Z Gustawem Romanowskim o weryfikacji dziennikarzy w stanie wojennym, dziwnych decyzjach wymiaru sprawiedliwości i zmarnowanych życiorysach rozmawia Kajus Augustyniak.
Gustaw Romanowski, dziennikarz, prawnik, krytyk sztuki. Członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA . Autor lub współautor kilku książek i wielu esejów o współczesnej sztuce polskiej i o najnowszej historii. W latach 1977 – 1981 zastępca kierownika działu kultury „Głosu Robotniczego”, po ogłoszeniu stanu wojennego pozbawiony prawa wykonywania zawodu dziennikarskiego i publikowania. Od 1982 r. współpracownik Komitetu Helsińskiego w Polsce (m.in. opracował materiały z Łodzi do pierwszego raportu o naruszeniach prawa). Jednocześnie publikował artykuły i komentarze w wydawnictwach drugiego obiegu, podziemnych struktur „Solidarności” i SDP. Od sierpnia 1990 r. kierował redakcją „Głosu Porannego” (dawny „Głos Robotniczy”). W latach 1992 – 2003 korespondent i publicysta „Rzeczpospolitej”. Był wiceprezesem i prezesem Oddziału Łódzkiego a od trzech kadencji jest przewodniczącym Naczelnego Sądu Dziennikarskiego. Od 2003 r. redaktor naczelny kwartalnika „Kronika Miasta Łodzi”.
Sąd Okręgowy w Łodzi ostatecznie umorzył sprawę członków komisji, którzy weryfikowali łódzkich dziennikarzy podczas stanu wojennego. Dlaczego?
Sąd stanął na stanowisku, że sprawa się przedawniła. Prokurator uznał, że członkowie komisji dopuścili się jedynie lobbingu czyli złośliwego nękania w celu przymuszenia do odejścia z pracy. A dokładnie: jedynie naruszenia praw pracowniczych dziennikarzy. Takie przestępstwo zagrożone jest karą dwóch albo trzech lat więzienia, a w maju 2010 roku trzech sędziów Sądu Najwyższego podjęło uchwałę, że sprawy, które są zagrożone karą do pięciu lat przedawniły się. To taka pełna swoistych zakrętów prawniczych uchwała zmierzająca do tego, żeby uwolnić wymiar sprawiedliwości od około 250 spraw, które się toczyły się wówczas w Polsce przeciwko różnym sprawcom z okresu stanu wojennego. Na tej podstawie sądy po kolei umarzały takie sprawy, także sprawę komisji weryfikującej dziennikarzy w Łodzi. Wprawdzie nasi adwokaci podpowiadali sądowi, że przestępstwo, którego dopuścili się weryfikatorzy to nie było takie sobie mobbingowanie, tylko drastyczne przekroczenie swoich uprawnień przez funkcjonariuszy komunistycznych, którzy działali w intencji osiągnięcia korzyści osobistych, może niekoniecznie majątkowych, ale w ślad za taką nadgorliwością szły awanse, nagrody, wysokie odznaczenia państwowe itp.
Ale co to za kwalifikacja czynu, przecież to był system totalitarny i prześladowanie…
Tak, ta opresyjność wynikała z pobudek politycznych. Przecież jaki był ich cel? Wyeliminowanie grupy niepokornych dziennikarzy z życia publicznego i zawodowego. Tu nie chodziło tylko o pozbawienie prawa wykonywania zawodu dziennikarza, ale także w stosunku do dużej grupy naszych kolegów nałożony był zakaz wykonywania jakiejkolwiek pracy inteligenckiej. Nie można było być nauczycielem, pracować w oświacie czy w kulturze…
Dla niektórych to była śmierć cywilna, oczywiście w potocznym rozumieniu tych słów…
Tak to wyglądało. Myśmy nie mogli otrzymać jakiejś pracy przez wiele miesięcy, niektórzy przez kilka lat. Ja po dziewięciu czy dziesięciu miesiącach znalazłem pół etatu w firmie polonijnej i tam pracowałem do 1990. Inni nie mieli takiego szczęścia, bo przez lata byli bez pracy, inni pojechali na emigrację, gdzie też nie bardzo im się powiodło. Moja koleżanka, która prezentowała spory talent reporterski, po dwóch latach bez pracy wyjechała do Niemiec. Dzisiaj prowadzi jakiś sklepik na północy Niemiec, właściwie zmarnowane życie. Takich złamanych życiorysów jest sporo po tej weryfikacji. Wymuszona przerwa w stażu pracy spowodowała przecież, że dziś wielu kolegów ma niewielkie emerytury, podczas gdy nasi weryfikatorzy nie narzekają bynajmniej na ZUS.
Kto wchodził w skład komisji weryfikacyjnej?
Prawo prasowe nie pozwala podać ich nazwisk. W skład tej grupy wchodzili przysłany z Warszawy docent, ideolog, specjalny pełnomocnik Komitetu Centralnego PZPR Mieczysław K., komisaryczny sekretarz propagandy Komitetu Łódzkiego PZPR, a wcześniej dziennikarz Dziennika Łódzkiego Andrzej H., dwaj oficerowie polityczni Ludowego Wojska Polskiego podpułkownicy Mieczysław K. i Kazimierz G., obaj zresztą wkrótce potem zostali awansowani na pułkowników, oficer SB Zdzisław K., dyrektorka łódzkiej cenzury Maria M. i na końcu był dołączony do nich dyrektor Łódzkiego Wydawnictwa Prasowego RSW Prasa – Książka – Ruch Piotr S. On jako dyrektor musiał wykonywać werdykty weryfikacyjne komisji. Uważam, że jego rola była dla nas najmniej groźna, ale prokurator postąpił na odwrót – jego uznał jako głównego oskarżonego, natomiast tamtych wszystkich jako pomocników.
Jak tę sprawę potraktował IPN?
Nie mieliśmy w tej sprawie sojusznika w prokuratorze IPN. Mimo wszystkich naszych odwołań w trakcie procesu, a powiem, że tych umorzeń było kilka - pierwsze w 2007 roku na podstawie amnestii a następne dwa w oparciu już o przedawnienie - prokurator konsekwentnie ograniczał się do jednego wniosku w tej bolesnej dla środowiska dziennikarskiego sprawie. Domagał się umorzenia. Kiedy sprawa była umorzona po raz trzeci, pan prokurator już się z nami nie witał, tylko siadał na korytarzu w towarzystwie oskarżonych. Budziło to zdumienie nie tylko nas, pokrzywdzonych. W marcu na ostatnią rozprawę przyszło dużo kolegów, dziennikarzy, ponad trzydzieści osób, wszyscy byli niezwykle zaskoczeni tą sceną. I na to kolejne postanowienie sądu o umorzeniu myśmy się złożyli zażalenie, a teraz Sąd Okręgowy w Łodzi na wniosek prokuratora ponownie umorzył sprawę. Nasz adwokat mówi, że rozważy skierowanie tej sprawy do Trybunału w Strasburgu, bo jest w niej bardzo wiele rzeczy niepokojących, bo dokonano przecież zamachu na podstawowe prawa człowieka: do swobodnego wyboru zawodu, do pracy, do wolności słowa, a teraz sprawcy w majestacie prawa zostają uwolnieni nie tylko od jakiejkolwiek kary, ale nawet od zwykłego potępienia. Myśmy przecież nie domagali się, żeby sąd ich ukarał, ale żeby sprawę wyjaśnił dogłębnie i potępił ten czyn, którego się dopuścili. Żeby poszło ostrzeżenie na przyszłość, żeby nikt więcej ludziom nie odbierał bezkarnie tych podstawowych praw. Bo tylko sąd ma prawo do tego rodzaju orzeczeń, a nie tajne komisje weryfikacyjne działające jak klasyczny sąd kapturowy.
Ile osób straciło pracę w wyniku działań łódzkich weryfikatorów?
Straciło pracę w Łodzi, w Piotrkowie Trybunalskim, Sieradzu i Skierniewicach 51 osób, z czego kilku pozwolono wrócić do zawodu po kilku miesiącach, oczywiście już nie w tych samych tytułach, a w jakichś gorszych gazetkach, niszowych tytułach. Wobec 24 osób komisja orzekła bezwzględny i bezterminowy zakaz wykonywania zawodu dziennikarza.
Ty wróciłeś do zawodu dopiero w wolnej Polsce?
Tak. W 1990 roku dostałem propozycję od Komisji Likwidacyjnej RSW Prasa i w sierpniu tegoż roku zostałem powołany na redaktora naczelnego „Głosu Porannego”, to był przekształcony „Głos Robotniczy”. I tam pracowałem przez półtora roku, aż do czasu sprzedaży tej gazety. Potem przez 11 lat byłem korespondentem „Rzeczpospolitej”.
A teraz jesteś redaktorem naczelnym renomowanego łódzkiego pisma „Kronika Miasta Łodzi”. „Kronika” dużo pisała o weryfikacji dziennikarzy, prawda?
Jestem szczęśliwy, że mogę ją redagować od 2003 roku, bo na jej łamach tego kwartalnika wiele rzeczy można omówić w sposób pogłębiony. To duża wartość. O weryfikacji dziennikarzy pisałem w numerze, który się ukazał pod koniec ubiegłego roku. Tam przedstawiłem kulisy weryfikacji i losy dziennikarzy aż do momentu zmiany ustroju. Ich dzieje po roku 1990 czekają na opisanie, może ja to zrobię, może ktoś inny.
