Z Katarzyną Błaszczyk o Brazylii i reportażu radiowym rozmawia Marek Palczewski.

Katarzyna Błaszczyk. Techniki radiowej uczyła się na praktykach studenckich, klejąc obrazki dźwiękowe w „Zapraszamy do Trójki”. Po studiach trafiła do Studia Reportażu i Dokumentu. Najcenniejszym doświadczeniem był dla niej udział w międzynarodowej szkole reportażu EBU Master School (2010-2011). W 2010 roku za reportaż „Mezalians albo historia pewnej ucieczki” otrzymała  Nagrodę Stypendialną im. Jacka Stwory, co pozwoliło jej zrealizować audycję dokumentalną w Brazylii. „Listy Brazylia-Polska” zostały w tym roku uhonorowane Nagrodą Główną Grand PiK oraz Srebrnym Melchiorem.

Otrzymała Pani ważną nagrodę radiową Srebrnego Melchiora 2012 za reportaż „Listy Brazylia – Polska”. W uzasadnieniu jurorzy napisali, że jest to nagroda za „pasję dokumentalisty, który z wnikliwością archeologa przywołuje dźwiękiem zapomniane światy”. Dlaczego pojechała Pani „kopać” do Brazylii?

To, że pojechałam do Brazylii, to był przypadek. Nigdy wcześniej nie interesowałam się Brazylią, moim marzeniem nie był wyjazd do Ameryki Południowej. Po prostu trafił mi się tam temat. Kilka miesięcy później wygrałam konkurs i otrzymałam stypendium im. Jacka Stwory - stypendium Polskiego Radia przyznawane co roku jednemu młodemu reportażyście, które powinno zostać przeznaczone na realizację reportażu marzeń. Ja przeznaczyłam je na miesięczny pobyt w Brazylii. Do tej podróży zainspirowały mnie XIX-wieczne listy polskich emigrantów z Brazylii wysyłane do rodzin w Polsce. Do Brazylii pojechałam szukać potomków autorów tych listów.

Dlaczego Pani zainteresowała się tym tematem?

Tuż po katastrofie smoleńskiej Brazylia ogłosiła żałobę narodową. Dostałam polecenie służbowe: znajdź Brazylijczyków żyjących w Polsce i zapytaj jak to jest przez nich odbierane, i dlaczego daleka Brazylia solidaryzuje się z nami. Spotkałam dziewczynę, Brazylijkę polskiego pochodzenia, która wyjaśniła mi, że tam jest bardzo duże skupisko potomków polskich emigrantów. Ich przodkowie wyjechali do Brazylii pod koniec dziewiętnastego wieku na fali tzw. „gorączki brazylijskiej”. Ta sama Brazylijka polskiego pochodzenia opowiedziała mi również o XIX-wiecznych listach emigrantów,  znajdujących się w Archiwum Państwowym Miasta Stołecznego Warszawy. Czytając te listy wzruszałam się opisami ciężkiej podróży zza ocean i zachwycałam tym, w jaki sposób pisano o brazylijskiej przyrodzie. Jednak najważniejsze było to, że adresatami tej korespondencji byli bliscy emigrantów: żony, rodzice, rodzeństwo, a same listy często były zaproszeniami, i zawierały instrukcje dla rodziny, w jaki sposób połączyć się z tymi, którzy są już w Brazylii.  Tymczasem nikt z adresatów nigdy nie otrzymał tej korespondencji. I właśnie tutaj zaczynał się dramat. A sytuacje dramatyczne są zwykle bardzo dobrym początkiem reportażu…

To były listy wysłane przez polskich emigrantów z Brazylii do rodzin w Polsce, i te listy nie dotarły do adresatów, bo zatrzymała je carska cenzura?

Tak. Listy były znane w polskim środowisku akademickim, dlatego, że w latach 70. wydana została książka „Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych 1890-91” Witolda, Niny i Marcina Kulów. Warto wspomnieć, że listy zachowały się do naszych czasów dzięki profesorowi Witoldowi Kuli. Korespondencja, której zatrzymano o wiele więcej niż przetrwało do dzisiaj,  przechowywana była najpierw w Kancelarii Ober-Policmajstra Warszawskiego, a po odzyskaniu niepodległości, w Archiwum Akt Dawnych. Podczas  II Wojny Światowej profesor Witold Kula prowadził zajęcia w Wolnej Wszechnicy Polskiej. Chcąc opracowywać listy ze swoimi studentami, wynosił je partiami, a po opracowaniu odnosił z powrotem. Później wybuchło Postanie Warszawskie. Spaliło się Archiwum Akt Dawnych. Ocalały tylko listy, które profesor Kula miał wówczas w domu.

W Brazylii szukała Pani potomków emigrantów, którzy te listy wysłali do swoich rodzin w Polsce. Jaki skutek przyniosły te poszukiwania?

Po 120 latach znalazłam jedną rodzinę, która ma dowody na to, że ich prapradziadek wysłał dwa z zachowanych listów. W rodzinie pamiętano, że pradziadek wysyłał listy do Polski i nie otrzymywał na nie odpowiedzi. Zgadza się nie tylko nazwisko i imię autora korespondencji, ale także imię jego żony i syna oraz miejsce pochodzenia. Mamy więc stuprocentową  pewność, że Józef Sobiesiak, który napisał listy oraz Józef Sobiesiak - przodek brazylijskich Sobiesiaków z Nova Prata, to ta sama osoba. Przyznam, że to było ogromne szczęście, dotrzeć do tej rodziny po 120 latach i znaleźć ją w stanie Rio Grande de Sul, w kraju 27 razy większym od Polski!

Na dodatek rodzina Sobiesiaków z okolic miasta Nova Prata mówi jeszcze po polsku. Mimo, że na zawsze stracili kontakt z bliskimi z Polski, wiedzieli o dwóch zachowanych  listach. Dowiedzieli się o tym ze wspomnianej już przeze mnie książki profesorskiej rodziny Kulów, która we fragmentach została przetłumaczona na język portugalski. Natomiast ja po raz pierwszy pokazałam im zeskanowane oryginały tych listów, które przywiozłam ze sobą na płycie do Brazylii. To, jak prawnuk Józefa Sobiesiaka przyglądał się literom kreślonym przez pradziadka było niesamowitym przeżyciem. Tak więc po 120 latach, mimo trudnej historii i Polski, i Brazylii, listy „powróciły” do rodziny…

A jak oni przyjęli to, że ktoś się w ogóle nimi zainteresował, bo Pani była tą osoba, która pokazała im te listy – była Pani dla nich posłańcem dobrej nowiny…

Powiem ogólnie, bo trafiłam tam do wielu rodzin. W Brazylii byłam traktowana jak księżniczka. Byłam pierwszą reporterką od wielu, wielu lat, która przyjechała, by zrobić o nich dokument. To są ludzie, którzy z jednej strony są bardzo przywiązani do XIX-wiecznego wyobrażenia o Polsce, do pewnego mitu, ponieważ współczesnej Polski najczęściej nie znają.  Z drugiej strony Brazylijczycy polskiego pochodzenia są często zawiedzeni tym, że ta Polska- ich ojczyzna, bo oni często jeszcze myślą o Polsce w kategoriach ojczyzny, o nich zapomniała, że ich zostawiła. I nagle przyjeżdża do nich dziennikarka, która się nimi interesuje… Byłam więc bardzo dobrze przyjmowana, ale wiem, że oni każdego Polaka witają z wielkimi honorami, a brazylijska gościnność  ma dużo wspólnego ze słynną polską gościnnością.

Starsi jeszcze pamiętają nasz język, a jak jest z młodszymi? Czy polska kultura jest kultywowana, czy młodzi chcą się uczyć polskiego języka?

Jedni chcą, drudzy nie. Ci, którzy chcą się uczyć polskiego najczęściej przyjeżdżają do Polski, tutaj studiują, często tutaj zostają.  Jeszcze w latach 60, 70 – tych XX wieku językiem polskim posługiwano się w domu, w rodzinie, dlatego był znany. Natomiast dzisiaj Brazylijczycy polskiego pochodzenia nie zwierają już małżeństw tylko między sobą, w związku z tym w domach mówi się w języku portugalskim (brazylijskim portugalskim – red.) Kiedyś w Brazylii był duży problem z edukacją. Często ludzie 60-letni nie mają skończonej żadnej szkoły. Jednak ich dzieci i wnuki w większości potrafią czytać i pisać po brazylijsku, a wielu z nich jest dobrze wykształconych. Młodzi Brazylijczycy polskiego pochodzenia coraz częściej kończą uniwersytety, ale jednocześnie coraz mniej czują się  Polakami.

Pojechała Pani do Brazylii szukać tego, co nazywamy tożsamością narodową. Co Pani odkryła?

Ten temat mnie zafascynował; to, w jaki sposób tworzy się tożsamość narodowa, jak to długo trwa, jak to wygląda w przypadku narodu, który nie jest starym narodem europejskim, tylko jest złożony z różnych narodów europejskich…

I jakie wnioski? 

Mój reportaż kończę wypowiedzią Damasio Sobiesiaka, który mówi, że  Brazylijczycy polskiego pochodzenia coraz bardziej oddalają się od Polski, i że to jest dobre, bo dzięki temu czują się coraz bardziej Brazylijczykami. Tym bardziej, że coraz łatwiej jest tym Brazylijczykiem być, bo kraj ten bardzo dynamicznie się rozwija i ludziom żyje się tam coraz lepiej. Jednocześnie Brazylijczycy są potomkami wielu narodów i wielu kultur, są mieszanką, na którą składa się też pierwiastek polski. I dla mnie to jest piękne. W stanie Rio Grande do Sul, który w dużej mierze zaludniony został trzema dużymi narodami europejskimi:  Włochami, Niemcami i Polakami, nadal spotyka się miasteczka określane jako polskie, włoskie lub niemieckie. Natomiast pochodzenie rodziny ma coraz mniejsze znaczenie dla młodych ludzi. Mnie jako Polkę troszeczkę to boli, bo fajnie by było, żeby to młode pokolenie znało Polskę i wiedziało np. że pochodzą z polskich rodzin, a oni często nie mają tej świadomości. Fajnie by było, żebyśmy my jako Polacy zrobili coś, żeby przekonać młodych Brazylijczyków, że Polska to jest kraj, do którego warto się przyznawać, który ma bardzo ciekawą kulturę, do którego warto przyjeżdżać. Nauczanie języka polskiego w Brazylii i sentymenty dziadków rodem z XIX wieku to za mało, jeżeli chcemy żeby kultywowali polską kulturę i chcieli się przyznawać do swojego pochodzenia.

Rozmawiamy o treści reportażu, a ja chciałbym na koniec zapytać o formę, bo zauważyłem, że w Pani reportażach  jest bogactwo dźwięków; tam jest muzyka, są słowa, odgłosy natury, efekty, dzwoneczki, telefony, itp. Wiele się w tym planie dźwiękowym dzieje i myślę, że ta forma jest dla Pani bardzo ważna, a czasami wręcz tło wydaje się - paradoksalnie - ważniejsze od pierwszego planu, nieprawdaż? 

Uważam, że skoro jestem reporterem radiowym, to powinnam wykorzystywać wszystkie środki, które daje mi radio. Dlatego moje opowieści radiowe bardzo często są nieprzekładalne na język innego medium. Tak jest też w przypadku reportażu „Listy Brazylia – Polska”, ponieważ jednym z jego największych walorów są XIX- wieczne listy czytane przez Brazylijczyków, którzy na co dzień posługują się XIX - wieczną formą języka polskiego.  Zresztą szukam właśnie takich tematów, które mogę opowiedzieć dźwiękiem, dla których radio jest najwłaściwszym medium… Podczas nagrań bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, by  ich część toczyła się w scenach. To znaczy, by nagrywać moich bohaterów podczas działania, a nie tylko siedzących na kanapie i opowiadających historie. Jednocześnie staram się unikać sztucznych efektów. Dźwięki, które są w moich reportażach, pochodzą z miejsc, w których byłam razem z moimi bohaterami.

Ale zauważyłem też, że Pani sama snuje nitkę opowieści; prowadzi słuchacza jak przewodnik po meandrach tematu, czasem podsłuchuje dialogi, podprowadza wypowiedzi swoich bohaterów i nie unika przy tym opisu własnej pracy. Jest Pani „wmontowana” w swój reportaż, nie stoi z boku, mocno angażuje się i emocjonalnie, i intelektualnie, będąc narratorem opowieści radiowej.

To czy robi się reportaż z narracją czy nie, to jest wybór autora. Reportaż opowiada historię bohatera, ale jej autorem jest reporter, bo to on konstruuje, kompiluje, tworzy strukturę dramaturgiczną. Ja lubię wprowadzać do swoich reportaży własną narrację. W ten sposób daję słuchaczowi wyraźny sygnał, że to ja opowiadam mu tę historię. Przecież ta sama opowieść, opowiedziana przez dwóch, różnych reporterów mogłaby brzmieć zupełnie inaczej. W Polsce dokumentów z narracją odautorską jest zdecydowanie mniej. Tymczasem na zachodzie reportaż radiowy bez narratora, zmontowany jedynie z wypowiedzi bohaterów, właściwie nie istnieje. Być może częste wprowadzanie do moich reportaży narracji odautorskiej bierze się z mojego zafascynowania niemiecką i austriacką szkołą reportażu radiowego.

 

 

Reportaż „Listy Brazylia-Polska” Katarzyny Błaszczyk na:

www.polskieradio.pl/80/1007/Artykul/473336,Listy-Brazylia-Polska-%E2%80%93-Katarzyna-Blaszczyk

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl