Z Piotrem Najsztubem o dziennikarstwie, poganianiu lemingów i mocach zgubnych dla mężczyzn w pewnym wieku rozmawia Kajus Augustyniak.

Piotr Najsztub, ur. 1962, dziennikarz „Wprost”. Absolwent LO w Żninie, PWSSP w Poznaniu (grafika). Pracował w Gazecie Wyborczej, TVP, Polsacie, TVN, RMF FM, był zastępcą redaktora naczelnego „Vivy” i redaktorem naczelnym „Przekroju”. Współtwórca serialu „Czwarta władza”, właściciel warszawskiej restauracji „Przegryź”.
Ile wywiadów Pan przeprowadził?
Nigdy tego nie liczyłem. Można się pokusić o pewien szacunek. Wywiady prasowe robię co tydzień od dwunastu lat. Do tego jeszcze piszę do „Vivy”. Przeprowadziłem więc pewnie około siedmiuset rozmów prasowych i z dwieście telewizyjnych. Do tego dochodzi kilkadziesiąt radiowych.
Czytałem w Pańskim wykonaniu rozmowy na tematy osobiste, ale czasem jedzie Pan ostro po polityce. O czym najchętniej Pan rozmawia?
Mnie interesuje przede wszystkim człowiek. Poza tym, gdy przeprowadzam wywiady dla „Wprost”, mam pytania wynikające z czasów, w których jesteśmy. Na przykład wielu pytałem, co myślą o możliwości powołania niezależnej komisji do zbadania katastrofy smoleńskiej. Po pierwsze, żeby usłyszeć ich opinie, a być może też, by z tych opinii zrobiła się jakaś taka mini opinia publiczna. Myślę, że interesuje mnie też stosunek do rzeczy ostatecznych. Do śmierci albo do prawdy, albo do jakichś emocji.
A zaskoczyło Pana, gdy Jerzy Owsiak opowiedział się za powołaniem takiej komisji?
W wywiadzie opublikowanym jest napisane, że opowiedział się „za”, ale w pierwszej chwili mówił: „zaraz, ale wytłumacz mi, o co chodzi”. Wytłumaczyłem mu, że był taki pomysł profesora Kleibera, żeby zebrać niezależnych międzynarodowych ekspertów. Zastanawiał się, ale w końcu mówi: „dobra, to właściwie mi się podoba”. Podobnie było z Moniką Olejnik, która w pierwszej chwili trochę się żachnęła, potem żeśmy o tym porozmawiali, w finale ludzie przeczytali w wywiadzie, że ona jest „za”. Ale to było poprzedzone krótką dyskusją między nami, której nie warto było publikować, bo nie wnosiła wiele do meritum.
Czy czuje się Pan dziennikarzem politycznym?
Nie. Myślę, że to są czasy, w których mam emocje polityczne, najsilniejsze w ostatnich latach, poza początkiem i potem połową lat dziewięćdziesiątych. Miałem je w czasie rządów PiS, gdyż uważałem, że w szczególności służby specjalne prokuratury znalazły się w rękach ludzi, którzy ją używają do prywatnych celów albo do zdobywania i poszerzania władzy. I w tych trzech momentach czułem się dziennikarzem politycznym, walczyłem słowem o inną politykę. Rządy Jarosława Kaczyńskiego, a w szczególności Zbigniewa Ziobry, spowodowały, że poczułem młodzieńczą pewność, że wiem, co mam zrobić i muszę to zrobić.
Skoro Pańska postawa wynika z przesłanek moralno-emocjonalnych, to jak zareagował Pan na niedawne doniesienia mediów o ogromnej liczbie podsłuchów w Polsce za rządów PO, w skali niespotykanej gdzie indziej w Europie?
To jest oczywiście smutne, momentami nawet przerażające. Zawsze byłem zwolennikiem ograniczenia ilości służb i zmiany prawa, pozwalającego im robić to w sposób bezkarny, bez zgody sądu. Natomiast nie widzę dzisiaj w przestrzeni publicznej, w wykonaniu władzy, wykorzystywania tych bilingów. Za rządów PiS problemem było to, że służby może podsłuchiwały trochę mniej, niemniej lubiły to upubliczniać. Używały tych podsłuchów do zdobywania i poszerzania władzy. U Platformy tego pociągu nie widzę, więc rozumiem, że to jest trochę tak, że oficerowie, ludzie odpowiedzialni w służbach, którzy walczą o zwiększenie tych podsłuchów, wytłumaczyli Platformie, że to nieszkodliwe, i że oni to będą robili dla bezpieczeństwa państwa. A Platformie zależy tylko na tym, żeby tego nie używać w walce politycznej. Myślę, że to jest taki mechanizm i w tym sensie on mnie mniej oburza, natomiast nie zmienia to faktu, że w Polsce służby tego nadużywają.
Zresztą, ja w swoich wywiadach, nawet jak rozmawiam z Bogu ducha winnym politykiem, to rzucam się na tę prokuraturę. To jest jedyny relikt z PRL, który pozostał niewzruszony, a ci ludzie decydują o życiu i mieniu często niewinnych ludzi, traktując ich w sposób karygodny. I w wywiadach też o tym często mówię, bo dyskutujemy o niezależności prokuratury, o oddzieleniu stanowisk ministra sprawiedliwości od prokuratora generalnego, a to są bajki. Moim zdaniem ma powstać ustawa, która każe prokuratorowi zakończyć postępowanie w sześć miesięcy i skierować akt oskarżenia albo delikwenta wypuścić. Po prostu. Żeby to było w cywilizowany sposób. Jestem z tego pokolenia, które poczuło na sobie bezkarność prokuratorów i wiem jak dalece człowiek jest w tej machinie bezwolny. A czytamy tysiące przykładów w prasie lokalnej i ogólnopolskiej, kiedy ci prokuratorzy z lenistwa, złośliwości, albo ze złej woli lub niewiedzy łamią ludziom życie zupełnie bezkarnie. I tu mam te emocje cały czas. Można powiedzieć „polityczne”, choć ja bym je nazwał raczej „humanitarne”.
Mam wrażenie, że – wynika to także z Pańskich wywiadów – Pan się świadomie wpisuje na listę lemingów. Nawet używa Pan tego określenia w rozmowie z Jerzym Owsiakiem.
Ale jak na leminga jestem trochę za stary. Mam pięćdziesiąt lat. Ponadto zdaniem tych, którzy wymyślili określenie „leming”, to ja jestem raczej poganiaczem lemingów. Czyli pomagam władzy – zdaniem twórców tego określenia – utrzymywać lemingi w jakiej takiej karności. W tym sensie, doktrynalnie, lemingiem być nie mogę. Natomiast jestem zwolennikiem racjonalności. Jeśli to mnie sytuuje wśród tych futerkowych zwierząt, to proszę bardzo.
We wspomnianej rozmowie z Owsiakiem były chwile, w których Pan pchał go w stronę polityki, a on się bronił…
Nie wszystko, co wypowiadam w wywiadach, to są moje poglądy, choć w dużej mierze tak. Rozmawiając często wkładam sobie w usta nawet skrajne zdania, bo moim zadaniem, jest spowodować, żeby mój bohater się określił, żeby wypowiedział swój pogląd, w miarę ostry.
Szefował Pan w „Vivie”, szefował Pan „Przekrojowi”. Tęskni Pan za kierowaniem redakcją?
Nie. W „Vivie” byłem wicenaczelnym, takim człowiekiem od wymyślania, a to tematów, a to tytułów, a to zdjęć. Jedyny raz, kiedy byłem naprawdę szefem, to był „Przekrój”. I zostałem tym szefem przekraczając swoje kompetencje, czego nie taiłem ani przed zespołem, ani przed wydawcą, Potem, jak mi się wydaje, tego się nauczyłem. Poczułem tę zgubną dla mężczyzny w pewnym wieku siłę i moc. Korzystałem z niej, jak mi się wydawało, z jednej strony w sposób natchniony, a z drugiej bez większych szkód ludzkich w zespole. I koniec.
A patrząc na „Przekrój” nie żałuje Pan, w jakim kierunku poszedł? Ja chętniej czytałem „Przekrój” za czasów PRL…
Nie ma co go żałować, bo dzisiejszy „Przekrój” jest zupełnie inną gazetą, już pomijam PRL, niż ta, którą ja starałem się robić. Wtedy to miał być tygodnik czasu wolnego, niepozbawiony spostrzeżeń politycznych, czy nawet poglądów, bo byliśmy jedynym tygodnikiem, który potępiał wojnę w Iraku, a potem w Afganistanie. „Przekrój” pod wodzą Romka Kurkiewicza próbuje stać się zbiorem idei, skrzydłami, pod którymi mają się zebrać ci, którzy w nie wierzą. To już nie jest gazeta, to jakaś kuźnia poglądów, nowy twór. Mam nadzieję, że wydawcy starczy cierpliwości, bo żeby taki twór znalazł w końcu czytelników, to musi ich sobie wychować. To zajmuje parę lat. Ale kibicuję temu „Przekrojowi”. Mimo, że ma mało pieniędzy, to jest na tyle wyrazisty, że w tych rozmemłanych dzisiejszych czasach polaryzuje. A w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby ludzie nabierali poglądów, szczególnie młodzi, bo inaczej będą jak taki puch unoszony na wietrze. Muszą trochę nabrać ciężkości,
Rozumiem więc, że będzie Pan tę polaryzację wśród młodych popierał bez względu na to, czy będą to ludzie spod znaku „Przekroju”, czy lemingi, czy moherowcy?
Tak, dopóki rzeczy nie wchodzą w takie obszary, których się boję, czyli na przykład w miłość do ojczyzny posuniętą do nienawiści do obcych. O to w gruncie rzeczy chodzi, żeby ludzie za młodu dowiadywali się o sobie, kim są i jakiego chcą świata, dopóki ten świat nie będzie groźny dla innych…
Kiedy Tomasz Lis opuszczał „Wprost”, za nim poszło grono dziennikarzy. Pan został.
To stało się w sposób naturalny. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Miałem umowę do końca czerwca. Umów dotrzymuję. Pierwszy raz pracowałem z Tomkiem. Widziałem ten jego pęd do tego, żeby rzeczy się działy, żeby to było głośne. W tym względzie uważam, że to jest człowiek sukcesu. Już pomijam, że we mnie nie ma takiego parcia na sukces, we mnie jest raczej przyglądanie się rzeczywistości. Też nie sądzę, żebym tam był potrzebny, bo po co.
Ma Pan własną restaurację. W jednym z wywiadów dopuszczał Pan możliwość zupełnego pożegnania się z dziennikarstwem…
Nie wykluczam tego. Dość uporczywie tkwię na tym rynku. Są młodzi, blokuję im miejsce. Z drugiej strony, jak poczuję taką jałowość zadawanych pytań, redagowanych odpowiedzi, to muszę mieć wtedy coś z sobą do zrobienia. Ludzie tego nie wiedzą, że gdyby porównać godziny, w których gotuję i te, w których jestem na dziennikarstwie, to już dziś „Przegryź” ma zdecydowaną przewagę. Potrafię sobie wyobrazić świat, w którym jestem tylko kucharzem albo restauratorem i już nie zanudzam ludzi swoimi pytaniami.
zdjęcie: źródło pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Najsztub
