Grzegorzem Lindenbergiem o tym, jak ocenia dzisiaj „Super Express”, który stworzył  20 lat temu rozmawia Błażej Torański.



Grzegorz Lindenberg, rocznik 1955, dziennikarz,  dr socjologii. Współzałożyciel „Gazety Wyborczej”, pomysłodawca i pierwszy redaktor naczelny „Super Expressu”, od 1996 r. do 2004 r.  członek zarządu Fundacji Stefana Batorego w Warszawie. Od 2001 r. niezależny konsultant.

 

Czyta Pan „Super Express”?

Rzadko. Nie jestem masochistą. Częściej czytam o „Super Expressie” w innych gazetach.

Ale widział Pan zdjęcia Krzysztofa Piesiewicza w damskiej kiecce, wciągającego biały proszek czy płk Mikołaja Przybyła leżącego w kałuży krwi?

Tak, tak.

Czy obecny „Super Express” odbiega od gazety, którą stworzył Pan 20 lat temu?

Radykalnie. To jest typowy tabloid, gazeta, przed którą chciałem polski rynek ochronić.

Co Pana najbardziej zbulwersowało w tabloidalnym „Super Expressie”?

(śmiech) Nie ma chyba jednego tematu. Z tą gazetą jest tak, jakby k.... udawała dziewicę. Redakcja cynicznie wykorzystuje każdą możliwość, żeby zwiększyć sprzedaż, pokazując krew, seks, celebrytów, ohydę. Równocześnie powołuje się na wolność słowa i prawo do informowania opinii publicznej, kiedy wiadomo, że nie chodzi ani o żadną opinię publiczną, ani żeby ludzie więcej się dowiedzieli i zrozumieli, ale by grać na emocjach, co się ma przełożyć na sprzedaż. To mnie denerwuje, chociaż nie bulwersuje

Hipokryzja, obłuda?

Tak, dokładnie tak.

Ostatnio „Super Express” zanurkował w śmietniku, aby opublikować zdjęcia przedmiotów wyrzuconych przez Kamilę Łapicką po śmierci męża: zegarka,  zużytej szczotki, tubki kremu do golenia, starych rachunków. Redaktor naczelny tłumaczy mi: „Ocaliliśmy pamiątki, cenne eksponaty”.

(śmiech) Grzebanie po śmietnikach jest jednym z tradycyjnych narzędzi, jakimi posługują się tabloidy. Ale wiadomo, że „cenne pamiątki” służyły tylko temu, aby móc oskarżyć wdowę po Łapickim, że szarga pamięć zmarłego zanim zdążył ostygnąć. To jest właśnie przykład hipokryzji. Zamiast powiedzieć „chodzi nam o to, żeby komuś dopieprzyć i dzięki temu zwiększymy sprzedaż”, wolą udawać stróżów moralności.

A opublikowanie dokumentu lekarskiego Michała Wiśniewskiego, z którego ma wynikać, że nie wyleczył choroby wenerycznej?

Tego nie wiedziałem. Ale generalnie założenie jest takie, żeby pisać o osobach publicznych, bo czytelnicy maja prawo o nich wszystko wiedzieć. Skąd niby mają takie prawo? O sprawach zdrowotnych piosenkarza opinia nie powinna być informowana. To nie jest polityk, którego choroba może uniemożliwić sprawowanie urzędu.
Co innego, kiedy osoba publiczna opowiada w wywiadach, że trzeba być bezwzględnie wiernym małżonkowi i cnoty rodzinne są najważniejsze, a potem się okazuje, że zdradza i przy okazji złapała HIV. Też bym to opublikował. Odzieranie masek z hipokryzji osób publicznych jest jednym z zadań prasy.

Portal NaTemat napisał ostatnio o redaktorze naczelnym „Super Expressu”, Sławomirze Jastrzębowskim, że ma relatywne podejście do etyki i moralności i szybką karierę zawdzięcza brakowi skrupułów. Równocześnie nie podano na to przykładów, ale czy Pan podziela ten pogląd?

Nie znam go, ale słysząc, co mówi publicznie, zgodziłbym się z tą oceną. Nie można jednak mówić o relatywnym podejściu do etyki i moralności (śmiech). On po prostu nie posiada ani etyki, ani moralności. Robi, co uważa, że zwiększy sprzedaż gazety. Nie kieruje się kompasem moralnym, tylko biznesowym.

Wyniki ma. „SE” sprzedaje się w ponad 162 tys. egzemplarzy. Jakie są granice?

To mniej niż połowa tego co za moich czasów, więc to nie jest jakiś specjalny sukces. Granicą będzie zniknięcie gazety z rynku, co nastąpi wcześniej czy później, nie ze względu na oburzenie czytelników czy mediów tylko ze względu na internet. To jest tylko kwestia osłaniania odwrotu. A do jakich granic może się posunąć „Super Express”? Nie ma takich granic. Wymiar sprawiedliwości nie działa wystarczająco sprawnie w zakresie ochrony prywatności i wizerunku, mimo całkiem dobrych przepisów. Nie sądzę, aby naczelnych „Super Expressu” lub „Faktu” cokolwiek powstrzymywało, z wyjątkiem obawy przed zwolnieniem z pracy za słabe wyniki sprzedaży.

Komu musieliby nacisnąć na odcisk, aby ich puszczono z torbami? Tuskowi? Komorowskiemu? Gudzowatemu? Kulczykowi?

Nie ma takiej możliwości, bo sądy nikomu nie przyznają odszkodowania, które puściłoby tabloidy z torbami. Skoro wymiar sprawiedliwości nie działa, wielu ludzi rezygnuje z dochodzenia swoich racji i odszkodowania. A szkoda, bo regularne pozwy, które kończyłyby się sukcesem, nadszarpnęłyby jednak budżety tych gazet.

Pan krytykuje, a Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Uważam Rze” twierdzi: „w swojej kategorii Jastrzębowski tworzy spójny produkt. Prawicowy tabloid o sprecyzowanych poglądach. Przykuwający uwagę i atrakcyjny dla czytelnika”.

Jeśli coś trafia w odczucia i się dobrze sprzedaje, nie znaczy, że zasługuje na szacunek.  Można podziwiać sprawność działania, która w Oświęcimiu osiągnęła wysoki poziom, ale nie znaczy, że zasługuje ona na szacunek. Wyniki sprzedaży też niekoniecznie. Najpopularniejszy tygodnik w USA, „The Weekly World News” w swoim czasie sprzedający kilka mln egzemplarzy szczycił się tym, że nigdy nie opublikował ani jednej prawdziwej wiadomości.

Zaprosiłby Pan – gdyby nadal kierował „Super Expressem” – Leszka Millera na felietonistę?

Nie, bo nie ma do tego żadnego powodu. Nie przyszłoby mi to do głowy. W „Super Expressie” jest to kwiatek do kożucha, ma pokazać, że „jesteśmy poważną gazetą, nie tabloidem, skoro publikują u nas także poważne osoby”. Ale czy politycy mają coś czytelnikowi do wyjaśnienia? Może okazjonalnie dałbym jemu i politykowi z przeciwnej partii szansę wypowiedzenia się na jakiś temat, ale na stałe na pewno nie.

Sławomir Jastrzębowski na łamach „Uważam Rze” napisał, że „media kontrolują jednak władzę”. Zgadza się Pan?

Bez mediów byłoby na pewno gorzej. Potencjalnie więc ją kontrolują, powstrzymują przed grubszymi naruszeniami norm życia społecznego. Ale kontrolowanie władzy jest kosztowne, dlatego media robią to w niewielkim stopniu. Natomiast na pewno ani „Super Express” ani „Fakt” żadnej władzy nie kontrolują. Najwyżej próbują to wmawiać opinii publicznej, żeby poprawić opinię o sobie albo swoje samopoczucie.

Najskuteczniej kontroluje władzę dziennikarstwo śledcze. Tymczasem ono, właśnie z powodu kosztów, prawie zdechło.

Problemem mediów nie są konszachty z politykami ale gwałtowny spadek przychodów przy utrzymujących się na tym samym poziomie kosztach. Jeśli dziennikarz śledczy przez pół roku pracuje nad materiałem, który potem podnosi sprzedaż gazety przez dwa tygodnie, to się to w żaden sposób gazecie nie rekompensuje. To jest kalkulacja biznesowa, nie polityczna.

Pytanie do proroka: czy rzeczywiście prasa papierowa umrze?

Ze słupków i wykresów wynika, że zniknie. Ale jeśli tak się stanie, to gazety papierowe pociągną za sobą w przepaść prasę internetową, bo sieć jest utrzymywana przez papier. Obawiam się, że tak - że prasa umrze. Na razie wskazują na to wszystkie znaki na niebie i ziemi. Wiele zależy od reklamodawców, którzy przenoszą się teraz do sieci. Przypuszczam, że mniej więcej za pięć lat „Gazeta Wyborcza” będzie się sprzedawała w nakładzie dwudziestu tysięcy. Co i tak będzie sukcesem, bo konkurencji już nie będzie.



 
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl