Z Krzysztofem M. Kaźmierczakiem o kosztach, jakie ponosi dziennikarz szukający prawdy historycznej dotyczącej żyjących osób, rozmawia Kajus Augustyniak.

Krzysztof M. Kaźmierczak, ur. w 1967, dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”, autor książek m.in. „Ściśle tajne” i „Tajne spec. znaczenia”, inicjator zawiązania Komitetu Społecznego „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary”.

Redakcja „Głosu Wielkopolskiego” prawomocnie wygrała proces, który wytoczył jej były europoseł Marcin Libicki w odpowiedzi głównie na Pana artykuły dotyczące jego osoby. Jest uczucie ulgi?

Bez wątpienia. Skończyło się długotrwałe napięcie.

Ile trwała ta sprawa?

Od złożenia pozwu minęły dwa lata.

To i tak niedługo jak na polskie warunki.

Faktycznie, ale ataki na naszą redakcję i zarzuty pod moim adresem pojawiły się znacznie wcześniej. Proces poprzedzały różne oskarżenia i zastrzeżenia.

Jak doszło do tego, że zaczął Pan badać przeszłość Marcina Libickiego?

Zająłem się tym, gdy serwisy informacyjne podały, że IPN uzupełnił swoje katalogi o informacje o osobach publicznych. Był wśród nich europarlamentarzysta z Poznania, pan Libicki. Ponieważ zajmowałem się tematyką historii najnowszej, dostałem ten temat z przydziału. Informacja na stronach IPN była zdawkowa, więc wystąpiłem z wnioskiem o wgląd w dokumentację. Później sukcesywnie przedstawialiśmy uzyskane dokumenty i opinie historyków, a zarazem prezentowaliśmy stanowisko pana Libickiego zaprzeczające współpracy z SB.

Dlaczego tych artykułów była cała seria?

To nie było planowane, wynikało ze specyfiki problemu. W postępowaniu lustracyjnym najpierw sprawdza się podstawowe informacje, a następnie próbuje się je poszerzyć i zweryfikować żmudnie przeszukując archiwa. Co jakiś czas odnajdywano kolejne dokumenty i wtedy wracaliśmy do tematu. Informowaliśmy o nich w „Głosie Wielkopolskim” na przestrzeni ponad dwóch lat. Inicjatorem powracania do sprawy bywał zresztą także sam pan Libicki. Organizował konferencje, wydawał oświadczenia. Skierował też do mojego redaktora naczelnego pismo wnioskujące o kontynuowanie tematu, ponieważ znalazły się nowe dokumenty, które jego zdaniem były dla niego korzystne. Była to sprawa w jakiś sposób rutynowa i w żadnym wypadku nie było zarzucanego nam medialnego polowania na europosła. Gdyby problem dotyczył innej osoby pełniącej funkcję publiczną, wywołałaby takie samo zainteresowanie.

Jak to się dzieje, że na podstawie tych samych dokumentów IPN wnioskuje o uznanie, że pan Libicki nie był kłamcą lustracyjnym, a Państwo, redakcja, mieliście co do tego wątpliwości?

Istotne jest to, że nigdy nie przesądzaliśmy, że był on współpracownikiem służb PRL. Informowaliśmy o istnieniu budzących wątpliwości, obciążających dokumentów mówiących o wykorzystywaniu polityka w latach 60. w charakterze kontaktu obywatelskiego, kontaktu poufnego, przekazywaniu go na kontakt wywiadu, wysyłania z zadaniami za granicę. Istnienie tej dokumentacji jest faktem historycznym, którego nie można kwestionować. Zresztą sam pan Libicki potwierdzał, że spotykał się z funkcjonariuszami SB, ale oceniał, że nie miało to charakteru współpracy. Tymczasem Biuro Lustracyjne IPN nie kieruje się przesłankami historycznymi, tylko prawnymi, ustalonymi orzecznictwem Sądu Najwyższego. Przyjęto w Polsce, że aby uznać, że ktoś był współpracownikiem SB, musi być zachowana jego teczka, zobowiązanie do współpracy, ręcznie pisane doniesienia itp. Tymi kryteriami, jako rozstrzygającymi, czy ktoś był współpracownikiem, kierują się biura lustracyjne i sądy w całym kraju. W tej sprawie nie znaleziono w archiwach teczki ani ręcznie pisanych doniesień, itp. Postępowanie lustracyjne musiało być zatem korzystne dla pana Libickiego. Sąd musi interpretować dokumenty w sferze prawa w ten, a nie inny sposób. Natomiast w sferze prawdy historycznej można i – uważam – należy informować, że określone dokumenty istnieją. Taka rozbieżność pomiędzy wynikami postępowań lustracyjnych, a dokumentami historycznymi jest w setkach spraw w Polsce.

I to wtedy, gdy Sąd Lustracyjny uznał, że pan Libicki nie jest kłamcą lustracyjnym, on wytoczył proces domagając się jakiejś gigantycznej sumy?

Tak. Chodziło o 4,1 miliona złotych. Część tej sumy (ponad 800 tys. zł) miało być zadośćuczynieniem za zarzucane nam naruszenie dóbr osobistych polityka, a zasadniczą część stanowić miało odszkodowanie za potencjalnie utracone zarobki w przyszłej kadencji Parlamentu Europejskiego. To było jedno z największych w Polsce żądań procesowych pod adresem prasy, a na pewno największe w Wielkopolsce. To budziło poważne obawy, gdyż konieczność zapłaty tak wysokiej sumy skutkowałaby zapewne unicestwieniem gazety, w której pracuję.

Przegraliście przed Sądem Okręgowym…

Ale w ograniczonym zakresie. Sąd przyjął większość naszych argumentów i oddalił żądanie wypłaty odszkodowania, a zasądzone zadośćuczynienie wyniosło sto tysięcy złotych.

A Sąd Apelacyjny…

Zmienił wyrok sądu pierwszej instancji i oddalił wszystkie zarzuty polityka. Uznał, że w naszych artykułach nie było złej woli, i że – co dla mnie jako dla autora większości tych artykułów jest bardzo ważne – publikacje były rzetelne, staranne i gwarantowały drugiej stronie możliwość przedstawienia własnego stanowiska. W wyroku stwierdzono też, że byliśmy uprawnieni do oceny i wyciągania wniosków z materiałów SB. Ważne, że sędziowie sięgnęli do dokumentów źródłowych, które były przedmiotem naszej publikacji, zobaczyli na jakiej podstawie powstawały nasze artykuły. W oparciu o to uznali, że nasze publikacje przedstawiały zawartość archiwalną, historyczną dokumentów dotyczących pana Libickiego.

Inaczej mówiąc, sąd nie stwierdził formalnie, że pan Libicki współpracował, natomiast stwierdził, że Wy rzetelnie i uczciwie zrelacjonowaliście te dokumenty?

Tak. Przedmiotem działań sądu nie było rozstrzyganie czy pan Libicki współpracował, czy nie, tylko badanie czy my naruszyliśmy jego dobra osobiste.

W tej sprawie jest jeszcze coś niezwykłego. Zetknęliście się z ostracyzmem ze strony środowisk, które z natury rzeczy powinny bronić wolności słowa?

To było bardzo silne i szczególnie dotkliwe, gdyż miało charakter publiczny. W kontekście sprawy pana Libickiego w prasie i w Internecie pojawiły się publikacje odsądzające mnie od czci i wiary, kwestionujące moje kwalifikacje zawodowe. Przedstawicielka Rady Etyki Mediów i Obywatelska Komisji Dobrej Woli przy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oceniły w jak najgorszym świetle nasze publikacje oraz mnie personalnie z nazwiska. Jestem dziennikarzem od ponad dwudziestu lat, zajmowałem się wieloma trudnymi tematami, grożono mi, miałem procesy, ale coś takiego mi się jeszcze nie zdarzyło. Atakowały mnie instytucje stojące na straży wolności słowa - tego, co jest istotą demokracji. I ja działając w interesie społecznym zostałem uznany za człowieka, który złamał wszystkie zasady etyczne. Co więcej, skazanie mnie na śmierć zawodową odbyło się zaocznie, bez poznania mojego stanowiska oraz dokumentów będących źródłem moich publikacji. To było bardzo dotkliwe nie tylko dla mnie, ale także dla redakcji, środowiska, osób, które mnie znają. Ta przyklejona mi łatka nietycznego dziennikarza ciąży na mnie od ponad dwóch lat.

Czyli konsekwencje tego „wyklęcia” trwają?

Tak. Po uznaniu mnie, że złamałem wszystkie zasady Karty Etyki Mediów, po werdykcie że jestem dziennikarzem nietycznym stałem się persona non grata w mediach publicznych, gdzie przedtem często występowałem. Spotkałem się z nieufnością w wielu instytucjach, utrudniało i utrudnia mi to pracę. Przykładowo nagle okazało się, że książka, którą przygotowałem, nie zostanie wydana. Konsekwencje „skazania” odczułem także w sferze prywatnej. I to trwa nadal.

Wyrok Sądu Apelacyjnego Pana z tych zarzutów oczyścił. Wyrok jest prawomocny. Czy któraś z tych instytucji Pana przeprosiła?

Nie. Gdy te instytucje wydały swoje stanowiska na mój temat, zwracałem się do nich, wskazując, że nie sprawdziły publikacji, dokumentów źródłowych, że przed wydaniem werdyktu nie pozwolono mi zabrać głosu, że nie odniesiono się do faktów. W przypadku Rady Etyki Mediów nie spotkałem się z żadną reakcją, a Obywatelska Komisja Dobrej Woli podtrzymała swoje stanowisko. Już pierwszy wyrok Sądu Okręgowego wskazywał, że zarzuty są w znacznej mierze bezpodstawne, ale stanowisko dotyczące mojego nieetycznego postępowania nadal można przeczytać na stronie Komisji. A przecież takie oświadczenie zabija dziennikarza zawodowo. Gdyby nie zaufanie ze strony wydawcy, mógłbym być pozbawiony możliwości wykonywania zawodu. Takie postępowanie – mnie, jako człowiekowi, który działał w opozycji w PRL – kojarzy mi się z działalnością instytucji totalitarnych.

A czy któraś z tych instytucji zamieściła na swojej stronie informacje o korzystnym dla Pana i redakcji rozstrzygnięciu sądu?

Nie, chociaż trudno żeby o tym nie wiedziały, sprawa jest przecież głośna. Przygotowuję obecnie pismo do obu instytucji. Oczekuję przeprosin, a jeśli do nich nie dojdzie, niewykluczone, że podejmę w tej sprawie działania prawne.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl