Z Krzysztofem Harasimiukiem, redaktorem naczelnym Tygodnika Siedleckiego o recepcie na redagowanie najlepiej sprzedającej się gazety lokalnej w Polsce* (wg ZKDP za marzec 2012), rozmawia Błażej Torański.
Krzysztof Harasimiuk, rocznik 1948. Po studiach nauczycielskich ukończył podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W 1982 roku stworzył redakcję “Tygodnika Siedleckiego”, którym kieruje do dziś.
Z danych Związku Dystrybucji Kontroli Prasy wynika, że najlepiej sprzedają się gazety lokalne na wschód od Wisły: „Tygodnik Siedlecki” i „Tygodnik Zamojski” . Z zachodniej Polski w pierwszej trójce jest tylko „Gazeta Regionalna”. Z czego to wynika?
Od trzydziestu lat kieruję „Tygodnikiem Siedleckim” i nie powiedziałbym, że ten region jest najbardziej rozczytany. Mam inne odczucia. Ale nie bez powodu na tej liście są pisma obecne na rynku od kilkudziesięciu lat. Na tej podstawie można budować tezę, że czytelnik jest przywiązany do swojego tytułu, bo w tym czasie pojawiały się różne efemerydy, które wchodziły na rynek z wielkim szumem i zadęciem, ale potem się wycofywały. Nasze tytuły mają liczącą się markę handlową, a poza tym są to pisma rodzinne. Kiedy ładnych parę lat temu świętowaliśmy wydanie tysięcznego numery „TS”, odnaleźliśmy mężczyznę, którego zdjęcie, jako dziecka, ukazało się w pierwszym numerze. Przyszedł pod rękę z synem, który także sięga po nasze pismo. To już drugie pokolenie. Często słyszymy, że ktoś nas czyta, bo „Tygodnik” kupowała jego mama i babcia.
Jak udało się przetrwać „Tygodnikowi Siedleckiemu”, który w PRL był organem PZPR?
Dzięki temu, że w zespole, wydającym tytuł, nie pokłóciliśmy się. Niewielu wierzyło, że uda nam się przetrwać. Niektórzy doradzali zmianę tytułu, ale pozostaliśmy przy starym. Z zespołu liczącego 21 dziennikarzy, zostało dziesięciu. Założyliśmy spółdzielnię pracy dziennikarzy.
Taką formę własności przyjęła też „Polityka”. Ale jak udało się wam zatrzymać czytelnika?
Głęboko do serca przyjąłem sobie rady prof. Walerego Pisarka i rozwinęliśmy relacje z czytelnikami. Do dziś organizujemy niektóre akcje - blisko trzydzieści - jak np. plebiscyt na sportowca roku. To była jedna z metod na zatrzymanie czytelnika, ale nie oznacza, że przez transformację przeszliśmy suchą stopą. W 1987 roku średni nakład „Tygodnika” wynosił 37, 5 tysiąca, trzy lata później spadliśmy na twarz do 14-15 tysięcy. Powoli odzyskiwaliśmy pozycję, redagując coraz lepszą gazetę. Myślę, że uratowało nas to, że nigdy, zwłaszcza w PRL, nie daliśmy ciała, nie uprawialiśmy oszołomstwa. Nie byliśmy ortodoksami i to docenił rynek.
Jaka jest recepta na redagowanie najlepiej sprzedającej się gazety lokalnej w Polsce? W czasach umierania papieru i przenoszenia się czytelnika do sieci.
To jest bardzo trudne pytanie. Ale w czasach dominacji Internetu całkiem przyzwoicie redagujemy „Tygodnik” także w sieci. Ciągle w niego inwestujemy. Dziennie mamy ponad 10 tysięcy wejść, a w skali roku czyta nas 10 milionów. Ale założyliśmy, że Internet służy nam do promocji wydania papierowego. Sygnalizujemy tematy w sieci i odsyłamy do wydania papierowego, gdyż sprzedaż „Tygodnika” daje nam 99 proc. wpływów do redakcyjnej kasy.
A może dobra sprzedaż „TS” wynika także z dwóch innych faktów: słabego nasilenia Internetem na ścianie wschodniej Polski i przywiązania czytelnika do tradycji, w tym papieru?
Niewątpliwie tak jest w przypadku czytelnika wiejskiego, który kupuje nas w 60 proc. Ale mamy też dobry system dystrybucji i doskonałą współpracę z Pocztą Polską.
Systematycznie zmniejsza się jednak sieć kolportażu Ruchu, znikają kioski. Poczta Polska podnosi ceny prenumeraty. Nie planuje Pan budowy własnej sieci dystrybucji, jak to robią wydawcy prywatni?
Przymierzaliśmy się do tego wielokrotnie, ale doszliśmy do wniosku, że łatwo jest zorganizować własną sieć dystrybucji tytułowi, który wchodzi na rynek i opanowuje teren. W naszym przypadku byłoby to trudne i kosztowne, bo musielibyśmy na mapie siedmiu powiatów, w których wychodzimy, łatać sieć dystrybucji dziurawą, jak w serze szwajcarskim. Wielokrotnie poszukiwaliśmy partnera, który zbudowałby z nami sieć dystrybucji. Nic z tego nie wyszło. W gminie Korczew, z którą jestem zaprzyjaźniony od lat widzę w sklepie wyłożone różne tytuły. Pytam ekspedientkę, która mnie zna, dlaczego nie ma „Tygodnika”. – Nie opłaca mi się brać, bo 50 metrów od sklepu jest poczta i tam jest „TS”. Po co miałabym brać – mówi. To też jest pewien zwyczaj, że po gazetę idzie się na pocztę. Z niepokojem patrzę na zanikającą sieć, o czym pan wspomniał, ale jest to nieuchronna konsekwencja informatyzacji.
Papier jednak umiera. Poza sukcesem „Uważam Rze” żadna gazeta nie notuje wyraźnego wzrostu sprzedaży …
… ja jednak należę do wydawców przekonanych, że jest odsetek ludzi – choć nie wiadomo jaki – którzy muszą mieć kontakt z papierem. Wieszczono już nawet, że książki nie będą wydawane. W Izbie Wydawców Prasy, gdzie zasiadałem, mniej więcej dziesięć lat temu starły się dwa poglądy. Jedni mówili: „Zwijajcie interes, bo papier zniknie. Padniecie”. Drudzy twierdzili, że nie umrze. Owszem, mówili, trzeba się przygotować na spadki sprzedaży egzemplarzowej, ale papier przetrwa. Co najwyżej może się zmienić jego dystrybucja. W USA, z którymi trudno się porównywać w sferze informatyzacji, wydania papierowe „New York Timesa” też poleciały na łeb na szyję, a jednak na jakimś pułapie się zatrzymały. Ponadto większość przychodów z reklam pochodzi z wydań papierowych, a nie internetowych. Sytuacja nie jest więc beznadziejna. Może jestem zbyt wielkim optymistą, ale uważam, że w Polsce także spadki sprzedaży muszą zatrzymać na pewnym poziomie, bo są czytelnicy, którzy wolą mieć kontakt z szeleszczącym papierem gazety.
*wg danych ZKDP za marzec 2012
Fot. Jacek Komorowski (Tygodnik Siedlecki)
