Z Mariuszem Urbankiem o tym, jak dziennikarz zostaje pisarzem rozmawia Błażej Torański.

Mariusz Urbanek, rocznik 1960, publicysta i pisarz. Z wykształcenia prawnik. W latach 1983-1990 pracował w tygodniku „itd”, później w „Przeglądzie Tygodniowym” (1990-1991) i „Wprost” (1992-1993). W latach 1994–2005 był reporterem w tygodniku „Polityka”, obecnie kieruje działem publicystyki i historii we wrocławskim miesięczniku „Odra”. Jest autorem kilkunastu książek, biografii znanych Polaków, ale także baśni oraz widowisk teatralnych dla dzieci.

Kiedy poczułeś, że przekroczyłeś granicę między dziennikarstwem a literaturą i stałeś się pisarzem?

Bronię się przed słowem pisarz. Pisarzami są Sienkiewicz, Reymont, Miłosz czy Szymborska. To słowo zobowiązuje, ja jestem facetem, który pisze biografie. A moment, kiedy poczułem, że nie jestem kojarzony już tylko z dziennikarstwem, nastąpił, kiedy zadzwonił do mnie Wiesław Uchański, prezes „Iskier”, i zapytał: „Czy nie napisałby pan czegoś dla nas?”. To było jak przekroczenie Rubikonu, bo dotąd to ja proponowałem wydawcom książki. A wtedy ktoś uznał, że piszę w sposób, na którym – nie oszukujmy się - można zarobić. Kończę właśnie dla „Iskier” piątą książkę, ale z dziennikarstwa nie rezygnuję.

Zaczęło się od książki „Polska jest jak obwarzanek” o Piłsudskim.

To rozwinięta moja praca magisterska. Publikowałem w gazetkach studenckich i od pewnego momentu widziałem już, że owszem skończę prawo, bo to pożyteczne dla dziennikarza studia, ale nie będę pracował w tym zawodzie. Dlatego temat pracy wybrałem taki, żeby był prawniczy, ale nie nudny. „Polska jest jak obwarzanek” to historia ustawy o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego: od 1938 roku za lżenie pamięci Marszałka można było pójść na pięć lat do więzienia. Wyszła w efekcie opowieść o II Rzeczypospolitej, z Wańkowiczem, Catem-Mackiewiczem, Boyem-Żeleńskim, Sztaudyngerem w tle. Kłócili się w prasie, a nawet pojedynkowali. Były procesy, polemiki, bijatyki, więc historie znakomicie nadające się do opowiadania.

Po Piłsudskim napisałeś m.in. biografie Wieniawy-Długoszowskiego, Tuwima, ostatnio Broniewskiego, postaci wielokrotnie opisywanych. Co decydowało o wyborze?

Książki o Kisielu, Tyrmandzie, Waldorffie, były pierwszymi biografiami tych ludzi. Broniewski nawet w PRL nie miał porządnej biografii, pewnie dlatego, że byłaby nawet jak na tamte czasy zbyt fałszywa. Owszem, byli opisywani w gazetach, nawet często, ale to były przyczynki. A ja chciałem, żeby moje książki były opowieściami o całym ich życiu. Poza tym fajnie robić coś jako pierwszy.

Na literackiej półce mieścisz się mniej więcej obok Joanny Siedleckiej z tą różnicą, że ona, aby dotrzeć do prawdy,  demistyfikuje swoich bohaterów, zdziera z nich maski.  

Nie siadam do opisywania moich bohaterów z zamiarem obnażenia ich, pokazania tylko ciemnych stron ich życia, wyciągnięcia na światło dzienne wyłącznie kłamstw czy zachowań złych. Ale każda z moich biografii pokazuje także czarną legendę opisywanych osób i nie omija momentów kompromitujących . Przede wszystkim jednak opowiadam o ludziach, którzy prywatnie mnie intrygują, jest w nich coś niebanalnego. Sam chcę dowiedzieć się o nich jak najwięcej, a potem opowiedzieć to Czytelnikom.

Ale co decydowało o wyborze. Czy w przypadku Tuwima kartka, którą znaleziono w kieszeni zmarłego poety: „Dla oszczędności zgaście światło wiekuiste, gdyby mi miało kiedyś zaświecić”?

Myślę, że warto napisać o człowieku, który w ten sposób żegna się że światem. Na Kisiela zdecydowałem się, bo był dla mnie wzorem. Czytałem go od ogólniaka, sam piszę w „Odrze” felietony. Chciałem opisać mistrza, autorytet, ale i człowieka, który bywał nielojalny wobec przyjaciół, co pokazały choćby jego „Dzienniki”. Na Tyrmandzie z kolei uczyłem się prawdy o komunizmie. Pochodzę z małego miasteczka na Opolszczyźnie, z Krapkowic, gdzie w latach 70. odgłosy wielkiej polityki docierały słabo. Kiedy dostałem do przeczytania podziemne wydanie „Dziennika 1954”, edytorsko podłe, wydrukowane maleńką czcionką, to był wstrząs. Opisywał ludzi, którzy świetnie funkcjonowali w mediach, których uważano za autorytety, a „Dzienniku 1954” pokazał ich całkowicie inaczej. W pewnym sensie otworzył mi oczy na historię PRL.

Kiedy „świetlane postaci” kawior popijały szampanem, Tyrmand zamiast obiadu pił herbatę ...

I był przez nich traktowany jak „błazenek”, nawet nie błazen …

… miłośnik jazzu, raróg w kolorowych skarpetkach.

Musieli robić z niego postać godną lekceważenia, jeśli nie w ogóle pogardy, bo to leczyło ich z kompleksów. Tymczasem okazało się, jak bardzo przenikliwym był obserwatorem i publicystą. Chciałem więc spłacić dług za to otwarcie oczu. I przy okazji porozmawiać z bohaterami „Dziennika 1954” czterdzieści lat później. Nie wiedziałem nawet, czy ktoś tę książkę wyda, pisałem „Złego Tyrmanda” bez umowy wydawniczej.

Waldorff?

To jedyna książka, której nie wymyśliłem sam, tylko wydawca. Ja nie byłem przekonany, że to postać ciągle interesująca ludzi. Ale kiedy przeczytałem jego testament, pisany w latach 60., kiedy w życiu publicznym nie było mowy o homoseksualizmie ani dyskusji o związkach partnerskich, wiedziałem, że od tego zacznę. Jerzy Waldorff chciał zabezpieczyć los człowieka, z którym żył od trzydziestu lat, tancerza Mieczysława Jankowskiego. Wiedział, że prawo PRL nie daje Jankowskiemu żadnych praw do spadku. Dlatego zmobilizował całe swoje doświadczenie zawodowe – przed wojną zdążył zrobić aplikację adwokacką – i sporządził testament, który jest dokumentem wstrząsającym. Napisał, że ma świadomość, że po jego śmierci Jankowski może zostać pozbawiony prawa do wspólnego mieszkania i dorobku. Wobec czego prosi władze PRL, aby uwzględniły, że gdyby przez 30 lat wynajmował kucharkę, to przez miesiąc płaciłby jej tyle (w testamencie padały konkretne kwoty), przez rok tyle, a przez 30 lat tyle. Podobnie, gdyby chciał wynajmować sprzątaczkę itp. Wszystkie te funkcje, podsumował, wypełniał w jego domu i życiu Mieczysław. A więc to, co chce mu zostawić, nie jest spadkiem, tylko niewielką częścią zapłaty za jego pracę. Wykorzystał całą swoją wiedzę i talent dziennikarski, żeby zabezpieczyć miłość swego życia. Pomyślałem, że to nie będzie historia o homoseksualizmie czy obyczajowości peerelowskiej, ale historia wielkiej miłości.

Nie bałeś się, że Twoja książka spłonie na stosie?

To była już inna Polska, o 30 lat późniejsza, inny świat, inny odbiór, a jeden z recenzentów potraktował mnie wręcz jako homofoba. Do dziś nie wiem, dlaczego. Byłem za to kilka miesięcy bohaterem portali gejowskich.

Książce o Broniewskim nadałeś tytuł tabloidowy „Broniewski. Miłość, wódka, polityka”. Brzmi, jak u Erica Bogosiana „Seks, prochy i rock and roll”.

Ten podtytuł mógł być naprawdę tabloidowy: „Polak, katolik, alkoholik”, tak, jak Broniewski czasem się przedstawiał. Uznałem jednak, że użycie czegoś, co on sam traktował jako dowcip, byłoby przegięciem. A miłość, wódka i polityka po prostu stanowiły o życiu Broniewskiego. Polityka towarzyszyła mu od momentu, gdy uciekł z gimnazjum, aby wstąpić do Legionów Piłsudskiego. Miłość do wielu kobiet, a kochliwy był strasznie, ważyła na wielu jego decyzjach, w tym najważniejszej: powrocie do PRL. No i wódka, którą pił stale, od 1918 roku. Pytano mnie, dlaczego nie ma w tytule poezji. Ale to akurat jest proste: jest! Ukryta w słowie Broniewski, który był przede wszystkim poetą.

To najlepiej sprzedająca się Twoja książka.

Na rynku jest od listopada ubiegłego roku i miała już siedem dodruków, w sumie 20 tys. egzemplarzy.

Dałoby się za to kupić samochód?

Taki średniej klasy i bez wodotrysków tak.

Żachnąłeś się, kiedy spytałem, co czułeś przekraczając granicę między dziennikarstwem a literaturą, ale filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adam Chmielewski, porównał Cię ze swobodą myślenia do Bertranda Russella. Mówił o Tobie: „Ogromna wiedza, erudycja i brak potrzeby podpierania się cudzym autorytetem”.

Osobiście wykreśliłem to z wywiadu, który ukazał się w wydaniu papierowym wrocławskiej „Gazety Wyborczej”, w cyklu „Czytamy w Polsce”. Byłem wtedy kierownikiem działu kultury i mogłem. Po prostu, jak to przeczytałem, powaliło mnie. Pomyślałem, że facet oszalał. Z drugiej strony - ponieważ jednak nie jest szaleńcem - przyszła mi myśl, że czas umierać, bo nikt nigdy nic lepszego już o mnie nie powie. Ale zastanawiałem się, co ludzie pomyślą, jak to przeczytają? Że upiłem go? Dopisałem? Zapłaciłem? Ocenzurowałem więc profesora, za co wściekł się na mnie następnego dnia. Poszło w Internecie, bo kto inny redagował to wydanie.

Dlaczego tak ceniony autor, jak Ty, dwa razy tracił etat w wielkich tytułach: najpierw w „Polityce”, potem w „Gazecie Wyborczej” we Wrocławiu?

To trochę skutek tego, że mieszkam we Wrocławiu. W dobie Internetu i dziennikarstwa coraz bardziej telefonicznego trudno utrzymywać etaty poza redakcją. „Polityka” zaproponowała mi przejście na umowę zlecenie, a ja poczułem się tym urażony. Ale jak jestem potrzebny, to nadal czasem publikuję w „Polityce”. We wrocławskim oddziale „GW” mój etat zlikwidowano na fali kolejnych redukcji w „Agorze”. Ale właściwie dobrze się złożyło, bo moja praca w oddziale dziennika była coraz bardziej techniczna, nietwórcza. Przestawało mnie to bawić. Brakowało czasu na pisanie książek, a więc robienie tego, co naprawdę lubię. Wiedziałem, że i tak odejdę. Uprzedzono mnie kilka miesięcy.

fot. Martyna Urbanek

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl