Z Hanną Krall o reporterskiej, bezinteresownej ciekawości świata rozmawia Wiesław Łuka.

Hanna Krall, reporterka, pisarka, autorka kultowej książki Zdążyć przed Panem Bogiem oraz kilkunastu innych, tłumaczonych na wiele języków i nagradzanych. Otrzymała także m.in. Nagrodą Podziemnej Solidarności, Nagrodę Wielką Fundacji Kultury oraz Order Ecce Homo. Jej książki były podstawą scenariuszy filmów Krzysztofa Kieślowskiego i Jana Jakuba Kolskiego. Uhonorowana Laurem SDP w roku 2009.
Wyznałaś kiedyś: „Zawsze chciałam być reporterką” – dlaczego?
Bo byłam ciekawa świata, a reportaż był do świata najkrótszą drogą.
Niektórzy mówią, że reportaż jest w kryzysie.
Nieprawda, w kryzysie jest prasa papierowa, więc reportaż przeniósł się do książek.
Kiedy zauważyłaś, że wolisz prawdę od fikcji?
Kiedy mama zaczęła mi opowiadać bajki, a ja pytałam – to było naprawdę, czy na niby? Gdy słyszałam, że na niby, to nie chciałam słuchać. Wolałam fakty.
Co pociągało cię w reportażu?
To, co później okazało się jego istotą. To, że można gdzieś przyjść, czemuś się przyjrzeć, z kimś porozmawiać, a potem stamtąd wrócić. Bardzo lubię wracać… Ale żeby wrócić, to najpierw trzeba się gdzieś udać. Taka chęć przyglądania się przychodzi nie od razu. Jest ona związana z tym, co nazwałabym uważnością. Teraz jestem zapraszana do liceów i techników bo „Zdążyć przed Panem Bogiem” od lat jest obowiązkową lekturą. W wielu szkołach średnich są klasy o profilu dziennikarskim. Gdy mam spotkać się z młodzieżą, proszę przedtem, by uczniowie napisali krótki reportaż o czym chcą. Ostatnio dostałam z Kutna osiem czy dziesięć tekstów - o dworcu, o babci, o balandze – o życiu tych młodych. Podczas rozmowy dochodziliśmy do wspólnego wniosku, jak wielkie znaczenie dla poznawania świata ma właśnie uważność, której uczy reportaż. Wielu ludzi przeżywa rzeczy nieuważnie, bezmyślnie, więc wiele z nich przegapia.
Niektórzy reporterzy i krytycy literaccy mówią o magii reportażu…
Reporterzy zawsze byli dobrego zdania o swoim fachu. I słusznie. Słyszałam, że reporter musi być dobrym człowiekiem. I przyzwoitym. Przyzwoitość jest wpisana w naturę zawodu. Coś w tym jest. W każdym razie reporter jest skazany na bezinteresowność…
Czego nie da się powiedzieć o wielu publicystach, którzy często łamią zasady etyczne kodeksu dziennikarskiego – manipulują słowem, faktem, upolityczniają teksty do upartyjnionej propagandy włącznie …
Żaden reporter nie zrobił kariery politycznej, a wielu dziennikarzy i redaktorów zrobiło. Na reportażu nikt nie wzbogacił się materialnie. Zresztą - reporterzy nie mają wielkich potrzeb osobistych, a w napisanie kolejnego tekstu muszą włożyć znacznie więcej wysiłku, także fizycznego, niż publicyści.
Swoją pierwszą książkę reporterską Na wschód od Arbatu (1972) napisałaś prawie przed pół wiekiem jako korespondentka Polityki w Związku Radzieckim. Podróżowałaś po tym kraju, który był zamknięty nawet dla większości własnych obywateli. Jak się tam poruszałaś się, by potem bezpiecznie wrócić, bo lubisz wracać.
Jechałam tam, gdzie wolno mi było pojechać…Albo tam, gdzie nie było wolno.
Mogłaś się wybrać daleko od Moskwy, na Syberię, nad Bajkał bez „anioła stróża” ?
Nie można bez przerwy myśleć, że cię obserwują, bo ześwirujesz. Na stacji autobusowej w Irkucku pytałam ludzi, czy słyszeli o polskiej wsi. Słyszeli. Wsiadłam do autobusu i dotarłam do Wierszyny. Potem podróżowałam po Związku Radzieckim z kolegami z Polityki – Andrzejem K. Wróblewskim, Zygmuntem Szeligą, z Maciejem Iłowieckim. Mieliśmy „opiekuna”, który próbował wtrącać się do naszych rozmów. Myśmy go „olewali”. On się srożył: „nu czto wy, ja toże tworczeskij rabotnik”. Ale w Wierszynie byłam sama i swobodnie rozmawiałam z trzecim pokoleniem Polaków z Kongresówki, którzy przyjechali tu dobrowolnie w pierwszych latach XX wieku w ramach reformy stołypinowskiej. Premier Piotr Stołypin nadawał każdemu do zagospodarowania tyle ziemi w tajdze, ile osadnik mógł uprawić. Ale w roku 1937 i Wierszyny nie ominął stalinowski terror. Aresztowano wtedy i zamordowano dwudziestu paru mężczyzn; zostały kobiety i dzieci. Z jedną z nich, nauczycielką, Natalią Janaszek zaprzyjaźniłam się. Opowiadała, że tu przeżyli tyle strasznych rzeczy, że już nic gorszego nie może ich spotkać i niczego się nie boją. Ze wzruszeniem myślę o tamtej podróży.
Mówisz w jednym z wywiadów: „Być może istnieje związek między moim dzieciństwem a moim pisaniem”. Mnie się wydaje, że nie „być może”, lecz na pewno taki związek istnieje, zwłaszcza gdy się miało tak dramatyczne dzieciństwo w czasie wojny…
W latach wojny byłam odizolowana od świata, więc tym większa była potem moja jego ciekawość. W wielu książkach – w Sublokatorce (1985), w To ty jesteś Daniel (2001), w Wyjątkowo długiej linii (2004), w Różowych strusich piórach (2009), w Białej Marii (2011) odwołuję się do epizodów życia mojego i mojej rodziny. Lecz ja nie chcę mówić o przeszłości, tylko o teraźniejszości…
W tekstach nie używasz formy pierwszej osoby …
Trzecia osoba daje dystans, ułatwia mi znalezienie rytmu…
Opisujesz świat stworzony przez swoich bohaterów, a przyznajesz wprost, że boisz się tworzyć świata fikcyjnego.
Tak, dobrze mówisz – to moi bohaterowie stwarzają świat, a ja go skromnie opisuję. Nie potrafię tworzyć świata zmyślonego.
Tak było w debiutanckim tomie reportaży Sześć odcieni bieli (1978), tak w kultowej książce Zdążyć przed Panem Bogiem (1977). Ale w niej po raz pierwszy włączyłaś Pana Boga jako bohatera do spraw ziemskich.
Pan Bóg nie był bohaterem moich reportaży…Przepraszam, raz był - bohaterem drugiego planu, bo pierwszoplanowy Marek Edelman mówi, że Pan Bóg chce zgasić świeczkę, a on musi osłonić płomień.
W Sublokatorce, w Oknach (1987) łączysz jednak wspomnienia, fakty z fikcją.
Właściwie i tam przywołuję fakty, które tylko udają fikcję. Zawsze uważam, że najcenniejsza dla reportera jest wiedza zamknięta w drugim człowieku.
Ryszard Kapuściński mówił, że dla napisania strony swego tekstu musi przeczytać setki, czy nawet tysiące stron innych książek lub dokumentów…
Trochę przesadzał z tymi tysiącami…Ja także czytam, ale, powtarzam, rozmowa z bohaterem jest najważniejsza.
Przed laty w naszej rozmowie przyznawałaś w retorycznym pytaniu, że nie wiesz, dlaczego bohaterowie twoich tekstów, po ich przeczytaniu, czasami czują się ośmieszeni i mają do ciebie o to pretensję ?
Nie tyle czuli się ośmieszeni, co mieli pretensje o szczegóły. Na przykład bohaterka, która na swój ślub, brany w więzieniu ze skazańcem, przybyła z wpiętą we włosy gerberą i ta gerbera zwiędła przed ceremonią. Napisałam to, a ona się obraziła. Strasznie obraził się także więzień Sobiboru, który po wojnie farbował sobie włosy. To farbowanie miało jakiś sens – chciał być młody i chciał pokazać swoją tężyzną, wigor i chęć życia. A jednak się obraził. Z kolei amerykańscy czytelnicy Zdążyć przed Panem Bogiem mieli pretensję, że przywołałam matkę przywódcy powstania w getcie, Mordechaja Anielewicza, która handlowała rybami i skrzela śledzi malowała czerwoną farbką, by wyglądały świeżo. Nie pisałam nikomu na złość, te szczegóły były potrzebne...
Przyznajesz, że im jesteś starsza, tym bardziej uważasz, by nie ranić swoich bohaterów. Czy pewnych sformułowań z wcześniejszych lat swojej reporterki dziś byś nie użyła, z pewnych opisów zrezygnowała? Przecież z własnego doświadczenia wiem, jak reporter jest łasy na ciekawe wyrazy i zdania, na grepsy, bon moty…
Nie łasy, nie łasy. Ma słuch i wyczucie szczegółu. A często szczegół, niby mały, jak to szczegół, charakteryzuje bohatera i miejsce wydarzeń. Czy dziś z pewnych sformułowań bym zrezygnowała? - dobre pytanie. Może i tak, ale z bólem serca. Pomyślałabym, że reportaż bez tego szczegółu będzie gorszy, jednak nie tekst jest nadrzędną wartością, lecz człowiek.
Mówisz, że reportaż jest wspólną sprawą – twoją i twoich bohaterów.
Jest, bo ludzie opowiadają – więc powierzają mi swoje życie. Chcą być opisani, chcą, by o nich wiedzieć i ich pamiętać.
Maciej Wierzyński napisał kiedyś: „Nie przypadkiem autorki z największymi nazwiskami stosują metodę Krallówny”. Co to jest metoda Krallówny? Kto ją stosuje?
Nie wiem. Zapytaj Wierzyńskiego.
Niektórzy literaturoznawcy, krytycy odmawiają reportażowi miana literatury, ponieważ – jak twierdzą – jest on „zaledwie” dokumentalnym opisem bieżącej, czy historycznej rzeczywistości i nie niesie wartości uniwersalnych. A ty mówisz, że uniwersalność kryje się w pojedynczych losach.
Ci krytycy widzą wartość wyłącznie w literackich zmyśleniach. A ja piszę o losach, w których jest moc uogólnienia i uniwersalizm. Opowiadam o czymś więcej niż tylko o tym, co dosłowne. Taką mam nadzieję.
Zaczęliśmy rozmowę od podkreślenia przez ciebie wartości tkwiącej w uważnym obserwowaniu świata i uważności w przeżywaniu życia. Przy tym wyraziłaś żal, że człowiek zwykle uczy się tego zbyt późno. Czy to twoje osobiste doświadczenie, czy tylko efektowna, teoretyczna konstatacja?
To jest teoretyzowanie…Tak, doszłam do tego zbyt późno. Wielu ludzi dochodzi zbyt późno. Podziwiałam bohaterkę książki Król kier znów na wylocie (2006) – która przeżywała życie niesłychanie uważnie, bardzo dramatyczne sytuacje nieustannie analizowała, komentowała, wyciągała wnioski i powtarzała sobie, że „następnym razem będę mądrzejsza”. Ponieważ to się działo podczas drugiej wojny światowej, to któryś następny raz już się nie zdarzył... Ja też powtarzam, że w następnym życiu będę mądrzejsza.
Bohaterowi dramatu Maxa Frischa było dane przeżyć swoje życie po raz drugi…Usiłował wyeliminować „błędy z pierwszego życia”. Nie udała mu się ta sztuka. Powtórzył prawie wszystkie „błędy”
Zacznijmy od programu minimum. Jeden z tych kutnowskich licealistów z talentem napisał reportaż o kuchni swojej babci. Odkrył i opisał wiele ciekawych szczegółów. Wszedł na dobrą drogę: uważności. Polecam tę drogę, ale do tego trzeba mieć babcię, a babcia musi mieć kuchnię.
aut. zdjęcia: Mariusz Kubik
