Z Grzegorzem Miecugowem o farcie, sztuce wywiadu i niemożności bycia krystalicznie bezstronnym rozmawia Wiesław Łuka.
Grzegorz Miecugow – redaktor radiowej Trójki, wydawca i prezenter w TVP 1 i w TVN, publicysta prasowy,; laureat m.in. nagród dziennikarskich „Złota Gruszka” i Wiktora za „Szkło kontaktowe”.
Wyznał pan: „Jestem farciarzem, w życiu nie musiałem o nic walczyć – ani o pracę, ani o miłość, ani o szczęście…” A tu nieoczekiwanie wykryto u pana najgroźniejszą chorobę i teraz trzeba walczyć o najwyższą stawkę …
Znów miałem sporo szczęścia, bo przy okazji chronicznego zapalenia oskrzeli i kaszlu wcześnie wykryto jakiś guzek w płucach… coś tam jest, ale niezłośliwe, niewymagające specjalnej ingerencji chirurgicznej, co stwierdził prof. Tadeusz Orłowski…
Czy upublicznienie choroby pomaga w tej walce?
Rok temu w Darłowie, na spotkaniu z czytelnikami i telewidzami byłem w tak podłym nastroju po pierwszej informacji o guzku, że musiałem o tym powiedzieć. Ujawnienie pomogło mnie i myślę, że było ważne dla innych. Przecież coś tam gdzieś każdemu i w każdej chwili może się przydarzyć…Pamiętam, jak przed kilku laty nieodżałowanej pamięci nasz kolega, Marcin Pawłowski na parę tygodni przed śmiercią jeszcze prowadził przed kamerą FAKTY; walczył do ostatnich chwil…A Kamil Durczok też nie krępował się powiedzieć publicznie o swojej walce z rakiem, którą wygrał. Kamil dużo mi pomógł - każde jego słowo w tej sprawie dodaje mi sił. Powtarza: o, stary, tak szybko się nie umiera.
A czytelnicy i telewidzowie również pana wspierają?
Dostaję bardzo wiele telefonów, sms-ów, e-maili. Niektórzy informują mnie o jakichś cudotwórcach i zielarzach, podają ich adresy i często czują się przeze mnie lekceważeni, gdy im odpisuję, że nie mam potrzeby korzystania z cud – terapii.
Inne pana wyznanie: „Zawsze wiedziałem, że nie chcę być dziennikarzem…” I co?
Ojciec w Krakowie był znaną postacią – nie tylko w światku dziennikarskim, jako felietonista i autor kryminałów. Był też „kabareciarzem”, animatorem kultury. Wraz z Tadeuszem Kwiatkowskim i Jackiem Stworą reaktywował słynną Jamę Michalikową. Może miałem jego kompleks, lęk przed zmierzeniem się z jego karierą? A może nie chciałem powtórki banalnego schematu – aktor, syn aktora, piłkarz, syn piłkarza, adwokat, syn adwokata, dziennikarz, syn dziennikarza itd. A jednak …Nawet ukochana polonistka w liceum przestrzegała, że na zamierzanych przeze mnie studiach polonistycznych zanudzę się na śmierć. Podpowiedziała mi filozofię i przestrzegała, aby nie brać jej poważnie. Już w Warszawie dość szybko wpadałem do światka…teatralnego. W offowym Teatrze na Rozdrożu wystawiliśmy m.in. Mury Jacka Kaczmarskiego i Przemka Gintrowskiego. Jednak ta scenka padła w czasie kryzysu początku lat osiemdziesiątych. Znowu, jako farciarz, musiałem się na kogoś przypadkowo natknąć: - przyjaciółka mojej mamy, wieloletnia dziennikarka radiowa, której kotem opiekowałem się w tygodniach jej urlopu, zapytała, czy nie chciałbym sprawdzić się przed mikrofonem Polskiego Radia, bo właśnie są poszukiwane nowe głosy…Poszedłem i zostałem przez lata. Miałem przerwę w stanie wojennym, bo nie chciałem zostać „inspektorem radiowym”. Nawet zamierzałem się wypisać z tego medium, ale nie pozwolono mi, bo ono było jednostką zmilitaryzowaną. Dopiero w 1984 roku wróciłem do zawodu jako quasi-dziennikarz w redakcji dziecięcej. Zaś do informacji wróciłem trzy lata później - zostałem szefem programu Zapraszamy do Trójki.
Dobra okazja do porównań – radio końca PRL-u, potem burzliwa transformacja ustrojowa, no i teraz zmiany koalicji rządzących, ich przechwytywanie mediów publicznych, tzw. walka o łupy, upartyjnienie radia i telewizji…
Najlepsze radio, w jakim pracowałem, to była Trójka końca lat osiemdziesiątych i początku następnej dekady. Mogłem wykazać się w nim, że tak powiem, autorskim stylem i ambitnym programem. Nie było jeszcze żadnej konkurencji stacji prywatnych, żadnej rywalizacji; realizowaliśmy rzeczywiście misję publicznego medium. Dziś konkurencja powoduje, że radio staje się byle jakie. Jest takie określenie, którego ja nie znoszę, ale ono odnosi się do panującego, można powiedzieć, obowiązującego stylu: „radio towarzyszące”. To znaczy – ono ma brzęczeć słuchaczom cały czas w ich miejscach pracy. Ludzie siedzą w biurach, gabinetach, pracowniach naukowych, gdziekolwiek i równocześnie coś im gra lekko, łatwo i przyjemnie. Coś, co nie zmusza do uważnego słuchania. Kiedyś rozgłośnie do mnie mówiły. W czterech programach Polskiego Radia słuchało się komentarzy i dyskusji politycznych, kulturalnych, społecznych, słuchało się teatru Polskiego Radia, reportaży. Dziś to prawie wszystko padło. Choć tych rozgłośni – niby publicznych i prywatnych jest ponad dwadzieścia, to wybór mam dużo mniejszy. To, co pan tu widzi, co wisi na mojej szyi – to jest właśnie radio, z którym się nie rozstaję. Słucham rozgłośni zawodowo, nawet podczas spacerów z psem. Szukam w nich inspiracji, m.in. tematów do mego programu telewizyjnego pt. Inny punkt widzenia.
Radio na telewizję zmienił pan 10 lat temu…
To kolejny dowód na to, że jestem farciarzem. Widocznie byłem na tyle przyzwoitym człowiekiem, że powstająca TVN oceniła mnie jako łakomy kąsek i mnie wessała; potrzebowała wówczas nowych twarzy. Dobrze być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.
Widzi pan szansę na odpartyjnienie mediów publicznych?
Na razie nie zanosi się na to. To powszechnie znana sprawa - od kiedy powstała nowa ustawa medialna w 1992 roku, media elektroniczne, głównie telewizja, w mniejszym stopniu polskie radio, stały się wspomnianym, naturalnym łupem partii. Choć obecna koalicja, głównie Platforma Obywatelska nie chciała „brać” telewizji, to jednak nie oddała jej nam, obywatelom. Nie wiem – może nie chciała oddać, a może nie potrafi tego zrobić. Pracuję w stacji prywatnej, która, jak wiadomo, jest głównie po to, by zarabiać pieniądze. Ale widzę, każdy to widzi, że również TVP skupia się na tym samym. My każdy dzień zaczynamy od analizy słupków oglądalności. Program, który jej nie ma dużej znika z anteny. Przykład - jeśli ludzie chcieli oglądać kolejną konferencję prasową detektywa zaangażowanego w sprawę śmierci Madzi z Sosnowca, to my to pokazywaliśmy. Natomiast jeśli kilka lat temu z badań wyszło, że transmitowana najważniejsza dla kraju debata budżetowa w Sejmie nie miała widowni, to w następnym roku transmisji z niej nie było. Co zaś dotyczy telewizji publicznej, to dopóki ona będzie spółką prawa handlowego, dopóty będzie rozliczna z przychodów przez ministra skarbu. A te są generowane przez reklamy, zaś, co powszechnie wiadomo, reklamodawców interesują słupki oglądalności. Natomiast masową widownię bardziej interesują gwiazdy tańczące na lodzie, niż ambitne programy edukacyjne, kulturalne, czy społeczne. A to przecież one głównie świadczą o misyjności nadawców publicznych. No i warto powtórzyć pytanie: dlaczego politycy nie potrafią doprowadzić do ściągalności abonamentu jako źródła zasilania finansowego mediów publicznych?
W tej chwili przerwy reklamowe na przykład między poranną, powtórkową emisją odcinków seriali, wydłużyły się już do dziesięciu minut…
Przed kilku laty dyskutowałem z kierownictwem TVN pomysł wyprowadzenia reklam z TVP, co by skutkowało podniesieniem ceny ich emisji w stacjach komercyjnych, ale także podniesieniem naszych podatków do skarbu państwa, co wzbogaciłoby źródło finansowania misyjnych programów telewizyjnych i radiowych. Moja firma uznała to za dobry pomysł. To można wszystko wyliczyć i skalkulować tak, by TVP nie straciła na wyprowadzeniu z niej reklam. A wówczas sytuacja stałaby się bardziej klarowna.
Dlaczego po stronie rządowej brak woli rzeczywistej reformy mediów publicznych? – oto jest pytanie, które od lat pozostaje bez odpowiedzi. Ale przejdźmy do pańskich programów telewizyjnych – ambitny, intelektualny program Inny punkt widzenia utrzymuje się na antenie w czasach, gdy media się tabloidyzują…Zaskakuje fakt, że stacja może sobie pozwolić na taki „rodzynek”.
On ma widownię ok. 130- tysięczną, co jest uznane za przyzwoity wynik biorąc pod uwagę jego charakter i bardzo późną porę niedzielnej emisji. Co prawda Szkło kontaktowe ma czterokrotnie większą widownię, ale jest nadawane codziennie i w lepszym czasie. Podobnie jest z cyklem filmowo-dokumentalnym Eva Ewart poleca. Gdyby mój Inny punkt widzenia miał gorszy wskaźnik oglądalności, to by zjechał z anteny. Krytykuje się nas, że przerywamy na reklamę na przykład Lożę prasową czy transmisję z konferencji prasowej jakiejś partii, ale ciągle czujemy jednak presję konkurencji i musimy mieć świadomość, że jesteśmy stacją komercyjną.
Jak się pan przygotowuje do wywiadów, które są dalekie od modnej bylejakości, sensacyjności, plotkarstwa, gwiazdorstwa, lansu celebrytów, natomiast mają często charakter dysput filozoficznych? Wyraża pan w nich m.in. swój niepokój z powodu „chłodu kosmosu”, intryguje pana zagadka naszego pojawienia się na ziemi, czy fakt, że „jedynym konkretem w naszym życiu jest śmierć”.
Jeśli z wybitnym gościem - kosmologiem, biologiem czy fizykiem mam rozmawiać o trudnych problemach, to czytam wszystko, co on już w swojej dziedzinie opublikował. Od lat bardzo dużo czytam dzieł popularyzujących naukę. W wielu tematach czuję się dość swobodnie. To mi wystarcza do zadawania pytań. Najgorzej jest, gdy zaczynają ze sobą rozmawiać dwa autorytety w jakiejś sprawie. Wtedy zachodzi niebezpieczeństwo, że nie znajdą kontaktu z widzem, bo osiągają wysoki pułap abstrakcji. Natomiast moja amatorska wiedza pozwala zadawać pytania zrozumiałe nawet dla przeciętnego odbiorcy, dzięki czemu nie wytwarzam przepaści między nim, a zaproszonym gościem.
Który z rozmówców i czym pana zaskoczył?
Filozof przyrody, kosmolog o międzynarodowej sławie, ks. prof. Michał Heller przyrównał zdobywanie wiedzy do pompowania balonu. Każde nowe odkrycie naukowe powoduje jego rozszerzanie się, ale równocześnie na powierzchni tej bani pojawiają się nowe, tajemnicze punkty i obszary co powoduje, że rodzą się nowe pytania i wątpliwości, o których dotąd nie mieliśmy pojęcia. Na moje pytanie - ile tajemnic świata poznaliśmy? – prof. Heller odpowiedział: może 1%, może mniej.
W wywiadach telewizyjnych i prasowych (w „Przekroju”) wykazuje pan postawę spokoju, refleksji i zdystansowania; jest OK. Natomiast w Szkle kontaktowym oczekiwałbym czasami żywszej reakcji, zwłaszcza na niektóre, „oszołomskie” opinie, wyrażane przez telewidzów dzwoniących na gorąco do programu.
Telewidzowie bardzo często wyrażają jednoznaczne oceny, czego ja nie znoszę. Prawda w każdej sprawie jest zazwyczaj bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje. To wymagałoby dłuższego wyjaśniania. Natomiast idea tego programu, nadawanego przed snem, jest taka, by w miarę możliwości „spuszczać powietrze” z balonów pompowanych wciągu dnia, by obniżać poziom przeżytych napięć. Niektóre sprawy staramy się obracać w żart, by nawet polityka nie zawsze była tak śmiertelnie poważna. Do programu dobierałem komentatorów, którzy potrafią wykazać się dobrodusznością.
Jak studenci oceniają programy i doraźnie komentarze telewizyjne swego wykładowcy, członka Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas?
Nie oceniają, bo nie oglądają telewizji. Ich interesuje głównie Internet. Oni widzą spadającą rolę dziennikarstwa profesjonalnego i problemowego, za to szybko wzrastające znaczenie blogów; w tym również autorstwa polityków. Blog znanego autora ma dziesiątki, setki tysięcy wejść, a ilu czytelników, telewidzów, czy radiosłuchaczy zainteresuje się utworem znanego dziennikarza w tradycyjnych mediach? Rozmawiamy o tym, że być może właśnie tradycyjne, profesjonalne dziennikarstwo prasowe się kończy…
Nie protestują?
Przyjmują tę opinię bez komentarzy. Podaję im również przykład reportażu prasowego, który zniknął z łamów. Co prawda przeszedł do książek, ale to znaczy, że reporterzy przestają być dziennikarzami, a stają się twórcami literatury faktu.
Zatem – co im pan mówi o naszym fachu? Przecież nie maleje popularność studiów dziennikarskich…wręcz przeciwnie…?
Mówię im m.in. że rzetelność dziennikarska wymaga przejścia czterech kroków: po pierwsze - dziennikarz powinien mieć rozeznanie, co ludzi interesuje, a co jest społecznie ważne. Po drugie – powinien wiedzieć, jak i do kogo lub czego dotrzeć, by poznać prawdę o tym, o czym zamierza pisać lub robić program. Po trzecie – musi zrozumieć to, czego się dowiedział lub poznał z osobowych i nieosobowych źródeł. Po czwarte: ma bez manipulacji poinformować o faktach i problemach oraz je wytłumaczyć. Mówię im też, że dziennikarstwo to nie jest propaganda. My nie możemy podchodzić z wcześniej założoną własną tezą polityczną, czy jakąkolwiek inną, do pisanego artykułu czy montowanego programu, by tę tezę udowodnić. To, oczywiście, nie znaczy, że dziennikarz może być krystalicznie bezstronny i zdystansowany.
Zdjęcie z
pl.wikipedia.org/wiki/Grzegorz_Miecugow
