Z Leszkiem Ciechońskim o wrażliwości, pokrzywdzonych ludziach i pojednaniu polsko-niemieckim rozmawia Marek Palczewski.

Leszek Ciechoński (urodzony w 1950 roku w Warszawie) jest reporterem, dziennikarzem i filmowcem. Autor reportaży publikowanych od 19 lat w Magazynie Ekspresu Reporterów w TVP2 i kilkunastu filmów dokumentalnych, m.in. „Liberta” (z Agnieszką Elbanowską) i „Pojednanie doktora Bekkera”). Laureat nagród dziennikarskich (SDP, nominacja do Grand Press) oraz uczestnik i laureat znaczących festiwali filmowych (Kraków, Łódź, Poznań, Gdańsk, Częstochowa). Ostatnio otrzymał nagrodę im. Tadeusza Nowakowskiego przyznawaną przez oddział Pomorza i Kujaw Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Leszku, otrzymałeś nagrodę im. Tadeusza Nowakowskiego „za reportaże społeczne tworzone z wielką wrażliwością w obronie osób pokrzywdzonych”. Przed kim i przed czym bronisz ludzi?
Jestem pod olbrzymim wrażeniem niedawno przeczytanej książki Mariusza Urbanka p.t. „Broniewski, miłość wódka, polityka”. Jest to książka o tym, że artysta ma obowiązek bronić ludzi, bo widzi więcej. Trochę nieskromnie uważam się za artystę i staram się zauważać bezradność ludzi, których świat przygniata. W tej chwili obserwujemy bezwzględność, pazerność, takie współczesne niewolnictwo. Pracujemy jak niewolnicy, najwyżej możemy wybić się na Piętaszków, bo nie ma prawdziwej wspólnoty…
Ale ty ludzi przed tym niewolnictwem chcesz właśnie bronić…
Bronię tak, jak potrafię. Bohaterowie moich reportaży, piszą, że urząd ich skrzywdził, że sąsiad jest zły, że pojechali do pracy i zostali oszukani, i nagle pojawia się człowiek z kamerą. Ja mam dla nich czas.
Czy jesteś w stanie zaspokoić ich oczekiwania?
W jakiś sposób tak, my to nazywamy interwencją. Jeżeli pokaże się coś w gazecie czy telewizji, to w ludzi wstępuje nadzieja, że władza, urzędy, jakoś na to zareagują. A potem okazuje się, że to guzik prawda, bo to prawie nigdy nie przynosi skutku. Ale ja ich wysłuchuję, daje im nadzieję, i to jest moja rola. Bo to ludzie są najważniejsi, i ja chcę to powiedzieć. Nie szampony, proszki do prania, jakieś reklamowe bzdury, nie firmy, które mają uszczęśliwić po użyciu ich produktu a właśnie ludzie tacy jakimi oni są. I staram się rozwijać moją wrażliwość, żeby pokazać ich samotność w obliczu krzywdy.
Czy udało ci się wybronić choćby ludzi przed nieuczciwością biegłych sądowych (reportaż „Z całą sumiennością”-red.) albo rodzinę Wierzchowskich przed niesprawiedliwymi egzekucjami sądowymi, spowodowanymi działalnością oszusta (reportaż „W matni” – red.)?
To są dobre przykłady. Dom Wierzchowskich nie jest zlicytowany, a myśmy dotarli aż do samego ministra. I minister bada teraz sprawę, to musi trwać ale oni ciągle mieszkają u siebie. I ciągle mają nadzieję. Dla mnie najważniejsze były te momenty, kiedy byłem w domu u nich i czułem się jak rodzina, kiedy mówili mi coś, czego nie powiedzieli innym. Kiedyś od doświadczonej reportażystki usłyszałem, że mam zachowywać się tak, żeby moi bohaterowie myśleli, ba, żeby byli przekonani, że ich sprawa jest najważniejszą sprawą mego życia, że urodziłem się tylko po to, żeby do nich przyjechać.... A państwo Juśkowie z reportażu o biegłych sądowych, wygrali apelację. Więc może się udało, może ten Sąd Apelacyjny obejrzał reportaż...
Kiedy się pochylasz nad ludzkimi tragediami, to o czym najczęściej myślisz: o oszustach, ludzkiej perfidii, naiwności, paradoksie uwikłania w sytuacje przez siebie niezawinione? A może o tym jak pomóc?
Jedno i drugie jest nierozłączne. Jestem doświadczony życiowo. Kiedy historie nie są prawdziwe, to wtedy reportaż nie powstaje. Ale kiedy stwierdzam, że krzywdy są niezawinione, kiedy ludzie są nieporadni albo ktoś ich oszukał, to wtedy walczę i staram się wymyślić sposób jak im pomóc, ale nie zapominam, że główną powinnością dziennikarza jest opisanie sprawy.
Czasami stajesz twarzą w twarz z oszustami; jak się zachowujesz, na co masz ochotę?
Oszustwo jest jakąś chwilą, emocją, okazją, którą nie wszyscy potrafią opanować. To też staram się zrozumieć. Zdarzyło się kilka razy, że rozmawiałem ze skazanymi za oszustwo, ale bywało parę razy, że nie chciałem podać im ręki. Np. w przypadku pedofilów, którzy nie potrafili opanować chuci. Nie mogę zrozumieć, że nie mogą tego opanować.
Czy zdarzyło ci się, że zostałeś „wpuszczony w maliny”?
Zdarza się. To się zdarza dlatego, że świat nie jest jednoznaczny a poczucie krzywdy niejednokrotnie bardzo subiektywne.. Pamiętam sytuację kiedy zgłosił się do mnie człowiek i powiedział, że został skazany w czasach stalinowskich na więzienie i przesiedział w nim16 lat a teraz stara się o odszkodowanie. Sprawdziłem, rzeczywiście przesiedział i miał autentyczne poczucie krzywdy. Tyle, że był skazany za pospolite przestępstwa kryminalne, a nie za żadną politykę. Gdyby nie Piotr Pytlakowski, który powiedział „on cię wpuszcza”, bo Piotr wychwycił nieścisłości historyczne w jego opowieści, to bym popełnił wielki błąd i ten człowiek dostałby bardzo duże odszkodowanie, zupełnie niesłusznie. Trzeba bardzo uważać i wszystko sprawdzać.
Kilka lat temu zająłeś się problemem pojednania polsko-niemieckiego. Teraz przygotowujesz większy dokument. Pojednanie z Niemcami traktujesz jako swoją misję życiową?
Czy to jest misja? Najwięcej o misji i o pasji, to ja słyszę w kawiarniach w telewizji. One są czynne do 18-tej a potem jak to powiedziała pewna artystka : „ja, ja i tylko ja”...A ja po prostu jeżdżę i robię swoje.
To powiedz, po co to robisz?
Bo poznałem Gustawa Bekkera, jednego z najważniejszych ludzi w moim życiu, człowieka który doznał wielu niezawinionych krzywd a historia obeszła się z nim w najbardziej okrutny sposób: stracił ojca, dzieciństwo spędził w ubeckim obozie w Potulicach, pozbawiono go domu, polskiego obywatelstwa, godności. Mimo to, ten ponad 75-letni człowiek od kilkunastu lat stara się robić niemiecko-polskie pojednanie tak jak potrafi, po prostu godzi ludzi, zrozum mnie dobrze: nie Niemców i Polaków, a właśnie ludzi. To bardzo trudne, bo zaszłości historyczne są olbrzymie, ale Gustaw ma na tym polu wiele sukcesów. Niedawno docenił je polski Prezydent, przyznając mu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Ale Gustaw ma te swoje lata i coraz mu trudniej jeździć i przekonywać.
Chcesz pójść jego śladem ?
Uznałem, że powinienem przejąć po nim pałeczkę. Spotkałem wybitnego niemieckiego dokumentalistę Friedricha Klutscha, człowieka w moim wieku, pogadaliśmy, stwierdziliśmy, że mamy podobne życiorysy, wojna w opowieściach była wszechobecna w naszych domach, mój ojciec był więźniem hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, ojciec Friedricha bombardował polskie miasta, obydwu nas wychowali ludzie, którym historia zabrała młodość. Żyją do dziś w poczuciu krzywdy. Dobraliśmy do składu świetnego operatora Erika Schimschara, wychowanego dla odmiany w byłej NRD i robimy ten film, bo wydaje nam się ważnym dla wszystkich żyjących obecnie pokoleń Polaków i Niemców.
Czy mimo takich historycznych zaszłości wierzysz w prawdziwe, pełne pojednanie polsko-niemieckie?
Zawsze są dwie historie… polska i niemiecka. Ale Gustaw Bekker twierdzi, że dla prawdziwego pojednania potrzebne jest bezwarunkowe odrzucenie poczucia krzywdy. To trudne, ale możliwe w przypadku pojedynczych ludzi, narodom musi wystarczyć coś, co nazywamy normalizacją.
Kiedy ten dokument będzie gotowy? I czy to będzie film o przyjaźni?
Większość czasu spędzamy z Friedrichem i Erikiem w samochodzie, ja nie znam niemieckiego, oni polskiego ale.. jest nam razem dobrze. Ola, tłumaczka, mówi, że ma prostą prace, bo porozumiewamy się bez słów, gestami pokazując miejsce ustawienia kamery, twarz, którą chcemy uwiecznić, dostrzegamy emocje rozmówców, interesują nas te same sytuacje. Film montujemy w Rzymie z włoskim montażystą i z nim też niewiele musimy rozmawiać, bo okazuje się, że ta nasza zawodowa przyjaźń ma swoje odzwierciedlenie w końcowym efekcie jakim jest zmontowana scena. Takich przykładów jest więcej. Niedawno spędziliśmy kilka dni w Brunszwiku, gdzie polscy i niemieccy uczeni pracują nad wspólnym podręcznikiem do historii: polskiej i niemieckiej. Spotkałem ludzi, dla których nauka jest wszystkim i to ona właśnie sprawiła, że większość z nich jest prywatnie i po ludzku zaprzyjaźniona. To będzie widać w naszym filmie. Aby powstał pełnometrażowy film dokumentalny potrzebny nam jest jeszcze rok. Już się na niego cieszę. Na pewno będzie to film o przyjaźni.
