Z Joanną Leszczyńską o tym, jak zostaje się Dziennikarzem Roku, odpytywaniu Jana Tomasza Grossa i docieraniu do głębi rozmawia Kajus Augustyniak.

 


 

Joanna Leszczyńska, dziennikarka „Dziennika Łódzkiego, ur. w Skierniewicach. Wychowała się i do szkół uczęszczała w Łęczycy, ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim. Szlify dziennikarskie zdobywała w „Sztandarze Młodych”, później krótko w „Głosie Robotniczym”, a po jego przekształceniu w „Głosie Porannym”, a następnie w „Tygodniku Solidarność Ziemi Łódzkiej” i „Wiadomościach dnia”. Od kilkunastu lat pracuje w „Dzienniku Łódzkim”. Dwukrotna zdobywczyni tytułu „Dziennikarza Roku” w konkursie organizowanym przez łódzki oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

 

 

Już po raz drugi zdobyłaś tytuł Dziennikarza Roku w konkursie organizowanym przez łódzki oddział SDP. Co to dla Ciebie znaczy?

Choć zabrzmi to banalnie, to znaczy to bardzo dużo. A konkretnie to potwierdzenie, że to co robię, ma sens, że być może ma jakąś wartość, skoro te teksty podobały się jurorom. A to, że przyznano mi tę nagrodę po raz drugi, jest tym bardziej cenne, bo można to odczytać w ten sposób, że nie spoczęłam na laurach.

Czego też gratuluję… W uzasadnieniu do decyzji jury czytam między innymi o: „zadziorności w rozmowie” i „nieustępliwości w dążeniu do prawdy o historii, również tej odrzucanej”. Jeden z nagrodzonych tekstów to rozmowa z Janem Tomaszem Grossem, autorem „Złotych żniw”. Jak Ci się z nim rozmawiało?

Dobrze. To jest rozmówca, który się nie obraża, kiedy dziennikarz zadaje ostre pytania, który nie daje do zrozumienia, że go taki dziennikarz wkurza, co często się zdarza podczas rozmów z osobami kontrowersyjnymi. Jego ta rozmowa wciągnęła, zaczął szukać różnych argumentów, chociaż z drugiej strony trudność polegała na tym, że on takich rozmów odbył wiele, na wiele pytań miał gotowe odpowiedzi, a miałam ambicję, by podrążyć głębiej, by trochę pomyślał szukając argumentów na obronę swojej tezy. Drugą trudnością była kolejka dziennikarzy do niego. On przyjechał do Polski na kilka dni. Przeprowadzałam tę rozmowę w Warszawie, danego dnia byłam którąś tam osobą z rzędu, po mnie czekała na wywiad gwiazda dziennikarstwa telewizyjnego, która rozmowę z nim planowała opublikować w „Przekroju”… To nie jest komfortowe, gdy dziennikarz czeka w kolejce na wywiad, ale nie był to wielki problem, ponieważ Gross chętnie rozmawia, lubi się boksować.

Z tej rozmowy, tak jak z jego książek wynika, że jest on jednak nie tyle naukowcem, co publicystą, nie czuje źródeł ani kontrargumentów?

I nawet tego nie ukrywa. W rozmowie ze mną z pełną naiwnością przyznaje, że liczby są nieważne w historii.

A rozmowa z profesorem Wiesławem Pusiem już zupełnie inna, bo trafiłaś na człowieka, który okazał się dosyć otwarty…

Myślę, że obudziłam w nim zupełnie naturalną w tej sytuacji potrzebę obrony, wyjaśnienia jaki był jego udział w Marcu 1968, w tej antysemickiej nagonce na uczelni, na Wydziale Historii. Myślę, że popełniłby wielki błąd, gdyby takiej rozmowy odmówił.

Ale też w tej rozmowie pojawiła się jego potrzeba odkupienia, prawda?

Było to widać i to było bardzo ludzkie i to doskonale rozumiem. Wiem zresztą, że ta rozmowa wywołała bardzo duży rezonans zarówno wśród uniwersyteckich historyków, młodszych, starszych, jak i w IPN. Nie dziwię się temu, były różne zdania. Niektórzy historycy, którzy znali profesora z tamtych czasów, uważali, że on umniejsza swoją rolę, inni
nie widzieli żadnego problemu w tym, że był protokolantem podczas partyjnych zebrań, na których wyrzucano ludzi z pracy. Mimo wszystko doceniam to, że profesor chciał o tym porozmawiać i myślę, że jeśli nie był szczery do końca, to przynajmniej był w jakiejś części.

Nie unikał pytań i przyznawał „tak, ja to robiłem”.

Tak, i mówił dlaczego. Że zaczynał wtedy swoją karierę, że przyjechał do Łodzi z małej miejscowości, że zdawał sobie sprawę, iż odmowa takiego protokołowania dla młodego asystenta, człowieka bez dorobku, oznaczałaby koniec kariery.

I pokazywał, że choć pozostał w partii komunistycznej do końca, to był tym „dobrym czerwonym”…
Tak, ten „dobry czerwony” pomagał później ludziom „Solidarności”. Stwierdził też, że nie do niego należy ocena, czy odkupił tamte winy, pozostawił sprawę otwartą.

Czy łatwiej rozmawia Ci się o historii, czy o sprawach tak osobistych, jak w kolejnych artykułach „konkursowych”, o osobach wybudzonych ze śpiączki, alkoholiczkach, osobie chorej na nieuleczalną chorobę neurologiczną?

Tak samo. I też tak samo interesują mnie takie sprawy jak tematy historyczne. Nie mogłabym non stop pisać tekstów historycznych. Bardzo cenię sobie taki „płodozmian”, to że mam w pracy możliwość zajmowania się różnymi tematami. Lubię nakłaniać ludzi do zwierzeń.
Myślę, że namawianie ludzi do opowiadania o sobie, to też jest jakaś część mojej natury. To wynika z ciekawości, jaki jest ten drugi człowiek.

Ale wszyscy ci ludzie mają coś do ukrycia. I profesor, i Gross, który przyznał się do manipulowania liczbami, i te panie, które pół życia utopiły w alkoholu. Dzięki czemu oni wszyscy mówią tak otwarcie?

Właśnie zastanawiałam się nad tym, jak udaje mi się, czasem więcej, czasem mniej, wydobyć od ludzi to, co chcieliby ukryć. Być może dzięki temu, że bardzo przejmuję się ich sprawami, historią, którą chcę opowiedzieć poprzez pokazanie ich losów, czy zaprezentowanie poglądów, jak było w przypadku tych dwóch historyków. Ja po prostu bardzo angażuję się w tematy, sprawy, którymi się zajmuję. Często długo przygotowuję się do takich spotkań, to jest bardzo ważne, jak i to, że idę z nastawieniem, że chcę napisać coś ważnego dla moich bohaterów o ich życiu. Ludzie wyczuwają, że mi na tym bardzo zależy, że się przejmuję ich historią i może dlatego się otwierają. Staram się, by mnie nie zbywali wykrętnymi odpowiedziami.

I tak innymi słowami wymieniłaś punkty z uzasadnienia jury, które mówiło między innymi o Twojej nieustępliwości i empatii…

Właśnie w taki sposób usiłuję zbierać materiały do moich tekstów. Chociaż wiem, że nieustępliwość też ma swoje granice. Zresztą te rozmowy też mnie dużo kosztują. W czasie takiej półtoragodzinnej rozmowy o sprawach tak osobistych, jak walka z nałogiem, jedna z bohaterek tego reportażu to wszystko bardzo przeżywała, tak to w niej odżyło, że jej emocje udzieliły się także mnie. To jest dość męczące. Nie użalam się, mam taki sposób pracy i to lubię.

Wśród osób wybudzonych ze śpiączki była Twoja redakcyjna koleżanka. Łatwiej rozmawia się ze znajomymi czy trudniej?

Trudniej, i to powie chyba każdy dziennikarz. Ze znajomymi rozmawia się najtrudniej i najtrudniej później to się opracowuje, zwłaszcza gdy, jak w tym przypadku, bohaterką mojego tekstu była dziennikarka. Poza tym taka osoba inaczej odczytuje potem tekst niż człowiek, który nie zna się na warsztacie dziennikarskim.
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl