Z Markiem Sobczakiem i Antonim Szpakiem z kabaretu „Klika” o felietonistyce, kabaretach i satyrze rozmawia Marek Palczewski.
Marek Sobczak i Antoni Szpak. W 1975 roku założyli kabaret „Klika”. „Klika” współpracowała z Programem III Polskiego Radia oraz TVP, gdzie kabaret realizował cykliczne programy, m.in. „Szok", „Kontra", „Dwóch takich z kabaretu Klika". Przez ponad 10 lat publikowali teksty satyryczne dla „Szpilek”. Obecnie są felietonistami Tygodnika Angora. W roku 2002 za działalność w kabarecie „Klika” panowie Sobczak i Szpak zostali uhonorowani medalem Zasłużony Działacz Kultury. W czerwcu 2012 zostali laureatami nagrody im. Tadeusza Nowakowskiego - wybitnego pisarza i dziennikarza - przyznawanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, za „tworzone z ironią felietony, poddające krytyce rzeczywistość”.
Dostaliście nagrodę dziennikarską za felietonistykę. Czujecie się bardziej felietonistami, kabareciarzami czy satyrykami?
A.S.: Wszystkim po trosze.
M.S.: Przede wszystkim czujemy się satyrykami.
A.S.: Bo ironia, kpina, szyderstwo wychodzi z każdego naszego tekstu. Jesteśmy satyrykami do kwadratu. Nie umiemy przejść obojętnie obok zjawiska, kiedy możemy coś wytknąć, wbić szpilę, itp. To jest taki zawód.
Czy satyryk może być jednocześnie dziennikarzem? Odwołam do afery z Figurskim i Wojewódzkim. Oni twierdzili, że występowali w programie jako satyrycy, a zostali potraktowani jak dziennikarze.
M.S.: To trzeba rozdzielić: albo jest się satyrykiem i wtedy robi się program stricte satyryczny, albo jest się dziennikarzem. I w tym momencie każda z tych rzeczy wymaga innego podejścia, innego języka. Dam taki przykład: są ludzie, którzy robią program satyryczny w radiu, a równocześnie występują na estradzie i robią też program w telewizji. I oni chcą w tych trzech mediach mówić tym samym językiem. To się nie da. I panowie Figurski i Wojewódzki powinni zdecydować się czy program, który przygotowują i prowadzą jest programem absolutnie satyrycznym, i wtedy rozmawiamy o granicach satyry, które są o wiele bardziej przesunięte niż wtedy, kiedy są dziennikarzami, którzy chcą ludziom coś przekazać, do czegoś przekonać czy coś podkreślić.
A z Ukrainkami? Przegięli?
M.S.: Moim zdaniem przegięli.
A.S.: Oczywiście, przegięli. Taki żart przeszedłby na estradzie, gdy na widowni siedzą ludzie, piją piwko…i tam przechodzą różne wulgaryzmy. I ktoś by powiedział, że to żart rasistowski, ale ten żart by przeszedł, bo tak zwane siekiery latają po programach satyryczno-estradowych. Ale to samo w radiu jest koszmarne. Na estradzie obserwuję widza, widzę jego reakcje…
M.S.: Obserwuję jego mimikę, mogę zagrać twarzą.
A.S.: W radiu jeżeli to jest sensu stricto ostre dziennikarstwo satyryczne, to ja daję słuchaczowi odetchnąć, a nie walę siekierami, bo się robi taka chamówa , jakieś knajactwo i oni się zapomnieli.
M.S.: I pozwolili sobie na coś, co my nazywamy żartami w garderobie.
A.S.: A nie na zewnątrz.
A czy nie uważacie, że w ogóle kultura kabaretowa w Polsce nisko upadła? Są jeszcze kabarety?
M.S. Kabarety z nazwy są. Proszę zauważyć, że w tej chwili nie ma w telewizji programów kabaretowych, satyrycznych bez publiczności. Kiedyś się takie robiło. Teraz nie ma ich w ogóle, ponieważ dziś kabarety nie potrafią pisać scenariusza takiego, który by nie wymagał reakcji publiczności podbijającej puentę.
A.S.: Poza tym jaka jest sytuacja? Jeżeli kabaret li tylko opiera się na przebierankach i modulacji głosu, udawaniu kogoś innego… Niektórzy kabareciarze nie potrafią powiedzieć prostego zdania. W kabarecie powinien być czas na zwykłą konferansjerkę, na zwykłe mówienie do ludzi. My jesteśmy wychowani na takim kabarecie, że nawet jak się skecz odgrywa, to jest majster i jest jakiś jego uczeń. A dziś jeden przez drugiego chcą być śmieszniejsi. To jest rechotanie, a nie ma puenty.
M.S.: To jest łaskotanie pod pachami.
A.S.: Żarty w kabarecie muszą być różne, i mocne i siermiężnie. To co dziś obserwujemy, to nie jest satyra.
Z czego to wynika?
A.S.: Nasi koledzy idą na łatwiznę i lepiej im parodiować serial, bo jest głupawy, ale żeby na przykład pokazać polityka w krzywym zwierciadle, to już trzeba mieć wiedzę o nim, trzeba pomyśleć.
M.S.: Telewizja publiczna zniszczyła prawdziwą satyrę, ponieważ w telewizji nie pokazuje się od lat nic innego poza tymi humorystami, więc ludzie przychodzą na nasz program i dziwią się, że można inaczej.
AS: Są zszokowani, że może być i śmiesznie, i mądrze. Nie zawsze to, co jest śmieszne jest mądre. I generalnie ja ich nie oglądam, niech oni sobie robią, co chcą, ale tam jest duże bezmóżdże. Tekst gdzieś podąża, ale ja pytam się „w jakim kierunku?” Żart, po żarcie, i co, i na żartach się kończy.
M.S.: Poza tym, jak ludzie wyjdą z programu, to gdyby im zadać pytanie „a o czym był ten program”, to nie potrafiliby powiedzieć, poza tym, że było śmiesznie.
Wy oprócz tego, że jesteście kabareciarzami, jesteście również felietonistami w gazecie. Co Wam daje felietonistyka?
M.S. : Ogromną satysfakcję.
AS: Mamy reakcję, są listy do redakcji. Wiemy czy trafiamy takim felietonem w zainteresowania czytelników. Jeżeli np. poruszamy temat in vitro, to pokazujemy swoją postawę, za czym jesteśmy, przekonujemy do swojej tezy lub nie, używamy takich czy innych argumentów, bierzemy udział w dyskusji publicznej. Przychodzą listy. Jedni piszą dziękujemy, bo myślałem, że już zwariowałem , bo można jeszcze tak i tak powiedzieć, a już myślałem, że nie. Inny pisze, wy jesteście komunistami, których trzeba rozstrzelać na przykład, ale to znaczy, że jeden i drugi czytał, że jest to na tyle ważny temat, że go poruszył.
M.S.: Że wywołaliśmy ważny temat, że wywołaliśmy reakcje.
AS: Mało tego. Zmusiliśmy kogoś do odpisania. Obojętnie czy dobrze, czy źle, ale odpisał. Że kogoś to obeszło, mało tego – satysfakcja jest wielka, że możemy reagować bezpośrednio.
M.S.: Z dnia na dzień.
A.S.: Na rzeczy, które się aktualnie dzieją. Ponieważ zawsze interesowaliśmy się polityką, to ..
M.S.: …zawsze chcieliśmy powiedzieć nasze zdanie. I co z tego, że na widowni w czasie naszego występu było 600 osób. Teraz jest 350 tysięcy razy 3, milion ludzi czyta nasze felietony.
AS: Z badań medioznawcy, dr Bajki wynika, że jesteśmy najbardziej czytani w gazecie (Tyg. Angora - red.). W związku z tym jest nam miło, bo wiemy, że ludzie nas czytają, i nawet jeżeli mamy tak zwana zjebkę, że ktoś odsądza nas od czci i wiary, to jego prawo, prawo czytelnika. Nasze prawo jest takie, że piszemy to, co myślimy, jego prawo jest polemizować z nami. Słowem, z tego pisania mamy dużą radochę.
Wywiad nie jest autoryzowany. Marek Sobczak i Antoni Szpak zgodzili się na publikację nieautoryzowanej rozmowy.
Zdj. Marek Palczewski
Z lewej Marek Sobczak, z prawej Antoni Szpak.
