Z Przemysławem Harczukiem o próbie zakneblowania gazety art. 212 kodeksu karnego rozmawia Błażej Torański.
Przemysław Harczuk, rocznik 1980, dziennikarz, absolwent Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza. Od 2005 roku w "Gazecie Polskiej", pierwszy redaktor naczelny portalu Niezalezna.pl, właściciel i redaktor naczelny portalu i gazety Telegraf 24. Autor materiałów śledczych, politycznych, społecznych.
Sąd zakazał „Gazecie Polskiej Codziennie” publikacji na temat radomskiej firmy Kombud. Czy może Pan o tym mówić?
Zakaz publikacji dotyczy wydawcy gazety. Do mnie żaden zakaz nie dotarł, więc mogę o tym pisać i mówić.
Jak Pan myśli, dlaczego wystąpili do sądu cenzorskim wnioskiem? Chcą coś ukryć przed opinią publiczną?
Pozew i prywatny akt oskarżenia radomskiego Kombudu zaskoczył mnie. Nie napisałem przecież, – jak sugerują pozywający - że działania ich przedsiębiorstwa przyczyniły się do spowodowania katastrofy kolejowej pod Szczekocinami. Napisałem – podobnie, jak podały to „Rzeczpospolita” czy TVN - że jedną z przyczyn mogła być awaria urządzeń, które Kombud montował. Zażądali zakazu pisania o nich, bo w mojej opinii wystraszyli się opisywanych przeze mnie powiązań biznesowo-politycznych.
Jakich?
Chodzi między innymi o bliskie związki kierownictwa Kombudu z układem rządzącym. Ryszard Szczygielski, twórca firmy, obecnie przewodniczący rady nadzorczej, był w komitecie honorowym poparcia kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego. Z kolei Ewa Kopacz, jako minister zdrowia odznaczyła Szczygielskiego z okazji jubileuszu 20-lecia firmy.
Ale - powtórzę za Pana redakcyjną koleżanką, Dorotą Kanią - „może te fakty w żaden sposób się ze sobą nie wiążą”. Dlaczego Kombud wystąpił do sądu przeciwko „GPC”, a nie TVN czy „Rzeczpospolitej”?
W „Gazecie Polskiej Codziennie” niczego nie przesądzaliśmy. Nie rzucaliśmy żadnych oskarżeń. Informacja o tym, że w Szczekocinach mogło dojść do awarii pojawiła się w różnych mediach. My sprawdziliśmy, kto te urządzenia montował.
Teraz Kombud żąda od redakcji pół miliona złotych na Rzecz Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Stróże”. Czy jest to próba wykończenia „Gazety Polskiej”?
Celem ataku ze strony Kombudu jest chęć zniszczenia naszej gazety. Pisma wyjątkowo niewygodnego dla obecnie rządzących. Żądanie wpłacenia pół miliona złotych jest próbą zakneblowania nam ust. Podobnie jak oskarżenie mnie i redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza – z art. 212 kodeksu karnego. Ten skandaliczny przepis wywodzi się jeszcze ze stanu wojennego i pozwala dziennikarza wsadzić do więzienia nawet, jeśli napisał prawdę.
To tylko teoria. W praktyce znam tylko jeden przypadek, gdy dziennikarz trafił do więzienia: Robert Rewiński, za publikacje w „Gazecie Wyborczej”.
Nie zmienia to faktu, że prawo przewiduje możliwość wsadzenia dziennikarza do więzienia. Jeśli nawet wyrok sądu jest mniej surowy, dziennikarz skazany z art. 212 trafia do rejestru osób karanych. Osoba taka nie może się ubiegać o stanowiska państwowe czy pracę, która wymaga niekaralności. De facto, w myśl prawa staje się przestępcą, traktowanym na równi ze złodziejem. Artykuł 212 to przepis archaiczny, powinien być jak najszybciej zniesiony.
Opinie są podzielone. Dr Joanna Taczkowska z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (od ojca Rydzyka) uważa, że po wykreśleniu art. 212 kk wydawcy „uzyskają absolutną swobodę nie tylko głoszenia każdego poglądu, ale także publikacji oszczerstw”.
W mojej ocenie argument całkowicie chybiony. Przecież dziennikarzy, którzy kłamią lub nie wykazują należytej staranności, można pociągnąć do odpowiedzialności cywilnej. To wystarczająca sankcja.
Pana zdaniem to tylko zbieg okoliczności, że mąż Julii Pitery – Paweł – także żąda od „Gazety Polskiej” pół miliona odszkodowania za inna publikację?
Sama Julia Pitera przyznała, że chodzi o wykończenie „Gazety” i zamknięcie ust dziennikarzowi.
Czy w sprawie Kombudu skierowaliście już skargę do Europejskiej Federacji Dziennikarzy i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu?
Jeszcze w tym tygodniu zwrócimy się do EFD oraz do do kilku innych poważnych organizacji dziennikarskich. Z kolei Trybunał w Strassburgu sprawy rozpatruje dopiero po wyczerpaniu wszystkich prawnych możliwości w Polsce. Jestem przekonany, że proces wygramy i skarga do Trybunału nie będzie konieczna.
