instytucjach – na uczelniach, w muzeach, teatrach – stare hasła, tradycyjnie osadzone w świadomości zastąpione zostały bardziej chwytliwymi marketingowo.
Ale tenże „Zielony Sztandar” równocześnie – w języku, sposobie redagowania, formie – przypomina gazety z czasów Gomułki.
Skąd bierze się ta archaiczność?
Z powodów zawodowych zdarza mi się przeglądać i takie gazety. Należałoby poddać analizie stopkę redakcyjną. Poziom prasy partyjnej jest zależny od pokolenia ludzi, którzy ją redagują. Ale jest także zależny od finansów. Najlepsze teksty publicystyczne kosztują. Jeśli zaś zespół redakcyjny trwa przez lata w tym samym składzie, jest hermetyczny, to i sposób komunikowania będzie archaiczny. Nie bez znaczenia jest też gotowość do zmiany layoutu, interaktywności, multimediów, które mogłyby odmienić wizerunek tytułu. We wszystkich działaniach inspirujących przy redagowaniu prasy partyjnej konieczna jest świadomość roli konkretnego tytułu w komunikowaniu politycznym, odpowiedź na pytanie: jakiego użyć narzędzia w dotarciu do stale się zmieniającego elektoratu? I jaki budżet możemy przeznaczyć na te zmiany?
Jakie wizje świata przekazują gazety partyjne?
Takie wizje, jakie odzwierciedlają deklaracje programowe. Ten problem dostrzegam przez pryzmat dyskursu politycznego – o salonie i antysalonie – jaki przetoczył się przez polskie media 3-4 lata temu. W mediach głównego nurtu mamy widoczne wyraźne opcje polityczne, a w prasie partyjnej obraz zależny od programu, widocznego w expose przywódców.
A nie jest tak, że jedyną partią, która nie potrzebuje własnego biuletynu, tuby propagandowej, jest partia rządząca? Media głównego nurtu – TVN, Polsat czy TVP – w ocenie wielu medioznawców wyrażają poglądy Platformy Obywatelskiej.
Czy odzwierciedlają poglądy partii rządzącej, czy jest to polityka informacyjna rządu uprawiana przy pomocy mediów głównego nurtu, docierających do najszerszych grup odbiorców? Jest bardzo cienka granica między podatnością mediów na manipulowanie przez pijarowców i przekazywanie treści propagandowych a realizacją polityki informacyjnej. Aby stwierdzić stan faktyczny należałoby zanalizować programy informacyjne, w analizie zawartości sprawdzić w jakim stopniu partia rządząca przekłada swoje treści programowe na agendę medialną, a dalej na odbiorców. Takie badania są prowadzone, ale wycinkowo, nie kompleksowo. Nie umiemy więc postawić tezy o propagandzie w tym kontekście. Poza tym postawienie takiej tezy komplikuje fakt, że pojęcia: propagandy, manipulacji, rozpowszechniania treści mają zatarte granice. Narzędzia uznawane powszechnie za propagandowe w niektórych ujęciach takimi nie są.
