Z Waldemarem Modestowiczem o reżyserii słuchowisk, Hamlecie i młodym pokoleniu rozmawia Marek Palczewski.
Waldemar Modestowicz (ur. 1954). Polski reżyser słuchowisk radiowych, przedstawień teatralnych oraz dubbingu. Ukończył studia historyczne na UAM w Poznaniu, a następnie reżyserię w katowickiej szkole filmowej. Od 1984 r. związany z Polskim Radiem. Od 1992 r. pracuje jako reżyser w Teatrze Polskiego Radia. We wrześniu 2009 roku przejął po Stanisławie Grotowskiej reżyserię powieści radiowej „Matysiakowie”.
Czterokrotny laureat nagrody Grand Prix Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej „Dwa Teatry” w kategorii słuchowisko radiowe (2003, 2006, 2007, 2012); w roku 2012 otrzymał Grand Prix za reżyserię słuchowiska „Hamlet” Williama Szekspira. W 2011 został nagrodzony (wraz z zespołem autorów i realizatorów słuchowiska „Matysiakowie” ) Honorowym Złotym Mikrofonem za „wybitne osiągnięcia artystyczne, wieloletni żywy kontakt ze słuchaczami, za inicjatywy uruchamiające ogromną aktywność społeczną”. Reżyser dubbingów do wielu filmów.
Słuchowisko to dla Pana…?
Sens życia.
Rozumiany jako…
…praca, która daje szczęście, i która sprawia, że czasami czuję się spełnionym artystą.
Patrząc na słuchowisko od strony warsztatowej, czy nie jest tak, że tworzy Pan coś, czego nie można dotknąć, czego nie można zobaczyć?
Rzeczywiście tak to jest, ale to dotyczy także odbioru, ponieważ słuchacze tego, co my tworzymy, nie widzą. Tworzymy rzecz niewidzialną, ale słyszalną. Nasz twór istnieje materialnie, bo są w nim zapisane emocje, słowa i sensy. Myślę, że to jest tak, jak z muzyką - najdoskonalsza jest wtedy, kiedy jest grana, kiedy istnieje w dźwiękach i jest odbierana przez słuchaczy.
Ale, czy można zaprojektować odbiór utworu przez słuchaczy? Kiedy Pan na przykład tworzy słuchowisko w oparciu o dramat, to czy Pan projektuje jak słuchacz je odbierze, czy może jest Pan tylko jednym ze współautorów, a drugim jest słuchacz, a jeszcze innymi są aktorzy, biorący w nim udział?
Myślę, że na pewno jednym ze współautorów jest słuchacz. Skoro to w jego wyobraźni ta rzecz się staje, to on jest jej współautorem. Zakładam, że jest duży margines swobody w tworzeniu utworu przez słuchacza, to znaczy, że on może go stworzyć, dopełnić świat przedstawiony w słuchowisku. Z drugiej strony, oczywiście, ja projektuję i zakładam jakiś odbiór słuchowiska, które reżyseruję. Tak jest z każdą sztuką dramatyczną; na etapie pisania coś zakładamy, że tu na przykład ma być śmiesznie, a tu jakaś puenta, czy moment dramatyczny, a tam rozwiązanie konfliktu, itd. Ja też zakładam wywołanie jakichś emocje, reakcji słuchaczy i spodziewam się, że aktorzy grając swoje role, spowodują te emocje u odbiorcy. Jednocześnie zakładam, że ten odbiorca jest co najmniej tak samo wrażliwy i inteligentny jak ja, więc to słuchowisko robię też jak gdyby dla siebie.
Gdyby miał Pan określić czym jest słuchowisko, to jak by to wyglądało w proporcjach – ile w nim byłoby emocji, ile dźwięku, a ile obrazu, bo przecież mówimy, że jest ono teatrem wyobraźni? A może jest ważniejszy składnik od tych trzech wymienionych?
Myślę, że jednak najważniejszy jest sens, ponieważ za każdym razem jest to zapis jakiejś rozmowy, nawet jeśli jest to monolog, bo monolog też jest rodzajem rozmowy z samym sobą. Za każdym razem to jest jednak przekaz myśli, nawet jeżeli jest emocjonalny, wykrzyczany - myśli złych albo bardzo dobrych, ale zawsze myśli. Ten przekaz dociera do intelektu, buduje jakieś skojarzenia intelektualne u odbiorcy, oczywiście podparte emocjami.
Czy dlatego wybiera Pan utwory Różewicza, a przede wszystkim Szekspira jako adaptacje słuchowiskowe, że – tak jak w przypadku „Hamleta” – są to dzieła, które mają ogromną dawkę emocjonalną i zarazem intelektualną?
Myślę, że właśnie dlatego, a poza tym - prawdę mówiąc - jestem przywiązany do pewnych utworów. Uważam, że są dzieła, które warto byłoby powtarzać w kółko, żeby każde pokolenie miało szansę zapoznania się z nimi; są to dzieła, bez których nasza cywilizacja zginie, przepadnie i zamieni się w mydło. Myślę o wielkich i największych twórcach, i wydaje mi się, że na tym właśnie polega edukacyjna rola radia. Wierzę w jego misję kulturotwórczą, która polega m.in. na przypominaniu, że był Szekspir, że napisał „Hamleta”, i że warto po niego sięgnąć, by go przeczytać, wysłuchać i zrozumieć.
Z jakim przesłaniem tekstu Szekspira chce Pan dotrzeć do młodego człowieka? Co takiego jest w „Hamlecie”, co może go poruszyć?
Cała ta historia jest poruszająca. Hamlet jako buntownik, jako młody twórca, który wkracza w życie i wszędzie widzi obłudę, oszustwo, całą miałkość władzy, widzi nieprawość w społeczeństwie, wśród najbliższych ludzi, w swojej rodzinie, buntuje się przeciwko zastanej sytuacji i wszystko kwestionuje. Wątpi nawet w miłość, w jej sens, mimo, że tak wiele go ten bunt kosztuje. Czyli, jest to historia o zbuntowanym, młodym człowieku, który próbuje się jakoś określić w rzeczywistości, w świecie, który go otacza. Nie ma nic bardziej uniwersalnego - to jest kwintesencja młodości, kwintesencja dojrzewania. Mam nadzieję, że ci młodzi ludzie, do których adresuję to słuchowisko, też przez to przechodzą, bo każde pokolenie jakoś przez to przechodziło na swój sposób. Hamlet jest właśnie o tym.
Kiedy pracował Pan nad słuchowiskową adaptacją „Hamleta”, to co było najtrudniejsze w tej pracy: udźwiękowienie, praca z aktorami, czy jeszcze coś innego?
Najtrudniejsze było wymyślenie obsady, a szczególnie, kto ma być Hamletem. Pomyślałem, że powinien nim być najbardziej obiecujący aktor młodego pokolenia, czyli – według mnie - Marcin Hycnar. Znałem go wcześniej, widziałem „na dyplomie” i w różnych innych miejscach. I dobrze się złożyło, bo Marcin myślał o tym, żeby zagrać kiedyś Hamleta. Dużo gadaliśmy o roli, o tych sądach nad światem, kolejnych momentach szaleństwa, ekstazach, wariactwach, dziwactwach, błazeństwach, i w końcu o śmierci. Okazało się, że jego myślenie jest bardzo zbliżone do mojego, i że bardzo szybko się porozumieliśmy. Miałem w ogóle znakomitą obsadę do tego słuchowiska. Wszyscy aktorzy, których sobie wymarzyłem, mogli byli dostępni. Karolina Gruszka była akurat w Warszawie i zgodziła się zagrać Ofelię.
Kolejną trudnością był dobór tłumaczenia „Hamleta”. Są różne tłumaczenia, ale ja mam zaufanie do Barańczaka. Znam człowieka, bo się wywodzę ze środowiska poznańskiego i jak studiowałem, to on jeszcze był na UAM na filologii polskiej. Znam jego twórczość i uważam go za świetnego tłumacza i świetnego poetę. Wziąłem jego tłumaczenie i nie żałuję, bo po pierwsze, to jest bardzo współczesne i wierne tłumaczenie, a po drugie, to nie jest prawda, co się utarło w środowisku aktorskim, że Barańczaka źle się mówi na scenie, że się go źle gra. Mogę powiedzieć, że świetnie się go gra, i że z dużym zrozumieniem i z dużymi emocjami przebrnęliśmy przez tego barańczakowego Hamleta Szekspira.
Czyli receptą na dobre słuchowisko jest – jak rozumiem – przede wszystkim dobra współpraca z aktorami, odpowiednia obsada, ale chyba i udana współpraca z realizatorem dźwięku, czy oprawcą muzycznym..?
Ja współpracuję ze wspaniałym realizatorem, bardzo twórczym, moim rówieśnikiem, Andrzejem Brzóską. To jest naprawdę postać dużego formatu, jeśli chodzi o teatr radiowy, ale nie tylko. Nagrywaliśmy słuchowisko w dźwięku przestrzennym i chcieliśmy, żeby ta technika była użyta celowo, sensownie, bo nie ma nic gorszego niż eksperymentowanie dla samego eksperymentu. Bardzo szybko dogadaliśmy się, że to, o co nam chodzi, powinno mieć wymiar filmu dźwiękowego: bogatego w dźwięki, w plany akustyczne, takiego trochę z gatunku fantasy, żeby to była historia pełna, a nie oszczędna, właśnie bogata w dźwięki, brawurowo zagrana, i przez to współczesna, że zagrana współcześnie przez młodych aktorów.
Otrzymał Pan za to słuchowisko Nagrodę Grand Prix na tegorocznym Festiwalu w Sopocie „Dwa Teatry”. Czy nie ma Pan jednak wrażenia, że uprawia gatunek, który nie ma przyszłości w naszym kraju?
Nie, nie mam na tym tle kompleksów. Widzę jak mnóstwo ludzi garnie się do tego, żeby robić słuchowiska. Bardzo chętnie sięgają do tej formy reżyserzy filmowi i teatralni. Może to jest dla nich łatwiejsze, prostsze, a może ciekawsze. Poza tym wydaje mi się, że wszędzie teatr radiowy ma się znakomicie. Słuchowiska wydawane są na płytach, kiedy byłem w Niemczech i realizowałem tam niemiecką wersję jednego ze swoich słuchowisk, to natychmiast po realizacji wyszła płyta, która można było kupić.
A jak jest u nas?
U nas trochę to jest jeszcze w pokrzywach…
Czy w Polsce są odbiorcy słuchowisk radiowych?
Myślę, że są. Na przykład festiwal w Sopocie polega na publicznym ich słuchaniu w kinie. I kino jest pełne ludzi, którzy siedzą przy wyciemnionym ekranie. Nic na tym ekranie nie ma, i to dosyć dziwnie wygląda; coś idzie z głośników, wszyscy zasłuchani, reagujący bardzo emocjonalnie.
Kto słucha teatru radiowego?
Słuchowisk słuchają przede wszystkim ludzie w moim wieku. Czy pan zauważył, że ludzie opornie się starzeją. Teraz widzę to na własnym przykładzie, w każdym razie moje pokolenie słucha. Znam wielu artystów, którzy wręcz odrzucają telewizję, nie oglądają telewizji, a wolą słuchać radia. Po takie formy radia artystycznego jak proza czytana w odcinkach, fragmenty literackie, reportaże, czy słuchowiska sięgają oprócz radia publicznego radia komercyjne, na przykład Radio TOK FM, czy wcześniej RMF.
Sądzi Pan, że młodzi ludzie będą zainteresowani takimi formami radiowymi?
Myślę, że to jest nieuniknione, że człowiek, który wkracza w życie, chce się wyróżnić. Że jest mnóstwo młodych ludzi, którzy chcą być kimś więcej niż tylko konsumentami papki telewizyjnej czy serialowej, że oni chcą coś przeczytać, czegoś się dowiedzieć - że są w związku z tym młodzi ludzie, którzy do tego radia trafią. Rola publicznego radia polega na tym, żeby im dostarczać bardziej ambitne treści, więc nie tylko muzykę i wiadomości, które nie różnią się od siebie, niezależnie od tego czy słuchamy Zetki, Eski, czy RMF.
BBC ma kanał słuchowiskowy, gdzie się nadaje tylko słuchowiska, mają one zresztą znakomitą słuchalność. Podobnym zainteresowaniem cieszą się w Niemczech, więc sądzę, że dopóki istnieje radio, a mam nadzieje, że będzie istnieć, będzie miejsce na radio artystyczne, czyli na reportaż artystyczny, na słuchowisko, na audycje literackie, na dobrą muzykę, niekoniecznie udergroundowo-rockową,
…i na mądre słowo.
I na mądre słowo, na mądry komentarz, nie tylko na szczekaczkę polityków. Ciągle mam tę nadzieję.
zdj. M.Palczewski
