Z Romanem Czejarkiem o kryzysie, transformacji i dziwolągach w polskich mediach rozmawia Wiesław Łuka.

Roman Czejarek - dziennikarz prasowy, radiowy, telewizyjny, depeszowiec agencyjny, pisarz, fotograf, operator filmowy, menadżer w mediach, medioznawca, wykładowca akademicki w uczelniach polskich i kanadyjskich; prezenter i konferansjer.

Z którym z tych fachów wiążesz największe nadzieje w dobie wieszczącej kryzys mediów tradycyjnych?

Z każdym, bo każdy lubię. A po drugie – miałem szczęście sprawdzić, że w kilku z nich nieźle sobie radzę w wyjątkowo ekstremalnych warunkach. Pięć lat temu Jerzy Majcherczyk, emigrant z Polski z czasu stanu wojennego, kompletował załogę międzynarodowej wyprawy do największego w świecie kanionu – peruwiańskiej Colci Condor.  Ekspedycji patronowała największa amerykańska organizacja odkrywców, a uczestniczyli w niej wybitni specjaliści, którym brakowało kogoś, kto potrafiłby obsłużyć  profesjonalny sprzęt fotograficzny, filmowy, łączności satelitarnej, a także wykonać robotę dziennikarską no i mieć krzepę do wspinaczki wysokogórskiej. Dzięki przyjaciołom dostałem się do tej ekipy. Wdrapaliśmy się na ośnieżoną wysokość 5 i pół kilometra w peruwiańskich Andach, potem zeszliśmy po pionowej ścianie do dna kanionu na głębokość 3 i pół kilometra. Nad rwącą tam rzeką panował półmrok, a członek ekipy, medalista olimpijski w kajakarstwie górskim instruował nas, jak pokonywać kajakami i pontonami m.in. wodospady wysokie na kilkanaście pięter. Nikt w tych czeluściach nie był przed nami od pięciuset lat, od czasów Inków, którzy w dziurach skalnych ścian kanionu – właśnie w colcach - chowali mumie swoich wybitnych ziomków. I to zbadanie tego cmentarzyska było jednym z głównych celów naszej wyprawy.

I jakie były twoje wrażenia?

Gdy zobaczyłem pierwszą z mumii (kobiety z długim warkoczem i paznokciami na dwadzieścia  centymetrów, bo rosły jeszcze po jej śmierci), gdy ją fotografowałem i filmowałem, miałem wrażenie, że jej pochówek odbył się… przed tygodniem; w tamtych warunkach świetnie się zakonserwowała. Szef Majcherczyk już wcześniej próbował zejść na dno kanionu, ale bez sukcesu. Odniósł go dopiero w 2008 roku w zorganizowanej przez siebie naszej ekipie polsko-peruwiańsko-amerykańskiej. Badaliśmy mumie Inków „jak żywe”, ale jedynymi naprawdę żywymi na tej głębokości stworzeniami były kondory, największe ptaszyska świata, rozpinające tuż nad nami skrzydła na 3,5 metra; ginący to gatunek, podobno żyje ich tam zaledwie około 30 sztuk. Potomkowie Inków uważają je za święte ptaki.

Mieliście zatem opiekę bogów…Która z twoich specjalności przydała się najbardziej w tej otchłani?

Najmniej medioznawstwo i konferansjerka. Wszystkie inne – i owszem.  Codziennie wysyłałem polsko-  i angielskojęzyczne depesze do agencji, które się ze mną łączyły drogą satelitarną. Zrobiłem kilka reportaży prasowych i telewizyjnych oraz mnóstwo zdjęć; za późniejsze publikacje i emisje zapłacono tyle, że nie narzekałem. Tam byliśmy jedynymi ludźmi, którzy od czasów starożytnych Inków dotarli do dna Colci i przeszli 30 kilometrów z jej stukilometrowej długości. Natomiast Yurek w kolejnej ekspedycji pokonał ją całą. Opisaliśmy te mumie dla peruwiańskich i amerykańskich uczelni, uczestniczyliśmy w stolicy Peru - Limie w wielkiej konferencji naukowej.  

Czyli do dziennikarstwa dorzuciłeś specjalności wspinacza, grotołaza i badacza „żywych mumii”?

Bardzo bym chciał uczestniczyć w „powtórce z rozrywki” gdziekolwiek, gdzie jeszcze nie stanęła ludzka stopa. Na myśl o tym nigdy nie przestanę czuć dreszczy na plecach.

To dlatego chciałeś być dziennikarzem, co wyznałeś w pierwszej klasie szczecińskiego liceum? Jeszcze wówczas chyba nie znałeś opinii Melchiora Wańkowicza : „Prawdziwy reporter jest pierwszy tam, gdzie przed nim nikogo nie było”.

Chciałem robić w tym fachu, bo miałem ciocię Halinkę, dziennikarkę i jej męża, Henryka Mąkę, też absolwenta warszawskiego dziennikarstwa, marynarza, pisarza marynistę, nagradzanego najwyższymi państwowymi odznaczeniami popularyzatora polskich bander. Mama, księgarka, wiecznie zapracowana, „podrzucała” mnie do cioci, która miała dużo wolnego czasu; pisała do miesięcznika „Magazyn Rodzinny” jeden tekst do kolejnego numeru i  miała czas na dbanie o swój wygląd, własne lektury, chodzenie do teatru, zaś wujek Heniek  przysyłał fascynujące korespondencje z dalekich rejsów statków szczecińskiej Polskiej Żeglugi Morskiej, a po powrocie z nich jeszcze bardziej podniecająco opowiadał; widział dużo, napisał ponad czterdzieści książek ze wszystkich szerokości i długości geograficznych. U cioci podobał mi się „luzik” - jeden tekst w miesiącu - u wujka zapach dalekich mórz i lądów. Gdy jednak przyszła transformacja, profesor Leszek Balcerowicz zrobił to, co zrobił - skończył się „luzik” w redakcjach, ale mimo kotła - dziesięciu zajęć na raz - nie narzekam.

Przed dwudziestu pięciu laty pierwszą nagrodę dziennikarską za debiutancki reportaż radiowy też zdobyłeś za tematykę… cmentarną…

Wypłynąłem na krajowe wody reportażem Kup pan czaszkę. Koledzy, studenci  ze szczecińskiej akademii medycznej na jakiejś imprezie przypadkowo opowiedzieli, jak do nauki anatomii zdobywają za „flaszkę” czaszki i inne ludzkie szczątki – kupują je od grabarzy. To, co kupią, muszą oczyścić z resztek ciała, czyli wygotować. Pokazali mi w akademiku, jak to robią; makabra. Mimochodem zdobyłem fascynujący temat reporterski. Potraktowałem go jako wcieleniówkę. Przed grabarzami grałem studenta medycyny. Z największym trudem pokonałem sprawę nagrywania moich z nimi rozmów, prawie kłótni, bo mi dostarczali nie takie czaszki, jakie „zamówiłem”. Potem nagrałem rozmowę z rektorem Akademii, który mi nie dał wiary; „studenci pana podpuścili” - twierdził. Zarządca cmentarza i prawnicy także nie chcieli uwierzyć w to, co napisałem. Gdy ja oczekiwałem podziękowań za ujawnienie makabrycznego procederu,  ktoś  mi nawet zarzucił akt …„bezczeszczenia zwłok”. Na szczęście nie miałem żadnego problemu z opublikowaniem prasowej wersji reportażu w tygodniku „Polityka”. Jak oni załatwili sprawę cenzury (rok 1987), to już ich tajemnica. Bałem się losu radiowej wersji reportażu. Ku zaskoczeniu jednak „Trójka” od rana zapowiadała ten „kawałek” i puściła go w renomowanym cyklu „Zapraszamy do Trójki”. Przez ówczesną czołówkę reporterów radiowych zostałem zaproszony do radiowej szkoły reportażu nad jezioro Wigry jako najmłodszy uczeń. Za „Czaszki” zdobyłem kilka nagród. Naczelny szczecińskiego periodyku „Morze i Ziemia” zrobił w redakcji szum: kto dopuścił do tego, że miejscowy autor debiutuje w warszawskim tygodniku?  

W dobie ostrej cenzury zadebiutowałeś dziennikarstwem śledczym, a teraz słychać lamenty, że ono „zdycha”.

Lamentów nie odniósłbym  wyłącznie do dziennikarstwa śledczego. Widzimy i czujemy, że całe dziennikarstwo przeżywa dramatyczny czas. Chyba już nie ma powrotu do dobrych, pierwszych lat transformacji, czy nawet czasów PRL. Pytanie brzmi: czy dziennikarstwo wróci do przyzwoitego poziomu? Podłoże kryzysu jest znane – ekonomiczne. W szybkim tempie znika nieodłączna cecha profesjonalnego dziennikarstwa – specjalizacja. Teraz nie ma czasu i pieniędzy na robienie rzetelnego tekstu, czy programu we wszystkich mediach. Rzetelność potrzebuje czasu i kasy. Dziś w większości tradycyjnych redakcji panuje wyścig z Internetem, więc wszyscy robią wszystko, byle tanio i szybko; studenci dziennikarstwa na praktykach dostają zlecenia …darmowego pisania, czy montowania zdobytych neewsów. Godzą się na to, bo chcą się „zaczepić” w firmie. Tymczasem mnie w radiu koledzy wytykają z pretensjami w głosie: Roman, kiedyś robiłeś takie fantastyczne reportaże, a teraz co? – rozrywka, „Lato z radiem”! Wiem, że obecnie balansuję na pograniczu dziennikarstwa i konferansjerki.

Niedawno Grzegorz Miecugow powiedział na tych stronach w Rozmowie Dnia, że dzisiejsze radio, w tym także radio publiczne, jest „bylejakie”. Co ty na to, jako były najmłodszy wiceprezes Polskiego Radia (1994 – 1998), a potem dyrektor Redakcji Kulturalno-Naukowej? 

Redaktor Grzegorz Miecugow zrobił przez lata dla publicznego Radia bardzo wiele; był m.in. szefem „Trójki”. Dla wielu z nas, młodszych. był guru. Jednak z tym jego surowym sądem uogólniającym trudno się zgodzić. On teraz przeszedł do telewizji, a ja mógłbym złośliwie ocenić, że telewizja też jest bylejaka i prasa też. Prawda, że jest w mediach dużo więcej niż kiedyś bylejakości – bo wspomniana wyżej pogoń za pieniądzem i czasem, a rozwój techniki także sprzyja łatwiźnie. Ja sam w kanionie Colca robiłem telefonem komórkowym piękne zdjęcia kondorom, choć oczywiście dysponowałem markowym, kosztownym sprzętem fotograficznym. To oczywiste, że zdjęcia robione drogim sprzętem są bardzo drogie i tylko nieliczne redakcje na nie stać…

We wszystkich  dziedzinach sztuki, również tej pisanej  przez duże „S”, stykamy się z bylejakością, ale także z genialnością.

Internet, telefony komórkowe, portale społecznościowe wpływają z niespotykaną dotąd siłą na radykalną zmienię mediów tradycyjnych. Mówimy o ich kryzysie, ale może wolałbym mówić o transformacji? Powiem przewrotnie: zrobienie dobrego teleturnieju, czy innego programu rozrywkowego często wymaga więcej „potu i krwi” - wiedzy i nakładu pracy, niż stworzenie ambitnego programu edukacyjnego.

Jednak w tym nieuchronnym procesie transformacji media publiczne zbyt łatwo oddają pole komercji i rezygnują z wartości, jaką jest odmieniana przez wszystkie przypadki misyjność…

A co mają robić, jeśli ich budżety dramatycznie chudną? Posłużę się własnym przykładem – robię „Lato z radiem”, które ma kilkudziesięcioletnią tradycję i niezmiennie milionowe audytorium. Nie dostaję na nie ani złotówki z abonamentu. Zatem robię je tak, by zachęcić reklamodawców do sponsorowania i audycji, i towarzyszących jej wielkich koncertów w różnych zakątkach kraju. Jeśli nie mam finansowego wsparcia z zarządu Radia, to nie mogę w imię misyjności obrażać się na sponsorów. Ale nie zapominam także o misyjności, dlatego tak buduję programy audycji i koncertów estradowych pod szyldem Lata, by bardzo wyraźne brzmiały elementy edukacyjne . Na przykład w tym roku  propagujemy i realizujemy akcję ekologiczną (zbieranie i selekcja śmieci oraz surowców wtórnych) oraz zdrowego stylu życia (zdrowe odżywianie i aktywna rekreacja). Zarobionymi pieniędzmi zasilamy budżety m.in. ośrodki pomocy społecznej. Czy chcemy to kontynuować w następnych latach? – chcemy. Czy jest to misyjność? – jest. Czy byłoby jej więcej i w bardziej atrakcyjnej formie, gdybym miał wspomaganie z budżetu Radia? – Byłoby. I byłoby także mniej spoglądania na słupki słuchalności i oglądalności, co ma znaczenie dla reklamodawców i sponsorów. Uważam, że w mediach publicznych będzie o tyle więcej misyjności, o ile mniej reklam. One powinny trafiać wyłącznie do mediów komercyjnych, zaś zwiększone od nich podatki zasilałyby budżet państwa i nasz. Twierdzę, że władza powinna zadbać o stuprocentową ściągalność abonamentu. Jej zaniedbanie w  tej sprawie jest ewidentne.

Prowadzisz wykłady w krajowych uczelniach na temat komunikacji w mediach, miałeś też wykłady w Kanadzie –  co mówisz studentom o polskich środkach masowego przekazu? O czym dyskutujecie?

O tym, że nigdzie na świecie politycy nie zafundowali swoim społeczeństwom, swoim wyborcom takiego dziwoląga jak w Polsce. Nie szukajmy innych przykładów – powiedzmy o strukturze Polskiego Radia. W innych, znanych mi systemach Europy Zachodniej istnieje jedno radio publiczne (i jedna publiczna telewizja). Tymczasem u nas stworzono 17 regionalnych spółek Polskiego Radia. Każda z nich ma swego prezesa, zarząd, radę nadzorczą, radę programową, kilkudziesięciu pracowników administracyjnych oraz …kilku dziennikarzy. Oto efekt tych dziwacznych struktur – jako wiceprezes PR w latach (1994 – 1998) załatwiałem m w Genewie , w Europejskiej Unii Nadawców sprawę transmisji z igrzysk olimpijskich w Atlancie. W pewnym momencie szef Unii, pracownik BCC, wziął mnie na bok i zapytał: kto u was reprezentuje Polskie Radio? Opowiedziałem, że ja. A on mnie informuje, że na biurku ma sześć podań o prawa do transmisji Olimpiady, podpisanych przez kierownictwa Polskiego Radia Katowice i inne spółki regionalne. Ma też podania Polskiego Radia z adresem Myśliwiecka 3/5/7 oraz pod tym samym adresem Polskie Radio Rozgłośnia Regionalna Radio dla Ciebie. Pyta z miną bezradnego: to które radio jest prawdziwym Polskim Radiem? Próbowałem mu rozjaśnić tę gmatwaninę, a on jeszcze bardziej zdumiony rozumował: skoro każde radio jest osobną spółką prawa handlowego, to znaczy, że konkurujecie ze sobą? Absurd! Nie brnąłem w Genewie w dalsze, zawiłe wyjaśnienia.

Ale przed polskimi studentami nie unikniesz dyskusji?

Nie ma siły na likwidację tego dziwoląga, ponieważ partie polityczne nie zrezygnują z szansy obsadzania swoimi ludźmi etatów w mediach - na szczeblu centralnym i na pozostałych szczeblach. Kilkuset polityków i działaczy partyjnych nie zrezygnuje z synekur. Szczytem absurdu była funkcja wiceprezesa PR, którą „obdarowano” magazyniera Samoobrony. W którym z krajów cywilizowanych można coś podobnego znaleźć?  W wielu krajach funkcje prezesów w mediach pełnią fachowcy z nadania politycznego, ale tylko prezesów. A u nas? Nawet stałem się ofiarą jednego z nich. Najgorsze, że ofiarami jesteśmy wszyscy.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl