Z Robertem Mazurkiem o granicach przyzwoitości, prywatności polityków, lemingach i moherach rozmawia Marek Palczewski.



Robert Mazurek (rocznik 1971). Dziennikarz, publicysta, felietonista „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował dla „Dziennika”, „Frondy”, „Nowego Państwa”, „Tygodnika Powszechnego” i „Wprost”.  W 2005 roku wraz z Igorem Zalewskim prowadził w telewizyjnej Jedynce program „Lekka jazda Mazurka i Zalewskego”.
Od 1998 roku współtworzy wraz z Igorem Zalewskim rubrykę „Z życia koalicji, z życia opozycji” (obecnie na łamach „Uważam Rze”). W 2010 roku został laureatem Złotej Ryby, nagrody im. Macieja Rybińskiego dla najlepszych felietonistów.


SDP przyznało nominacje do Hieny Cezarowi Łazarewiczowi z „Newsweeka” za tekst o Rajmundzie Kaczyńskim. Czy uważa Pan, że ten tekst przekracza jakąś kolejną granicę, poza którą dziennikarze nie powinni się posunąć?

Ja bym nie czynił Łazarewiczowi zarzutu z cytowania anonimowych rozmówców. Samo w sobie nie jest to niczym złym, jeżeli nie jest się w stanie zdobyć ważnych informacji pod nazwiskiem. I to mnie to nie oburza. Ale i mam wrażenie, że artykuł „Newsweeka” przekracza pewną granicę przyzwoitości.

To co Pana oburzyło?

Jedna sprawa, to cytowanie przez anonimowych rozmówców wypowiedzi nieżyjącego człowieka sprzed bardzo wielu lat, gdy bohater tekstu nie może ich już sprostować, gdy w ogóle nie znamy ich kontekstu, niczego. Drugi zarzut jest moim zdaniem jeszcze poważniejszy. Naprawdę nie jest to zgodne ze standardami obowiązującymi w polskim dziennikarstwie, żeby zajmować się pożyciem małżeńskim osób całkowicie prywatnych. Łazarewicz mówi, że sprawa dotyczy ojca byłego prezydenta i byłego premiera, więc nie są anonimowi. Tak, to prawda, ale czy naprawdę do tej pory interesowaliśmy się zdradami małżeńskimi rodziców polityków? Ba, znacznie ciekawsze byłoby życie intymne samych polityków, a nie ich zmarłych rodziców. Tylko jakoś nie zauważyłem, żeby wcześniej Łazarewicz zajmował się pożyciem małżeńskim urzędującego premiera. Żeby była jasność: nie chodzi mi o Donalda Tuska. Nie, Łazarewicz żadnemu premierowi pod kołdrę nie zaglądał. Ciekawe, czy zacznie?

Jak Pan sądzi?

Myślę, że nie. On swój cel, niestety wyłącznie polityczny i cokolwiek nieprzyzwoity, już osiągnął. Opluł, kogo trzeba było opluć. Muszę powiedzieć, że mnie to naprawdę boli, że Cezary Łazarewicz, niegdyś niezły dziennikarz, chce być kiepskim propagandystą. No ale jego wybór, ma do tego prawo... Ale naprawdę dlaczego w taki sposób? Tego nie pojmuję. W Polsce obowiązują pewne standardy, możemy je oczywiście zmienić, proszę bardzo, porozmawiajmy o tym…

A czy nie sądzi Pan, że standardy, o których Pan mówi już zostały zmienione? Czyż nie dokonał tego np. Paweł Zyzak, kiedy w książce o Lechu Wałęsie opowiedział o sikaniu przez Wałęsę do kropielnicy i - powołując się na anonimowych informatorów - o nieślubnym dziecku przyszłego prezydenta?

To dwie zupełnie różne rzeczy. Krotochwilny żart małego chłopca, który sika do kropielnicy nie jest jednak tym samym, co zdrada małżeńska i anegdota o psotnym ministrancie nie szkodzi Wałęsie. Natomiast powtarzanie plotek o nieślubnym dziecku, gdy nie mamy cienia dowodów ma znacznie poważniejszy ciężar gatunkowy. Pracę naukową to kompromituje.

Jeżeli mówimy o zdradach pozamałżeńskich, to o takich  pisał m.in.  Artur Domosławski w biografii Ryszarda Kapuścińskiego. Czy to jest według Pana ta sama kategoria wagowa co zainteresowania Łazarewicza?

Czym innym jest książka, w której pewne kwestie mogą być bardziej zniuansowane, lepiej opisane, pozwalają nam coś zrozumieć, a czym innym krótki tekst dziennikarski. Tutaj, jeśli przedstawia się kogoś jako faceta, który miał romanse, wypowiada o nim bardzo kontrowersyjne tezy, a w dodatku opowiada też ewidentne brednie, bo tam są przekłamania co do faktów. Ale to wszystko sprawy drugorzędne, bo zasadnicza różnica polegają na tym, że  Kapuściński  był gwiazdą literatury i dziennikarstwa, kandydatem do Nobla, a Rajmund Kaczyński był całkowicie anonimowym inżynierem.

Czyli uważa Pan, że nie powinniśmy opisywać prywatnych spraw rodzin polityków?

Spytam inaczej: czy teraz dziennikarze mają napisać tekst o pożyciu intymnym rodziców pana Łazarewicza? Bo przecieź opiszą ojca i matkę znanego dziennikarza? To jest jakiś absurd, jakiś horror! Na litość Boską, co mnie obchodzi jak się prowadzi mama posła X?!

A życie prywatne znanych polityków nie powinno być przedmiotem zainteresowania mediów?

Nie mówię, że nie powinno, tylko mówię, że dotychczas takich standardów nie było. Ustalmy więc, czy jesteśmy „Francuzami”,  czy „Anglikami”. We Francji jeszcze do niedawna nikt nie zajmował się życiem osobistym polityków, a w Anglii jest to oczywiste. No to umówmy się na któryś standard. Ale wtedy bądźmy konsekwentni, bez taryfy ulgowej dla tych, których lubimy. I myślę, że czytelnicy z wypiekami na twarzy poczytaliby o życiu intymnym czołowych polityków...

A może, po prostu, tabloidy pozwalają sobie na coraz więcej, a „Newsweek” dołączył do ich grona? Jest taki portal politykier.pl, jest „Super Express”, są programy w TVN, które wywlekały wszystkie szczegóły z intymnego życia rodziców małej Madzi. Kolejna granica została wtedy przekroczona.

Nie bronię tabloidów, ale też nie chcę ich krytykować, bo bardzo rzadko je czytam. Natomiast mam wrażenie, że nawet tabloidy oszczędzały polityków i nie pisały o ich życiu prywatnym. To się zmieniło, gdy politycy sami zaczęli się zwracać do tabloidów.

Tak było z Kazimierzem Marcinkiewiczem.

Tak, tu inicjatywa wyszła od niego, bo to Marcinkiewicz, kiedy jeszcze był premierem, podjął flirt z tabloidami, a na takim flircie politycy mogą tylko stracić. On myślał, że dziennikarze będą mu jeść z ręki, ale się przeliczył. Poza tym jemu nie zależało na utrzymaniu spraw w tajemnicy, skoro obnosił się ze swoją partnerką, urządzał sobie z nią ustawki fotograficzne.  To przecież nie dlatego, żeby utrzymać wszystko w tajemnicy...

Czy Panu zdarzyło się, żeby w rubryce przegląd tygodnia Mazurka&Zalewskiego, publikowanej w „Uważam Rze”, plotkować o intymnych sprawach polityków?

Bywam w Sejmie od 20 lat, słyszałem wiele plotek o politykach, o ich dolegliwościach, słabościach czy romansach, ale nie przypominam sobie, żebyśmy rozpisywali się o zdradach małżeńskich. Raz jeden tylko, ale to był żarcik, napisaliśmy o plotce, którą opowiadają sobie posłowie SLD: o Edycie Górniak, która miała mieć dziecko z prezydentem Kwaśniewskim. Plotka tak urocza i absurdalna, tak kompletnie kosmiczna, a posłowie opowiadali ją sobie z największym przejęciem i całkiem serio… A kiedy ostatnio aluzyjnie zażartowaliśmy z jednego posła, to przeprosiliśmy.

Z niektórymi pańskimi tekstami mam problem jak je zakwalifikować: czy jako teksty satyryczne czy całkiem poważne. Dużo zamieszania i poważną dyskusję wywołał pański tekst o lemingach.

Co ja biedny na to poradzę, że tekst o lemingach, który był wakacyjnym żartem, został odczytany jak niemal rozprawa socjologiczna? Naprawdę czytajmy ze zrozumieniem (śmiech).

Za ten tekst dostało mi się nie tylko od lemingów, ale i od strony przeciwnej. Zarzucano mi na przykład, że nie opisałem całej złożoności sytuacji. Mnie się wydawało, że ten tekst był czytelny, że to był żart. Widocznie nieudany, widocznie nieśmieszny.

Czy będzie wkrótce tekst o moherach?

Nie wiem czy będzie alfabet moherów. Jedni mnie namawiają, inni równie gorąco odradzają. Ale jeśli powstanie, to mam prośbę do czytelników: możecie uznać, że jest  nieśmieszny, że słaby, ale proszę, nie podchodźcie do niego ze strasznie sierioznym zadęciem.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl