Z Henrykiem Martenką o głodzie emocjonalnym, który zaspokajają relacje z podróży rozmawia Błażej Torański.

Henryk Martenka, rocznik 1957. Dziennikarz, reporter, podróżnik, tłumacz. Od kilkunastu lat felietonista tygodnika „Angora”. Autor reporterskich relacji z najważniejszych wydarzeń  swego czasu (np. otwarcie tunelu pod Kanałem la Manche, pogrzeb księżny Diany, wręczenie literackiej Nagrody Nobla Wisławie Szymborskiej, 50-lecie ONZ ). Napisał dziesiątki tekstów, m. in. z Chin, Wietnamu, Japonii, Meksyku, Polinezji Francuskiej, wielu państw Afryki, Bliskiego Wschodu, Ameryki Południowej i Północnej oraz Europy. Jego mistyfikacyjny reportaż z Costaguany („Angora” 1 kwietnia 2008 roku) z okazji rocznicy Conradowskiej) trafił do akademickiego podręcznika „Źródła informacji dla dziennikarza” pod red. K. Wolnego-Zmorzyńskiego, 2008.

Jesteś autorem kilkunastu książek, w tym podróżniczych. Dlaczego nie chcesz trafić pod strzechy?

Każdy autor chce trafić pod strzechy.

Ale w Twoim przypadku nie jest to możliwe, skoro zbiór felietonów „Herosi i łachudry czyli z życia sfer polskich” w jednej z najtańszych księgarń internetowych kosztuje 81,79 zł. Zdecydowanie za drogo, jak na strzechy.

Te książki są przede wszystkim dowodem honoru domu. Zdecydowana większość tekstów była publikowana, przeważnie w „Angorze”. Zważywszy, że numer „Angory” sprzedaje się średnio w nakładzie 346 tysięcy egzemplarzy - co daje mniej więcej półtora miliona czytelników - to oznacza, że moje teksty trafiają pod strzechy. To dlatego do dzisiaj ludzie pamiętają mój najbardziej spektakularny wyczyn, opisany w „Angorze” – objechanie świata w 80 godzin, szlakiem bohatera powieści  Julesa Verne’a. To jest sympatyczne, jak zaczepiają mnie w urzędach czy na ulicy, wspominając tę podróż.

Co takiego – poza lotniskami - można zwiedzić przez 80 godzin?

Nic. To była zabawa dziennikarska, performance. Szczególne wyzwanie, jako że świat linii lotniczych funkcjonuje wyłącznie dzięki spóźnieniom. Sztuką więc było, ale i szczęściem, zdążyć na samolot w misternej siatce połączeń. Zdecydowanie łatwiej lata się po równoleżnikach: z Londynu do Moskwy, z Moskwy do Tokio, stamtąd do Ameryki. Podróż Fileasa Fogga, bohatera „W osiemdziesiąt dni dookoła świata” wiodła południkowo. Koleją i statkami. Z Londynu do Kairu, z Kairu do Bombaju, do Hong Kongu i Japonii. Po przeskoczeniu Pacyfiku znowu koleją z San Francisco do Nowego Jorku. Stamtąd wreszcie do Londynu.

Tobie, dzięki samolotom, było łatwiej.

Niezupełnie. Długo oczekiwałem, aż biuro turystyczne, które sponsorowało tę podróż znajdzie taką siatkę połączeń. Zastosowaliśmy kilka by-passów. Na szczęście miałem tylko bagaż podręczny, przechodziłem z samolotu do samolotu. W ciągu 76 godzin znalazłem się na pokładach jedenastu maszyn.

Co Ci dał ten dziennikarski eksperyment?

Jedną z najważniejszych lekcji, jaką otrzymałem stało się nabycie przekonania, że świat jest niewielki. Nie zapomnę, jak lecąc z Hongkongu zadzwoniłem z pokładu, z telefonu satelitarnego, do domu. Będąc kilkanaście tysięcy kilometrów od domu mogłem spytać, co będzie na obiad. Dzięki takim wynalazkom, jak boeing i telefon, mogłem doznać czegoś, co się tylko pozornie wyklucza. Samolotem pokonywać tysiące kilometrów a za kilka dolarów  skorzystać z urządzenia, dla którego odległość nie istnieje. Zrozumiałem, że nie ma już świata Juliusza Verne’a, gdzie przez wiele tygodni walczy się, by pokonać trudy podróży.

Ale dziennikarstwo podróżnicze nadal wymaga odporności psychicznej i silnego zdrowia. Kto według Ciebie jest wzorcem polskich dziennikarzy podróżników?

Od lat powtarzam, że najlepszym autorem relacji ze świata jest Wojciech Cejrowski. Mówię to bez przekąsu, bo równocześnie ten dziennikarz swoim zachowaniem sam się deprecjonuje. Ale czytam jego reportaże z Ameryki Południowej od kilkunastu lat, kiedy nikt go nie chciał drukować poza „Angorą”. Tymczasem jest autorem, który doskonale czuje i posługuje się bogatą, metaforyczną polszczyzną. Nie jest tylko reporterem. Opisuje kraje, ludzi, przestrzenie, ale w jego tekstach ważna rolę odgrywa też emocjonalna fikcja  i niezbędna kreacja, czyli to, na co czytelnik czeka.

Bo czytelnik oczekuje emocji?

Ależ tak! Czytelnicy, którzy sięgają po teksty podróżnicze o danym miejscu – czy to będzie Ziemia Ognista, czy Wyspa Wielkanocna - wiedzą prawie wszystko. Naoglądali się filmów dokumentalnych, National Geographic lub Lonely Planet, przeczytali wiele książek i w reportażach podróżniczych poszukują walorów, które będą współgrać z ich pamięcią o konkretnym miejscu. To, co czytają w relacjach Cejrowskiego, uzupełnia ich głód emocji.

Co powinno charakteryzować dobrego dziennikarza podróżniczego?

Zgadzam się z Jackiem Hugo-Baderem, że nie każdy, kto jeździ po świecie, jest podróżnikiem. I nie zgadzam się z Jackiem Pałkiewiczem, że podróżnik, który pisze o sobie, jest odkrywcą.  Nie. Jest poszukiwaczem przygód lub turystą. Podróżnikiem jest ktoś, dla kogo podróż ma głębszy sens. Jak choćby lekarz, który dociera do zapadłej wioski na krańcu świata w poszukiwaniu endemicznej choroby.

Jak Elżbieta Dzikowska, która odwiedza dzikie plemiona, ostatnio w chińskich prowincjach Yunnan, Kuejczou, Kansu, Hunan.

Bardzo cenię, co robi i robiła - z Toni Halikiem - Elżbieta Dzikowska. Ale każde pokolenie ma swojego autora i swoją stylistykę pisania o podróżach. Inaczej opowiadało się o podróżach w latach 20. XX wieku, a inaczej w latach 80. Pamiętam rewelacyjne reportaże telewizyjne Ryszarda Czajkowskiego czy Olgierda Budrewicza, książki Aliny i Czesława Centkiewiczów. Pokolenie naszych dzieci też ma swoich autorów, którzy piszą tak, aby uzupełnić emocje ludzi, siedzących przy basenie hotelowym. Każda generacja potrzebuje dziennikarzy podróżników, którzy zaspokoją jej głód emocjonalny.

A jak Ty to robisz? Jaki jest Twój warsztat dziennikarza podróżnika?

Rzadko notuję, bo zapisywanie natychmiast zwalnia z obowiązków pamięć. Wchłaniam, co widzę – obrazy, zapachy, smaki – i staram się, aby to wypaliło we mnie wrażenia. Natomiast już przy pisaniu pomagają mi zdjęcia, protezy pamięci, których robię setki. Widzę na nich kolory, kształty, a nawet zapachy i smaki. Od razu kojarzy mi się potrawa, jaką jadłem w Górach Tamaryszkowych na Mauritiusie albo inna – w podejrzanej dzielnicy w Bombaju. Podczas długiej, kilkutygodniowej podróży, owszem, już notuję. Najważniejsze jest jednak to, co się we mnie osadziło. To, co nie miało znaczenia, zostaje odsiane.

Opisujesz bezosobowo czy subiektywnie?

Zawsze subiektywnie. To bardzo silna, indywidualna relacja. Niekiedy łapię się na tym, że popadam w sentymentalizm, który nie powinien się pojawić w chłodnej relacji, ale ja takich nie piszę. Intuicyjnie myślę, że ludzie, którzy czytają mnie od kilkunastu lat, chcą zobaczyć świat moimi oczami  i przez  moje emocje.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl