Z Filipem Niedenthalem o tym, jak pisać o modzie, a jak o podróżach rozmawia Błażej Torański.
Filip Niedenthal, absolwent London College of Fashion, redaktor naczelny magazynu „Podróże”. Wcześniej był szefem działu moda w miesięczniku „Twój Styl”, pracował dla „Vivy!”, „Przekroju”, „Newsweeka”, „Elle”, publikował w „Conde Nast Traveler”, „The Guardian”, „Dazed & Confused”, „Glamour”.
Który z polskich dziennikarzy podróżników jest najlepiej ubrany?
(śmiech) Wszyscy ubierają się mniej więcej tak samo, jak wymaga tego ich praca. Są więc dobrze ubrani.
Studiował Pan dziennikarstwo modowe w Londynie. Czy polscy dziennikarze potrafią równie kompetentnie pisać o modzie, jak dajmy na to Cathy Horyn z „New York Timesa”?
W Polsce coraz więcej i lepiej pisze się o modzie, ale na takim poziomie jeszcze nikogo nie zauważyłem. Siebie też tak nie oceniam. Horyn jest najlepszą na świecie dziennikarką, jaka pisuje o modzie. Potrafi przedstawić sukienkę, kolekcję, pokaz w kontekście globalnym, wytłumaczyć, dlaczego jest ważna, a przy tym nigdy nie jest górnolotna ani pretensjonalna. Do tego ma historię mody w małym palcu.
Nie ma w polskich mediach odpowiednika jej lekkiego, bezpretensjonalnego stylu?
Nie ma miejsca na krytykę mody. Żadna gazeta nie zatrudnia autora, który zajmowałby się wyłącznie modą, a jak już się o modzie pisze, to jak o dziwacznym zjawisku, a nie o wielkiej, poważnej branży.
Rzeczywiście nie ma forum dla dziennikarzy, recenzji z pokazów. Są jedynie blogi. Dziennikarstwo podróżnicze ma się lepiej?
Zdecydowanie. Ten temat traktuje się poważnie. Wydawane są nie tylko magazyny podróżnicze, ale w wielu gazetach są rubryki, a nawet całe działy.
Z czego to Pana zdaniem wynika, skoro atrakcyjna jest i moda, i podróże?
Wydaje mi się, że podróżowanie jest w Polsce postrzegane jako wyzwanie dla bohaterów, odkrywców dzikich lądów. Jak w „Przygodach Tomka” Szklarskiego. Jako męska potrzeba zdobywania, wymagająca pomysłu i odwagi.
Ma Pan także, jako dziennikarz podróżniczy, patologiczną ciekawość świata i potrzebę silnych wrażeń?
Owszem, mam potrzebę poznawania świata. Ale co do silnych wrażeń, ciągle liczę, że coś mnie zaskoczy, wzbudzi we mnie emocje większe niż na co dzień. Nie potrzebuję jednak każdego dnia zastrzyku adrenaliny, aby się spełniać, uznawać życie za udane. Do podróżowania podchodzę życiowo, praktycznie, „prywatnie”. Nie odkrywam nowych lądów, nie wędruję po górach, nie docieram, jak Elżbieta Dzikowska, do dzikich plemion. Ale lubię poznawać nowe miejsca, przyglądać się ludziom w różnych zakątkach świata.
Co Pana motywuje przy wyborze kierunku podróży?
Ciekawość miejsca, którego jeszcze nie poznałem, często krajobraz. Preferuję kraje zimne, jak Skandynawia. Nowa Zelandia, którą zwiedziłem, z jednej strony wydawała mi się podobna do Anglii, którą dosyć dobrze znam, a z drugiej - niesamowita i egzotyczna. Okazała się zupełnie inna, niż po obejrzeniu „Władcy pierścieni” miałem ją w głowie. Spodziewałem się większej dzikości przyrody, a okazała się jeszcze bardziej „angielska”. Każda łąka wydawała się przystrzyżona, każda owca z chipem w uchu. Co nie znaczy, że wybrzeże, lodowce i wulkany nie imponowały urodą i skalą. Tę Nową Zelandię, której się spodziewałem, odnalazłem dopiero na południowym krańcu Południowej Wyspy, między innymi w Zatoce Milford. Podobne miałem wrażenia podczas pierwszej podróży do Nowego Jorku. Marzyła mi się metropolia ze stali i szkła, a zastałem zapyziałe bloczyska. Z czasem jednak doceniłem paradoksalną małomiasteczkowość tego miasta – każda dzielnica to osobne miasteczko, po alejach hula wiatr, dookoła wszędzie woda. Dziś nie wyobrażam sobie bardziej fascynującego, pobudzającego miasta.
Czego już nauczyły Pana podróże? Zwykle uczą pokory, tolerancji, empatii, szacunku dla innych kultur.
Tego też, ale przede wszystkim, aby nie zakładać z góry, że się wszystko wie. Że można sobie wyobrazić i poukładać w głowie, co się ujrzy. Trzeba być otwartym i przyjmować bez ocen, własnych założeń i oczekiwań, tylko otwarcie czerpać z tego, co dane miejsce ma do zaproponowania i dać się ponieść ...
… fantazji i emocjom?
Ale i stylowi, i rytmowi życia, obyczajom, z którymi nie stykamy się na co dzień.
Kto Pana zaraził pasją podróżowania? Ojciec, Chris Niedenthal, fotograf magazynu „Time”?
Od dziecka wiele podróżowałem. Co prawda nie towarzyszyłem nigdy ojcu podczas reportaży, ale zawsze były jakieś wyjazdy rodzinny, czy to do Babci w Londynie, czy samochodem po Europie. Jak miałem 9 lat przeprowadziliśmy się do Wiednia, tam chodziłem do międzynarodowej szkoły, gdzie moi przyjaciele pochodzili ze Stanów, Japonii, Kenii, Brazylii. Po wakacjach letnich wracaliśmy do Wiednia i opowiadaliśmy sobie o swoich przygodach; ja im o nocnych podchodach w lesie i dzikach na Półwyspie Helskim.
Co według Pana charakteryzuje dobre dziennikarstwo podróżnicze?
Własny punkt widzenia. Wolę teksty bezstronne, które opowiadają o osobistych przeżyciach, ale nie oceniają, nie narzucają żadnego światopoglądu. Mam wrażenie, że w polskiej prasie wiele tekstów pisanych jest bezosobowo, bez smaczków, które czynią, że relacja ożywa.
Kto dla Pana jest wzorem wśród polskich dziennikarzy podróżników?
Wspomnę o Małgorzacie Rejmer, pisarce i autorce, która współpracuje z „Podróżami”. Jej styl, lekkość, poczucie humoru, ale i wnikliwe obserwacje, otwartość na inne kultury i ludzi, tego szukam. Wyrusza w świat z wiedzą, ale daje się zaskoczyć, co opisuje zgrabnie i zabawnie.
