Z Mariuszem Zielke o aferach na Giełdzie Papierów Wartościowych i traktowaniu dziennikarza w procesach sądowych rozmawia Błażej Torański.
Mariusz Zielke, rocznik 1971. Studiował politykę społeczną na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1999-2009 związany z „Pulsem Biznesu”. W 2005 r. otrzymał nagrodę Grand Press w kategorii „dziennikarstwo śledcze” za teksty o zmowach giełdowych. Trzykrotnie nominowany do tej nagrody. Jest autorem pierwszego polskiego thrillera finansowego pt. „Wyrok”, powieści: „Księga kłamców", „Asurito Sagishi - cnotliwy aferzysta", zbioru opowiadań „Wyspa dla dwojga i inne historie o miłości i zbrodni" oraz jednego z rozdziałów „Biblii dziennikarstwa".
Dlaczego odszedł Pan z „Pulsu Biznesu”?
Dobry artykuł wymaga czasu. Nie pisałem, że coś mi się wydaje, nie zbierałem informacji wyłącznie przez telefon czy z Internetu, musiałem być tego pewny. Jeździłem po sądach, docierałem do dokumentów i ludzi. Nie byłem redakcji potrzebny, bo za długo pracowałem nad materiałem. Zaproponowano mi obniżenie wynagrodzenia. Nie zgodziłem się i rozwiązaliśmy umowę o pracę.
Od kilku lat opisuje Pan grube afery na Giełdzie Papierów Wartościowych, na miarę tej z Amber Gold. Na czym one polegają? Jakie są mechanizmy wyprowadzania milionów złotych do prywatnych kieszeni?
Najczęściej na oszukiwaniu tych, którzy inwestują w akcje. Wmawia im się, że ich pieniądze są dobrze lokowane, że trafnie się nimi zarządza. Tymczasem wyprowadza się je przez rozmaite umowy z małym spółkami na całkowicie inne cele, niż obiecane inwestorom. Na przykład spółka giełdowa X obiecuje, że kupi firmę budowlaną, która za rok będzie warta dwa razy więcej, a więc i akcje wykupione przez inwestorów. Nagle wycofuje się z tej inwestycji, twierdzi, że ta firma budowlana okazała się za droga i ogłasza, że zainwestowane w akcje pieniądze zainwestuje w inny sposób i na przykład kupuje firmę od znajomego prezesa zarządu.
Na GPW jest notowanych aktualnie kilkaset spółek. Jaka jest skala takich machinacji?
Myślę, że niewielka. Takie oszustwa wychodzą przypadkiem. Menedżerowie spółek giełdowych chcą zarobić pieniądze przez uczciwą działalność, ale czasami to nie wychodzi i wtedy okazuje się, że trzeba oszukać, aby nie stracić firmy, wszystkich pieniędzy i reputacji. Wówczas machinacje są już wielomilionowe. Czasem oszustwa mają skalę setek milionów złotych.
Wielkie przekręty występują jednak rzadko, małe są nagminne. Dotyczą drobnego wyprowadzania pieniędzy, nieprawdziwych informacji w komunikatach, „zapomnienie" o poinformowaniu o ważnych ruchach na akcjach, manipulowanie kursami, insider trading czyli wykorzystywanie informacji poufnych - tego jest sporo.
Kilka lat temu opisał Pan w „Pulsie Biznesu” spółkę Electus, która chciała wejść na giełdę, ale wycofała się z emisji obligacji i twierdzi, że z powodu Pana publikacji straciła 74 miliony zł.
Electus należy do notowanej na giełdzie spółki IDM. Chciała pozyskać miliony złotych przez emisję obligacji, aby wykupić długi szpitali. Polega to na tym, że rozkłada się szpitalom spłatę zobowiązań na raty i ściąga je z zyskiem.
Żyją z długów szpitali?
Tym się zajmują, ale z dokumentów wynikało, że z długów szpitali nie mieli specjalnego zysku. Zysk na papierze mieli z odsetek od około 90 milionów złotych pożyczonych przez prezesa spółki i osoby z nim powiązane. Prezes nie wpłacał jednak tych odsetek do kasy, tylko firma w dokumentach mu je podliczała, licząc je jako swój zysk.
Nie wpadł Pan w przerażenie, kiedy Electus oskarżyła Pana o stratę 74 mln zł?
Nie, bo byłem pewien swoich racji. Mój tekst opisywał błędy, jakie ta firma popełniła, nie publikując pewnych informacji w prospekcie. Ważne jest i to, że prezes Electusa, podobnie jak w Amber Gold, był skazany za oszustwo prawomocnym wyrokiem sądu. Był więc osobą, która nie mogła zasiadać w zarządzie spółki, a w niej zasiadała. Inwestorzy, którzy mieli wyłożyć swoje pieniądze - 74 mln zł - powinni wiedzieć, że prezes był zadłużony w firmie, a w przeszłości skazany prawomocnym wyrokiem sądu.
To porażające. Czy wielu prezesów spółek giełdowych ma podobną przeszłość?
Zdecydowana większość zarządzających spółkami giełdowymi to są uczciwi ludzie. Ale nieprawidłowości, o których pisałem, w całości się potwierdziły, a mimo to mam po tej publikacji pięć procesów sądowych, w tym dwa karne.
Jaką zapłacił Pan cenę za te procesy?
To są moje pierwsze procesy, więc jest strach, że któryś przegram. Sądy niestety działają zbyt długo. Sprawy są skomplikowane, a nie stać mnie na pomoc prawną. Bronię się więc sam, ale uważam, że żaden prawnik nie robiłby tego tak dobrze. Dwa procesy wygrałem. Jestem jednak zdania, że sędziowie powinni byli te oskarżenia odrzucić na samym początku, bez rozpatrywania spraw. Wszystko, co opisałem było zgodne z prawdą. Tymczasem jestem oskarżonym, czyli potencjalnym przestępcą. Nasyłano już na mnie kuratora, robiono wywiad środowiskowy.
Tak jest w przypadku każdego, kto jest oskarżony w procesie karnym. Był u Pana dzielnicowy?
Pewnego dnia ktoś zadzwonił do mojego domu w Łomiankach. Widzę, jakiś łysy facet, przyjechał na rowerze, w cywilnych ciuchach. Powiedział, że jest policjantem i kuratorem sądowym, ale nie miał żadnego dokumentu, żeby się wylegitymować. Od razu zaczął do mnie mówić na „ty”, że będzie mnie sprawdzał, robił wywiad środowiskowy. Potraktował mnie, jak gangstera. Dopiero, kiedy się zorientował, że jestem dziennikarzem, a sprawa jest z oskarżenia prywatnego, przeprosił mnie i zaczął się zachowywać poprawnie.
Upokorzenie, to nie jedyna cena, jaką Pan zapłacił. Na przesłuchanie sąd wzywał Pana nie do Warszawy, tylko do … Lubina.
Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Rejonowego Warszawa- Żoliborz. Jak odpowiedziałem na akt oskarżenia, wskazałem jedenastu świadków. Sześciu pochodziło z okolic Lubina, pięciu z Warszawy. Na posiedzeniu niejawnym bez mojego udziału, bez możliwości odwołania się, warszawski sąd podjął decyzję, że z powodu ekonomiki procesowej sprawę powinien rozpatrywać sąd w Lubinie. Wsiadałem więc do pociągu w Warszawie o dwudziestej trzeciej, rano byłem we Wrocławiu, a w Lubinie po dwóch godzinach. Z powrotem w Warszawie byłem około północy. Czasami rozprawa trwała kwadrans, a w podróży spędzałem 24 godziny. Groteska.
Nie mogli Pana przesłuchać w Warszawie?
Starałem się o to, ale odmówiono mi. Poza tym broniłem się sam, nikt mnie nie reprezentował, więc obawiałem się, że bez mojego udziału w procesie, mogę go przegrać. Mojego przeciwnika reprezentowali znani i dobrze opłacani prawnicy.
Pierwsze Pana procesy zaczęły się po publikacjach w „Pulsie Biznesu”. Dlaczego redakcja nie wzięła Pana w obronę?
Gazeta zawarła ugody. Mam do niej duży żal, bo zdecydowaliśmy się wspólnie na ostry materiał dziennikarski, nagłośnienie przekrętów na rynku papierów wartościowych, ale redakcja nie podjęła walki z przeciwnikiem procesowym. To jest nieuczciwe wobec czytelników. Równocześnie rozumiem argumenty szefów, którzy nie chcieli wchodzić w niepewne i długotrwałe procesy sądowe. Redakcyjny prawnik powiedział mi: „Jeżeli pan wierzy w sprawiedliwość w polskich sądach, to może się pan procesować”.
