Z Markiem Kondraciukiem o PZPN, dziennikarstwie sportowym i pogrzebie Jana Pawła II rozmawia Kajus Augustyniak.


Marek Kondraciuk, dziennikarz sportowy, ur. w 1954 w Łodzi. Były pływak i piłkarz „Włókniarza Łódź”, były piłkarz ręczny „Energetyka”; już jako dziecko postanowił zostać dziennikarzem sportowym. Ukończył prawo na Uniwersytecie Łódzkim. W 1977 zaczął pracę w redakcji sportowej „Głosu Robotniczego”. W 1990 roku przeszedł do „Wiadomości Dnia”, a od ich połączenia w 2000 r. z „Dziennikiem Łódzkim”, pracuje w tej redakcji.

 

Po naszych występach na Euro 2012 Smuda i Lato są bardzo krytykowani. Słusznie?
Z pewnością słusznie, bo Polska przegrała. Natomiast różne są kierunki tej krytyki. Z jednymi się zgadzam, sam je uprawiam, a z innymi zupełnie się nie zgadzam. Grzegorz Lato jako prezes PZPN to na pewno nie jest bohater mojej bajki, ale ogólne niezadowolenie kibiców, które się na nim ogniskuje, sprawia, że zarzuca mu się na przykład to, że nie potrafi się wysłowić, że ma „dość prosty sposób myślenia”. I cały naród woła, że Lato musi odejść. Wszystkim nam marzy się mądry i inteligentny prezes. Tyle tylko, że niedawno był taki. Michał Listkiewicz jest poliglotą, zna pięć języków, jest postacią szanowaną we władzach FIFA, UEFA, człowiekiem dużej klasy, a kibicom też się nie podobał i wołali, że Listkiewicz musi odejść.

Skrót PZPN często jest jednak wypowiadany wraz z określeniem „układy”…

Mam może specyficzne spojrzenie na te sprawy. Myślę, że nie są to inne układy niż w środowisku nauczycieli, lekarzy, czy jakimkolwiek innym. To jest autonomiczna organizacja, która wybiera spośród swojego grona przedstawicieli, jednak w odróżnieniu od innych środowisk tutaj barometrem nastrojów, sprawdzianem skuteczności jest wynik. Jak reprezentacja Polski będzie wygrywała, będzie zdobywała medale, tak jak kiedyś, to nikt nie będzie mówił o tych układach. Nikt nawet nie będzie wspominał o tym, że ligowa piłka wygląda marnie, że była korupcja w piłce, a może nawet jest nadal.

A Smuda?

Kiedy został trenerem reprezentacji wszyscy bardzo się cieszyli. Lato nie miał wtedy manewru, Smudę wybrał naród. Dziś wszyscy go atakują, także za to jak fatalnie mówi po polsku. Gdyby odniósł sukces, nikt by na to nie zwracał uwagi, a jego powiedzonka przechodziły do historii. Smuda bardzo dobrze wyselekcjonował piłkarzy. Źle ich jednak przygotował i poprowadził na igrzyskach.

Czym się różni dziennikarz sportowy od dziennikarza jako takiego?

Niczym się  nie różni. Dziennikarstwo to jest dość jednorodna dziedzina, a dziennikarz jest zawsze dziennikarzem. Ja w swoim życiu zawodowym pisywałem nie tylko o sporcie, ale i wiele innych tekstów, także reportaże z podróży, na przykład z Peru, Tajlandii, Nowej Zelandii, a byłem w pięćdziesięciu krajach świata. Dziennikarstwo sportowe jest dosyć specyficzne, bo dynamika wydarzeń jest niezwykła, większa niż w innych dziedzinach, choćby w ekonomii, choć może porównywalna z polityką. Ale każdy mecz jest mimo wszystko inny, i może stąd bierze się specyfika dziennikarstwa sportowego.

Za swoje najważniejsze doświadczenie zawodowe też nie uważasz tekstu o sporcie…

Relacjonowałem wielkie wydarzenie - pogrzeb Jana Pawła II. W niedzielę przyszedłem do redakcji i zastanawialiśmy się, jak uczcić Jego śmierć. Napisałem tekst o związkach naszego Papieża ze sportem pod tytułem „Atleta Boży”. Wtedy wezwał mnie redaktor naczelny i powiedział: szukaj samolotu,  lecisz do Rzymu. Bilet zdobyłem na następny dzień. Nocleg w Rzymie, co wtedy było prawie niemożliwe, załatwił mi Boniek. Miałem napisać to, czego nie dadzą agencje, a sam Reuters miał tam wtedy kilkudziesięciu dziennikarzy. Rozmawiałem więc z ludźmi na placu św. Piotra, także z pielgrzymami z innych krajów. Szukałem takich, którzy nie tylko powiedzą, że Jan Paweł II był wielki, ale też coś od siebie, niesztampowo. Udało mi się nawet wejść do bazyliki św. Piotra, gdzie stała trumna, tylko na legitymację prasową. Wychodząc obszedłem kolumnadę Berniniego i w załomie skalnym – oczywiście poza placem - zobaczyłem siedmiu żarliwie modlących się Żydów. Wtedy zrozumiałem jak wielki rząd dusz miał nasz Papież.

Patrząc na zachowanie wielu dziennikarzy sportowych odnoszę wrażenie, że najpierw trzeba być kibicem, dopiero potem dziennikarzem…

Z taką tezę się zgadzam. Uważam, że nie ma czegoś takiego, co niektórzy lansują, jak dziennikarstwo obiektywne – w tym sensie, że dziennikarz sportowy ma relacjonować wydarzenia sportowe na chłodno. Myślę, że takie relacje są gorsze niż te, które są zabarwione emocjami. Może nie zawsze jesteśmy kibicami tej czy tamtej drużyny. Zdarzają się takie mecze, czy takie imprezy, gdy dziennikarz nie ma jasnych preferencji, ale zawsze emocje zabarwiają relacje, to, co się pisze lub opowiada. I zawsze jest ten osobisty stosunek do wydarzenia lub  osoby, o której się pisze. I to jest dobre moim zdaniem. Nie wierzę w tak zwane dziennikarstwo obiektywne…

W ogóle?

W odniesieniu do sportu.

Dziennikarstwo sportowe budzi mnóstwo emocji. Zimoch stał się w tych dniach bohaterem narodowym na miarę Błaszczykowskiego po strzeleniu gola, a Szpakowski został przez wielu ludzi wręcz znienawidzony… Skąd się to bierze?

Są takie barwne osobowości dziennikarskie. Dziś jest to Zimoch, tak jak kiedyś taką postacią był Jan Ciszewski, który popełniał dużo błędów, ale trafiał do serc nie tylko koneserów, nie tylko kibiców, ale i do niedzielnych odbiorców, takich jak miliony, oglądające dziś w Polsce Euro 2012, takich, którzy mało znają się  na sporcie, ale chcą czuć atmosferę imprezy, przeżyć te emocje, identyfikować się z drużyną. Ciszewski znakomicie to potrafił…

Krzyczał…

To nawet nie tylko to, że krzyczał, ale miał taki dar budowania napięcia swoim specyficznym językiem, i to świetnie odbierały zarówno moja ciocia, babcia, jak i ja, już wtedy młody człowiek, mający aspiracje, by zostać zawodowym dziennikarzem.

A skąd się bierze taka niechęć kibiców do Szpakowskiego?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Uważam, że to był świetny dziennikarz radiowy i jest znacznie gorszy telewizyjny. Nie chcę wystawiać mu jednoznacznych ocen, ale myślę, że w jego komentarzach jest trochę za dużo rutyny, czego nie ma u Tomka Zimocha, który ciągle się rozwija, jest dziś inny niż był dziesięć, piętnaście lat temu.

Na ogół „rozwija się” mówimy o kimś młodym, powiedzmy dwudziestoparolatku…

Właśnie, a Tomek jest po pięćdziesiątce i też stale się rozwija, jest coraz lepszy w sensie zawodowym, co przysparza mu popularności. Ponadto ma trafne pomysły, jak choćby ten z flagą sektorową na stadionie we Wrocławiu.

Czy prasowi dziennikarze sportowi też spotykają się z takimi emocjami ze strony kibiców, czytelników?

Znacznie rzadziej niż telewizyjni i radiowi, ale jeśli po wielu latach pracy ktoś jest rozpoznawalny, to jego osoba na trybunach sportowych też wywołuje emocje. Pamiętam jak kiedyś kolega z jednej z łódzkich redakcji uznał, że jednemu z klubów grozi upadek i zamieścił na łamach swojej gazety jego przekreślone logo. Kibice byli oburzeni i w czasie meczu koszykarek grupa kilku z nich ruszyła w stronę tego dziennikarza z jakimiś niecnymi zamiarami. Wszystko skończyło się spokojnie, ale temperatura emocji była bardzo wysoka.

W dzisiejszych czasach ten kontakt z kibicami dzięki Internetowi jest dużo bliższy…

To prawda. I odbiorcy prezentują swoje żale albo wręcz przeciwnie, swoje zachwyty we wpisach internetowych, więc ten kontakt musi być bliższy.

Na mecz we Wrocławiu zabrałeś swoją dwunastoletnią córkę. Czy ona też chce zostać dziennikarzem sportowym?

Na razie tak, bardzo się w to wszystko angażuje i przeżywa.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl