Z Krzysztofem Leskim o formatowaniu i tabloidyzacji mediów, oraz o tym, że dzisiaj niestety każdy może… rozmawia Kajus Augustyniak.

Krzysztof Leski, studiował na PW oraz na Wydziale Historycznym UW. Pracę dziennikarską rozpoczął w latach 1980–1981 jako publicysta prasy wydawanej przez NZS i redaktor naczelny Biuletynu Informacyjnego NZS na PW. W 1981 reporter Agencji Solidarność, po wprowadzeniu stanu wojennego internowany. Po zwolnieniu dołączył do redakcji Tygodnika Mazowsze. W latach 1989-91 reporter i korespondent Gazety Wyborczej. W latach 1990- 2001 współpracował z TVP, w której prowadził m.in. Tylko w jedynce, Spięcie, Klub Dwójki i Wiadomości. W latach 1991-98 komentator polityczny w PRIII. Od 1991 pracował też jako korespondent The Daily Telegraph i BBC World Service. Od 1989 do 1996 wydawał Prawiedziennik Polskiego Echa, publikację przeznaczoną dla emigrantów. W latach 2006-2007 ponownie związany z telewizją, a w latach 2008-2009 z PRI. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Co dzisiaj słychać u Krzysztofa Leskiego?
Jestem głęboko schowany przed światem. Bardzo głęboko.
Ale blogujesz, a na Twoim blogu pojawia się sporo krytycznych uwag pod adresem dzisiejszego dziennikarstwa.
To trochę także pokłosie tego, co się wydarzyło w moim życiu. Rzeczywiście jestem bardzo krytycznie nastawiony do tego, co się dzieje w mediach, z mediami i wokół mediów, aczkolwiek to oczywiście nie znaczy, że winię za to wyłącznie dziennikarzy. Zresztą kiedyś o tym też skrobnąłem. To jest zjawisko zamkniętego koła. Im bardziej media się tabloidyzują, tym bardziej odbiorcy oczekują dalszej tabloidyzacji. Nie akceptuję tego, ale rozumiem. W dobie zalewu wiadomości, informacyjna rola mediów zaczyna przechodzić do historii, bo jest po prostu niewykonalna. Pytanie brzmi, co wybrać?
Dlaczego „niewykonalna”?
Informacji jest zdecydowanie za dużo. Oczywiście media powinny dokonywać selekcji. Selekcji, uogólnień, syntez. Ale to jest po pierwsze bardzo trudne, a po drugie - a dla mnie przede wszystkim – nie jest tym, czego oczekiwałaby zdecydowana większość odbiorców. Odbiorcy oczekują, że przekaże im się syntezę emocjonalną, a nie syntezę treści. I wobec tego mamy to, co mamy. Dla mnie w tych mediach najwyraźniej kompletnie nie ma miejsca.
Co rozumiesz przez „syntezę emocjonalną”? Czy to znaczy, że siedzi sobie pan Kowalski i oczekuje na dawkę emocji, która będzie go zadowalać, głaskać po głowie?
Niekoniecznie zadowalać, ludzie są różni. Czasem lubimy się denerwować. Chodzi o taki rodzaj zdenerwowania, który przynosi coś w rodzaju satysfakcji, może Schadenfreude. Ach, jacy inni są głupi, jacy inni są źli… Różnie zatem z tym bywa. Przede wszystkim człowiek chce usłyszeć potwierdzenie tego, co sam myśli o świecie.
Czy to znaczy, że nie przyjmie informacji niezgodnej z jego poglądem na świat?
Raczej nie.
Na swoim blogu zwracasz uwagę na powstające szwajcarskie pismo, w którym nie będzie dziennikarzy, a internauci w głosowaniu będą decydować o jego zawartości. To właśnie skrajny przykład tego, o czym mówisz?
Tak. Funkcjonuje taki mit, że dziennikarzem może być już każdy. Że rolę mediów przejmuje już blogosfera, a przecież ona ją poniekąd psuje, bo przecież blogosfera nie informuje, a jeżeli już informuje, to najczęściej w sposób nieprawdopodobnie skrzywiony. Blogerzy, którzy sami raczą zarzucać mediom upolitycznienie informacji i opatrywanie jej komentarzem, sami właściwie wyłącznie komentują, chociaż wydaje im się, że opisują rzeczywistość. Ten proces widać po pierwsze w samych mediach, choćby ze względu na odchodzenie ludzi od nich na rzecz Internetu; media zaczęły strasznie oszczędzać i pozbywać się dziennikarzy, którym trzeba płacić, a zatrudniać tych, którym nie trzeba płacić nic albo grosz. Po drugie widać go w Internecie, w którym każdy może coś napisać, coś opublikować i twierdzić, że to jest dziennikarstwo, informacja, publicystyka i tak dalej. Hasło „dziennikarstwo obywatelskie” bardzo by mnie śmieszyło, gdyby nie to, że przez wielu jest traktowane strasznie poważnie. Dziennikarzem może już być absolutnie każdy. O tym szwajcarskim piśmie skrobnąłem jako o przykładzie zjawiska, które jest znacznie szersze, i w którym akurat to przedsięwzięcie ma stosunkowo niewielkie znaczenie, ale symboliczne.
Sam przecież też blogujesz…
Bloguję, ale nie twierdzę, że to jest dziennikarstwo. Nie udaję, że przekazuję tam jakieś informacje. W czasach, w których regularnie siedziałem w Sejmie, zdarzało mi się od czasu do czasu zamieszczać także informacje, ale wtedy było to zwykle jakoś wyraźnie zaznaczone. Niemniej blog oczywiście nie jest medium informacyjnym, nie będzie nim nigdy i nie może do takiego miana pretendować.
Powiedzmy, że pan Kowalski szuka informacji w Internecie. Większość jest prawdziwa, ale nie wszystkie, bo ludzie piszą, co chcą? Co ma robić, jak ma je rozróżnić?
Nic oprócz myślenia nie pomoże…
To jest na swój sposób pocieszające…
Tak, ale myślenie staje się niemodne. Mam na myśli myślenie jako analizowanie informacji. Skoro coraz więcej odbiorców, jak sądzę, gotowych jest przyjąć tylko te informacje, które pasują do ich wizji świata, to siłą rzeczy o żadnej analizie nie ma mowy.
Czy to oznacza, że mamy do czynienia z końcem tradycyjnego dziennikarstwa?
Myślę, że tak. Trudno powiedzieć, czy to już jest ten koniec, czy on nastąpił rok temu, czy też nastąpi za trzy lub za dziesięć lat. To jest proces, który nigdy się tak do końca nie dopełni. Zawsze będą jakieś mniej lub bardziej niszowe miejsca: portale, gazety, rozgłośnie, stacje telewizyjne, które będą uprawiać w miarę rzetelne dziennikarstwo, ale powiadam – to będzie coraz bardziej niszowe i kiedyś prawie zaniknie.
Za komuny mieliśmy napływ nieprawdziwych informacji z mediów tradycyjnych. Dzisiaj będą to informacje niepewne, zakręcone, może zafałszowane?
Nie wiem, czy zafałszowane. W sytuacji, gdy tych informacji jest niebywały nadmiar, trudno mówić o fałszu. Dla każdego synteza będzie inna, „Fałsz” to nie jest dobre słowo, to kwestia wyboru.
Czyli mimo, iż jest coraz mniej tego rzetelnego dziennikarstwa, to każdy odbiorca może mieć o wiele większy dostęp do informacji?
Oczywiście, niewątpliwie Internet niebywale zwiększył dostęp do informacji.
Jak więc przeciętna gazeta będzie wyglądała za parę lat?
Za parę lat wiele się jeszcze nie zmieni. Tabloidyzacja trwa przecież nie rok, nie dwa, a już pewnie lat kilkanaście, na świecie trochę więcej. A zaczęło się to od formatowania. Wydawcy zrozumieli, że dziennikarze mają pisać nie to i nie tak, jak to sobie wyobraża redaktor naczelny, lecz powinni dostarczać takie treści i w taki sposób, żeby to odpowiadało odbiorcom. I zaczęto w profesjonalny sposób badać oczekiwania odbiorców i wytyczać naczelnym, co i jak w związku z tym mają prezentować, pozostawiając im oczywiście spory zakres swobody, choć też zależny od rodzaju medium. Myślę, że skrajnym tego przykładem mogą być rozgłośnie muzyczne, w których teoretycznie autorskie audycje prowadzą bardzo znani prezenterzy wybierając konkretne utwory, w praktyce jednak – poza nielicznymi wyjątkami - muzykę, kolejność nagrań ustala się na podstawie badań preferencji audytorium, badań formatujących. Prezenter może co najwyżej zastanowić się, jak zapowie daną piosenkę. To samo zjawisko, choć może w mniejszym stopniu, mamy we wszystkich mediach. To jest po prostu działanie rynku. Można się na to złościć i ja się na to złoszczę, ale obawiam się, że nie bardzo jest na to sposób, skoro nawet telewizja publiczna i radio publiczne, które, powinny teoretycznie być od tego problemu wolne, wcale od niego wolne nie są. Też muszą konkurować o słuchalność i oglądalność ze stacjami prywatnymi, a zatem uwzględniać badania formatujące.
Aprzecież niektórzy już tęsknią za rzetelną informacją. Czy może być tak, że więcej ludzi się za nią stęskni i będzie bardziej doceniana?
Nie, wręcz przeciwnie, to zapotrzebowanie będzie malało. Maleje i będzie malało.
zdj. Jan Słupski
