Z Dawidem Tokarzem o tym dlaczego afera wokół trójmiejskiego funduszu istniała bardziej w blogosferze niż mediach, kto nie brał ogłoszeń od Amber Gold i o tym, jak się pisze o przestępcach w białych kołnierzykach rozmawia Wiktor Świetlik.


 
Dawid Tokarz (rocznik 1978). Od 2000 r. dziennikarz „Pulsu Biznesu”, zajmuje się także dziennikarstwem śledczym. Autor ostatnich głośnych artykułów o spółkach Amber Gold i OLT Express. Pisał m.in. o aferze hazardowej, politycznym nepotyzmie kolejnych rządów, przestępczości kapitałowej i tzw. sprawie Kammelgate. Ma na koncie nominacje do nagród Grand Press i Media Tory.
 




Czy klienci spółki Amber Gold (AG) i linii lotniczych OLT Express nie mają do ciebie pretensji? Gdybyś nie opisał tych firm, może rozwijałyby się dalej, a tak ludzie stracili pieniądze?
 
Chyba nie doceniasz czytelników „Pulsu Biznesu”. Jestem przekonany, że zdecydowana większość z nich nie podziela zdania Marcina Plichty, szefa AG i OLT, który twierdzi, że za tarapaty jego firm odpowiadają m.in. wredne media… Żadnych konkretnych pretensji klientów nie było, raczej naturalne w ich sytuacji pytania o to, co będzie dalej z oszczędnościami ulokowanymi w Amber Gold.
 
O tym, że ta gdańska spółka jest mało wiarygodna mówiło się od wielu miesięcy. Informacje na temat ciemnej przeszłości prezesa firmy pojawiały się na blogach, brakowało jednak tekstów o Amber Gold w tradycyjnych mediach. Czy dziennikarze nie byli w stanie ustalić tego, co jest w stanie ustalić przeciętny inwestor?
 
Nie chciałbym odpowiadać za innych. Trzeba jednak pamiętać, że pierwsze krytyczne teksty o AG pojawiły się w tradycyjnych mediach już w 2010 r., inna sprawa że później zostały kompletnie zarzucone. Do siebie mogę mieć pretensje, że zająłem się tematem dopiero kilka miesięcy temu. Zrobiłem to kiedy kampania marketingowa AG i OLT przybrała już taką skalę, że uznałem że trzeba prześwietlić to „imperium” pana Plichty i jego samego.
 
A propos kampanii. Reklamy AG można było zobaczyć w praktycznie wszystkich mediach, spółka inwestowała w to niebotyczne pieniądze. Może po prostu głupio było źle pisać o dużym reklamodawcy?
 
Mam nadzieję że skala wydatków reklamowych AG nie wpływała na niechęć mediów do zajmowania się tematem. Choć rzeczywiście tak długi okres braku jakichkolwiek tekstów o AG nie jest powodem do dumy dla naszego środowiska. Na szczęście sam jestem w komfortowej sytuacji, bo moja gazeta nigdy nie zamieszczała reklam AG.
 
Dlaczego?
 
Z prostego powodu. AG był na liście ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego i dlatego dział reklamy „Pulsu Biznesu” nie przyjmował od nich zleceń.
 
Przykład AG dobrze pokazuje, że wiele z tego, czego nie można przeczytać w oficjalnych mediach, można dziś znaleźć w sieci. Na ile jest ona dla Ciebie źródłem?
 
Tak w przypadku AG, jak i przy wszystkich innych tematach, jak najszerzej staram się korzystać głównie ze źródeł „papierowych”, takich jak wszelkiego rodzaju rejestry, ewidencje, księgi wieczyste, akta sądowe, prokuratorskie etc. Internet w dzisiejszych czasach to niewątpliwie jedno z najważniejszych źródeł, ale trzeba podchodzić do niego z dużym dystansem. Szczególnie gdy w grę wchodzą tematy trudne, zahaczające o dziennikarstwo śledcze.
 
Sądzisz, że z czasem amatorzy mogą całkiem wypchnąć zawodowców z rynku dziennikarstwa śledczego?
 
Nie wiem, czy dziś w Polsce jeszcze można mówić o dziennikarstwie śledczym z prawdziwego zdarzenia: wszędzie, także w „Pulsie Biznesu” najzwyczajniej w świecie jest na to coraz mniej czasu. A prawdziwe śledztwa wymagają głównie czasu. Właśnie dlatego nie sądzę też, żeby mogli to w dobrej jakości i na dużą skalę robić np. blogerzy. Choć im kibicuję.
 
Jak to jest, że mały „PB” jest w stanie często ciągnąć odważniej tematy śledcze niż duże dzienniki?
 
To, że czasem udaje nam się zrobić coś fajnego, zahaczającego o ten typ dziennikarstwa, to w części rezultat tego, że szczęśliwie nie jesteśmy w żaden sposób uwikłani w bieżące spory polityczne, w tym ten główny: PO z PiS. Przykład? W ubiegłym roku pisałem sporo o tym, jak hojnie Platforma rozdaje swoim członkom posady w spółkach skarbu państwa. Jako że było to tuż przed wyborami parlamentarnymi, wszyscy wokół pytali: jak to, gracie pod PiS? Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi chce zrozumieć, że można nie grać pod nikogo, tylko po prostu próbować robić swoje. Nieskromnie dodam, że dzięki temu, że pracuję w „Pulsie” już 12 lat, to szanowne redaktorstwo wie, że jeśli jakiś tekst ma być dobry, to warto zaczekać na niego trochę dłużej.
 
Spotykałeś się jako dziennikarz śledczy z propozycjami typu: „Pan nie napisze, to się Panu opłaci”...?

Były takie oferty, tak zresztą jak i odwrotne: za napisanie jakiegoś konkretnego materiału. Sam jestem zaskoczony, że tych drugich było nawet więcej. Na szczęście to były incydenty, dałoby się je policzyć na palcach jednej ręki i jednym palcu drugiej.
 
A groźby się pojawiały?

Jakieś tam się zdarzały, zazwyczaj jednak miały mocno zawoalowany charakter i niespecjalnie się nimi przejmowałem. Realnego zagrożenia fizycznego nigdy na szczęście nie odczułem. Chyba że mówimy o groźbach żony, nie zadowolonej z ilości czasu, poświęcanego rodzinie.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl